
Tomasz Miłkowski pisze w „Przeglądzie” o „Lilli Wenedzie” Juliusza Słowackiego w reżyserii Michała Zadary w Teatrze Powszechnym w Warszawie:
Na polu bitwy pozostaje tylko Ślaz. Wenedzi giną, wspinają się po drabinie Jakubowej na spotkanie ze śmiercią, Lechici okupują zwycięstwo wielkimi stratami i bólem, św. Gwalbert prawie nie żyje.
Imię jego sługi, notorycznego kłamcy i obwiesia na ucho przywodzi „śluz”, coś śliskiego i nieprzyjemnego w dotyku, choć „ślaz” wedle systematyki należy do roślin ślazowatych, niewymagających, pleni się na glebie kiepskiej, czasem bywa hodowany jako roślina ozdobna. Słowem roślina poślednia, ale krzepka. Przetrwał więc dzięki swemu sprytowi, bo nawet nie przebiegłości, przecież ciągle trafia jak kulą w pot, a jego wykręty i kłamstwa stają się przyczyną niepoliczonych katastrof. A mimo to widz lubi tego Ślaza w błyskotliwym wykonaniu Bartosza Porczyka, który tchnął w niego siłę komizmu i czaru, budując z fantazją plebejskiego bohatera.
Dowiedz się więcej »Ślaz zwycięzca