Sezon 1994 1995 komentarz

Aktorskie koncerty i mistyfikacje

Ten sezon nie zapisał się jako czas wielkich wydarzeń. Obok kilku aktorskich koncertów dominowały jednak mistyfikacje, przedstawienia „zastępcze”, cierpiące na niedowład wyobraźni, temperatury, myśli.

Uwaga ta nie dotyczy wierzchołków, a więc przede wszystkim Historyi o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim Mikołaja z Wilkowiecka w inscenizacji Piotra Cieplaka w Teatrze Dramatycznym. Dotyczy jednak prapremiery sztuki Za i przeciw Ronalda Harwooda w Teatrze Ateneum w reżyserii Janusza Warmińskiego i Szkarłatnej wyspy Michaiła Bułhakowa w reżyserii Piotra Cieślaka. Spektakl Ateneum rozsypał się w rezultacie zbyt jednoznacznego ujęcia głównego bohatera, Wilhelma Furtwänglera (1886-1954), niemieckiego kompozytora i dyrygenta, oskarżanego po wojnie o kolaboracje z nazistami. Jego postać Gustaw Holoubek nadmiernie nasycił „patosem, który w połączeniu ze sloganowym charakterem wypowiadanych kwestii sprawiał wrażenie sztuczności w kreacji bohatera” [Jacek Wakar]. Skoro od początku wiadomo, kto ma rację, konflikt dramatyczny nie istnieje. Spektakl w Dramatycznym z kolei zapowiadał się na przedsięwzięcie realizowane z wielkim rozmachem, udział wziął cały zespół, a tekst Bułhakowa miał stać się pretekstem do ukazania wspaniałej magii teatru. Wszystko zostało wykonane jak najstaranniej, a mimo to spektakl „robi wrażenie poczciwego bibelotu z muzealnej gabloty – pisał Janusz R. Kowalczyk – bowiem reżyserowi w czasach nieistnienia instytucjonalnej cenzury, zabrakło jakiejś nadrzędnej myśli organizującej utwór. Pozostała farsa „pod epokę” i potężny niedosyt”.

Rzecz inna ze wspomnianą Historyją, która przed laty wróciła na polskie sceny za sprawą Leona Schillera, a po wojnie – Kazimierza Dejmka. Uroda inscenizacji Dejmka polegała na stylizacji, graniczącej niekiedy z delikatnym pastiszem, ale zachowującym walory oryginału. Dekoracja, kostium, opracowanie muzyczne – wszystko to podkreślało dawność, zabytkowy charakter dzieła. Inną zupełnie drogą poszedł młody reżyser, Piotr Cieplak, budujący własną wizję teatru. Dla Cieplaka tekst Mikołaja z Wilkowiecka nie był szacownym zabytkiem, ale, przeciwnie, tak samo współczesną wypowiedzią, jak Kabaret Kici-Koci Mirona Białoszewskiego. Stąd biskupie szaty skroił ze starych dywaników, żołnierzy przebrał w mundury strażaków, Piłatowi założył bonżurkę, a Chrystusa i trzy Maryje przyodział w dżinsy. Wszystkim przygrywał zespół rockowy Kormorany. Można się z takim sposobem czytania staropolszczyzny nie zgadzać, można tęsknić za kolorowymi spektaklami Dejmka, ale trudno przecenić tę metodę naturalnego wpisywania dawnego tekstu we współczesność, ożywiania niemal „archeologicznej” tradycji. Jacek Sieradzki dostrzegł w tym spektaklu próbę „poważnej rozmowy o dylematach wiary (…) młody reżyser przypomniał z pasją dobrego kaznodziei, że zbawienie to wysiłek i męka”.

Pośrednią drogą, to jest między formułą Dejmka a współczesnym czytaniem dawności przez Cieplaka, poszedł Adam Hanuszkiewicz we wznowionej na deskach Teatru Nowego Pastorałce. To pełne urody przedstawienie przybrało być może nadmiernie sakralne cechy w finale, ale wart jest odnotowania, zwłaszcza że błyszczy w nim w roli Marii aktorka młodego pokolenia, Edyta Jungowska. Hanuszkiewicza jednak zawiódł słuch przy montażu Dozwolone od lat 16-tu, traktującym o Mickiewiczu m.in. od strony alkowy, ostrzeliwanym z dwu stron, Boyem i Gombrowiczem.

O ile spektakl Cieplaka otwierał nowe perspektywy, o tyle inne wystawienia klasyki kultywowały metodę bardziej tradycyjną, niekiedy z dobrym skutkiem – odnotować trzeba kilka udanych przedstawień zwłaszcza w Powszechnym, który coraz częściej zastępuje nieobecny na razie Teatr Narodowy. Można tu było zobaczyć wyśmienity Ożenek Mikołaja Gogola z Władysławem Kowalskim i Januszem Gajosem, a także Śluby panieńskie Aleksandra Fredry w reżyserii Andrzeja Łapickiego, z udziałem Łapickiego, niedawnego jubilata, który zapowiedział, że rolą Radosta kończy karierę aktorską. Jeśli słowa dotrzyma, ostatnia to okazja, by zobaczyć go na scenie.

Ożenek w reżyserii Andrzeja Domalika okazał się przebojem Teatru Powszechnego, pokazem aktorskiego mistrzostwa. „Złych ról po prostu nie ma, każda warta opisu jak w najlepszych czasach zespołu”, pisała z entuzjazmem Elżbieta Baniewicz. Koczkariew Gajosa był w tym przedstawieniu demonem energii, wiecznie w ruchu, wiecznie w ataku, nieustępliwy, przymilny, kiedy trzeba, podstępny i pysznie wyfiokowany, z lokiem pośrodku głowy. Podkolesin Kowalskiego graniczył z żywym trupem, wewnętrznie posypany, wyprany z resztek elementarnej energii, nieporadny niezguła, z nieustannie wytrzeszczonymi oczyma.

Równie udane okazały się Fredrowskie Śluby panieńskie, zasłużenie obsypane nagrodami na XX Opolskich Konfrontacjach Teatralnych – Klasyka Polska 1995. Indywidualną Nagrodę Główną zdobył Andrzej Łapicki za reżyserię i rolę Radosta, nagrodę za rolę Justyna Sieńczyłło, za scenografię Łucja Kossakowska, a wyróżnienie Beata Ścibakówna. Atutem spektaklu okazała się Mała Scena – fizyczna bliskość aktorów dodała spotkaniu z bohaterami komedii intensywności.

Mniej efektownie wypadł Fantazy Juliusza Słowackiego w reżyserii Gustawa Holoubka z Markiem Kondratem w roli tytułowej. Wprawdzie rola Idalii Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej była w każdym calu dopracowana, chwalono też Krzysztofa Kolbergera jako Jana, ale „pozostałe role nie wychodziły poza schludną poprawność” [Janusz R. Kowalczyk]. Większość recenzji była więcej niż nieprzychylna, pisano nawet, że Holoubek zmienił Fantazego „w konwersacyjną komedyjkę niewartą oglądania” [Piotr Gruszczyński]. Z chłodnym przyjęciem spotkała się także Zimowa opowieść Williama Shakespeare’a w inscenizacji Macieja Englerta w Teatrze Współczesnym. Powszechnie chwalono Zbigniewa Zapasiewicza za rolę Leontesa, ale spektakl oceniano gorzej: „Jeżeli reżyserowi chodziło o to, aby również aktorstwo było sztuczne i nieprawdziwe, to zamiar ten udał się całkowicie” – oceniał Roman Pawłowski.

Na zakończenie sezonu Teatr Współczesny dał premierę Ambasadora Sławomira Mrożka w reżyserii Erwina Axera. Sztuka weszła na afisz w listopadzie 1981 na deskach Polskiego w reżyserii Kazimierza Dejmka, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Tekst Mrożka brzmiał wówczas piekąco aktualnie, relacje między supermocarstwami wcale niegroteskowo, przeciwnie – złowieszczo. Okazało się jednak, że po latach, w zupełnie nowym kontekście utwór naszego mistrza groteski bronił się, odsłaniając swoją warstwę moralno-filozoficzną. Widać wyraźniej, że Ambasador nie jest sztuką doraźną, napisaną ku „pokrzepieniu serc” w trudnej chwili dziejowej, ale sztuką konwersacyjną w stylu G. B. Shawa o moralności bez etyki, tj. moralności w duchu postmodernistycznym, wyznaczanej na własną odpowiedzialność przez jednostkę, która wystrzega się czynienia zła. Axer, jak to ma w zwyczaju, nie próbował utworu zmieniać, pozostał wierny jego duchowi, dbając o detale aktorskiego rzemiosła. Dzięki precyzyjnej reżyserii byliśmy świadkami pokazu teatralnej roboty w wykonaniu Zbigniewa Zapasiewicza (rola tytułowa), Krzysztofa Kowalewskiego, Marcina Trońskiego, Mai Komorowskiej i Henryka Bisty. Gra podporządkowana jest tu logice akcji, wszystko się zazębia, nic zbędnego, słowem prawdziwa rzadkość na scenie – wzorcowy spektakl dla obecnych i przyszłych studentów szkół teatralnych, a dla widzów czysta przyjemność obcowania z markowym teatrem.

Nie zawsze wznowienia były tak udane, o czym świadczy przygotowane przez Towarzystwo Teatralne „Pod Górkę” śpiewnik domowy z roku 1980 wg Wojciecha Młynarskiego i Jerzego Derfla, Wesołego powszedniego dnia, pokazany w gościnnych progach Teatru Dramatycznego. Zawiedli nie tyle młodzi aktorzy, przygotowali rzecz bowiem solidnie, ale tekst przeraźliwie osiwiał. To samo można powiedzieć, niestety, o wznowieniu Przy drzwiach zamkniętych Sartre’a w reżyserii Romualda Szejda w Prezentacjach. Niegdyś obrazoburczy tekst przypominał dziś poczciwą bajeczkę braci Grimm. Aktorzy się starali, ale na próżno.

Rzecz inna z odszukanym przez Jana Machulskiego dla Teatru Ochoty melodramatem Leonarda Gershe’a Motyle są wolne. Opowieść jest banalna, ale zarówno obsadzony w roli niewidomego chłopaka Jacek Sutt, jak i pełna temperamentu Edyta Olszówka jako lekkomyślna dziewczyna, nagle dojrzewająca do odpowiedzialności, dowiedli, że potrafią budować postaci sugestywne, wzruszające, a przy tym nie stracić z pola widzenia koniecznej dyscypliny. Powstało przedstawienie wprawdzie skromne, ale na swój sposób ważne i ciekawe. Świadczy bowiem, że wcale nie zamarła w teatrze potrzeba rozmawiania o sprawach żywo obchodzących widza. I to nie w kategoriach ogólnych, ale zwyczajnych, codziennych.

Dowodzi tego również wznowienie Billy’ego kłamcy na Scenie Prezentacje, przygotowane przez Romualda Szejda. Dramat Willisa Halla i Keitha Waterhouse’a posłużył kiedyś Johnowi Schlesingerowi jako scenariusz do głośnego filmu (1963) – manifestacji pokolenia młodych gniewnych. Okazało się, że ten sam tekst i dzisiaj może być wyrazem wcale aktualnych niepokojów młodych ludzi, wchodzących w dorosłość i z góry niejako rozczarowanych rzeczywistością. Stąd z jednej strony gorąca potrzeba wyrwania się z prowincjonalnego kręgu życia, a także kręgu drobnomieszczańskich nawyków, z drugiej strony paraliżujący lęk przed zmianą. Tęsknotę za piękniejszym światem wyrażają w tym spektaklu etiudy muzyczno-taneczne Billy’ego, symbolizujące jego wyobrażenia o innym życiu, realność zaś konfrontacja nieposkromionej fantazji chłopaka (i skłonności do mniejszych i większych matactw) z otoczeniem. Zagrane to zostało przekonująco. Prawdziwy koncert dała tu Danuta Szaflarska, która zachowuje doskonałą formę komediową i kobiecy wdzięk. Jej rola to po prostu lekcja aktorstwa najwyższej próby. U boku tej artystki rozkwitali młodzi: Jan Jankowski w roli tytułowej, z roli a rolę coraz lepszy, pełen temperamentu, drapieżna i czuła Edyta Jungowska, w roli gapowatej narzeczonej Joanna Kurowska i jako muza młodzieżowa, Dorota Landowska. Podczas pierwszej części publiczność kona ze śmiechu, podczas drugiej (krótszej) jest już wcale nie do śmiechu.

Powrotem do młodych gniewnych było przedstawienie dyplomowe studentów IV roku PWST Miłości i gniewu Johna Osborne’a (reż. Mariusz Benoit), pokazywane na Małej Scenie Teatru Powszechnego). „Młodzi grają tu młodych, lecz grają dojrzale – oceniał Lucjan Kydryński. – Odnosi się wrażenie, że są już w pełni ukształtowanymi osobowościami – zwłaszcza Agnieszka Krukówna (Alison) i Michał Żebrowski (w ogromnej, piekielnie trudnej i piekielnie efektownej roli Jimmy’ego), ale świetnie dopełniają niewielką obsadę także Sylwia Zmitrowicz (Helena) i Jacek Rozenek (Cliff)”. Na Festiwalu Przedstawień Dyplomowych w Łodzi w 1995 roku dwie Nagrody Główne otrzymali właśnie Agnieszka Krukówna i Michał Żebrowski, a wyróżnienia Sylwia Zmitrowicz i Jacek Rozenek.

Udanym sprawdzianem dla młodzieży okazała się też nowa inscenizacja Przebudzenia wiosny (reż. Szczepan Szczykno, Scen Kameralna Teatru Polskiego). Ten obrazoburczy ongiś tekst Franka Wedekinda odczytany został przez… Gombrowicza i jego Pamiętnik wieku dojrzewania oraz Ferdydurke. Powstał dzięki temu wcale współczesny komentarz do niedawnych debat o wychowaniu seksualnym młodzieży, zabarwiony gorzką przestrogą. Osiągnięciem tego przedstawienia była jadowicie zabawna scena sesji rady pedagogicznej, w której Bogdan Baer i Jan Tesarz stworzyli krwiste epizody.

Warte pamięci są też inne realizacji najnowszej klasyki w Teatrze Polskim, Nieporozumienie Alberta Camusa (reż. Adam Orzechowski) z poruszającą rolą Małgorzaty Rudzkiej i Kariera Artura Ui Bertolta Brechta (reż. Maciej Prus) z głównym bohaterem, zarysowanym przez Marcina Jędrzejewskiego jako podstępnym rzezimieszkiem, bez cienia charyzmy. Oba zimne emocjonalnie przedstawienia, adresowane bardziej do rozumu niż do zmysłów, prowokowały do myślenia o ciemnych stronach ludzkiej psychiki.

Spośród wielu spektakli kameralnych na odnotowanie zasłużył spektakl Edwarda Dziewońskiego, grany w Teatrze na Woli, Słoneczni chłopcy Neila Simona. Popisowe role stworzyli tutaj Edward Dziewoński i Witold Pyrkosz jako podstarzali komicy – skecz o szpatułce wyciska łzy ze śmiechu.

Prawdziwą jednak zabawę, bezpretensjonalną, w stanie czystym, przygotował Teatru Buffo, gdzie Janusz Józefowicz wyreżyserował Grosik 2, czyli spektakl oparty na piosenkach z lat 60… Piosenki zostały opracowane bardzo starannie, pod względem wokalnym i tanecznym, a całość prowadzili Wojciech Mann i Krzysztof Materna. Spektakl wyróżniał się świeżością, a czasem pobrzmiewał nostalgicznie.

Na afisz weszło kilka nowych tytułów, m.in. Popołudnie Kochanków Józefa Hena w Teatrze Polskim (reż. Jan Bratkowski), Msza za miasto Arras Andrzeja Szczypiorskiego, monodram Janusza Gajosa (reż. Krzysztof Zaleski), Arkadia Toma Stopparda w Ateneum (reż. Andrzej Pawłowski) i Sztuka sukcesu Nicka Deara (reż. Philip Boehm) w Teatrze Dramatycznym. Nowa sztuka Hena, nazywana była „kobyłą historyczną” [Hanna Baltyn], a mimo to chwalona za kreacje Ignacego Gogolewskiego i Niny Andrycz, która „pokazuje imperatorową jako osobowość mocną i skomplikowaną, jako kobietę pełną jeszcze babskich ‚pretensji’, a zarazem wytrawnego i bezwzględnego polityka” [Barbara Osterloff]. Monodram Gajosa budził powszechny zachwyt, to jedno ze szczytowych osiągnięć aktorskich sezonu. Było to wielkie zwycięstwo aktora, który „w pozornie beznamiętnej relacji wspaniale wydobywa grozę sytuacji, konflikt rozumu i sumienia z głupotą i podszytą strachem podłością” [Ewa Zielińska].

Własną drogą podążał Jerzy Grzegorzewski, który obdarował widzów w tym sezonie spektaklem La bohème w Teatrze Studio do tekstów Stanisława Wyspiańskiego, z prologiem Leona Schillera, misternie skonstruowanym widowiskiem, sytuującym twórczość autora Wesela na tle fenomenu Krakowa i jego cyganerii. Wiele w tym wyrafinowanym dziele odwołań do poprzednich inscenizacji Grzegorzewskiego i wiele osiągnięć aktorskich (Teresa Budzisz-Krzyżanowska jako Muza, tancerz Stanisław Szymański jako wzruszający stary Chochoł, Krzysztof Majchrzak jako Dziennikarz-buntownik).

O ile awangarda w wersji Grzegorzewskiego okazała się atrakcyjna nawet dla widzów mniej wyrobionych estetycznie, to awangarda sprzed wieku nie wzbudziła większego zainteresowania, choć na szacunek zasługuje próba wprowadzenia na scenę dramaturgii Yeatsa – na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego Paweł Wodziński przygotował Upadek Cuchulaina, zaskakujący ascetycznym pięknem wizualnym spektakl, skomponowany z 3 jednoaktówek: Przy źródle jastrzębia, Na wybrzeżu Bailego i Śmierć Cuchalaina. Awangarda sprzed wieku okazała się w odbiorze nadal zbyt trudna.

Dodaj komentarz