I JESZCZE ŻYCIE – EWA BŁASZCZYK

Z okazji jubileuszu 40-lecia pracy artystycznej przypominamy szkic Łukasza Maciejewskiego, który sportretował Ewę Błaszczyk w swojej książce „Aktorki. Spotkania” (wyd. Świat Książki, 2012):

Trudno ją pomylić. Zawsze ta sama fryzura. Krótkie blond włosy. Wysoka, dobrze ubrana, sexy. Teraz jakby spokojniejsza.

Jest lepiej. Łatwiej. Wcześniejsze spotkania z Ewą Błaszczyk – sprzed pięciu, siedmiu lat, były inne. Bałem się zadawać osobistych pytań, wstydziłem banału.

Jeszcze kilka lat temu, siedząc w tym samym fotelu, przy kominku, pijąc kawę, zastanawiałem się, z kim rozmawiam: wspaniałą artystką, świetną interpretatorką poruszających tekstów Osieckiej i Kofty, czy jednak przede wszystkim z pięknym człowiekiem, który cierpienie zamienił w działanie.

„To trudne pytanie. Nie do mnie należy odpowiedź. Byłam aktorką cały czas. A praca w fundacji? Nie mam wyboru. Nie chcę mieć. Zostałam postawiona wobec konkretnej sytuacji. Muszę jej sprostać.

To dziwne, ale zawsze przeczuwałam, że będę w życiu robiła coś jeszcze. Coś ważnego. Los za mnie zdecydował”.

Zawodowe i prywatne życie Ewy Błaszczyk dzieli się na dwie zasadnicze części, dwa punkty zwrotne, dwa rozdziały.

Przed i po wypadku córki Oli.

To był feralny dla aktorki 2000 rok. Najpierw, w lutym, zmarł mąż Błaszczyk, znany satyryk i scenarzysta filmowy, Jacek Janczarski. Miał zaledwie 55 lat.

Sto dni później, 11 maja, córka aktorki nieszczęśliwie zakrztusiła się tabletką. O jej życiu zadecydowały sekundy. Błaszczyk rzuciła się na maskę samochodu przejeżdżającego akurat ulicą. Obcy kierowca zawiózł kobiety do szpitala. Dziewczynka przeżyła śmierć kliniczną. Została uratowana, ale zapadła w trwałą śpiączce, w której jest do dzisiaj.

Wypadek wszystko zmienił. To, co dotąd było ważne, straciło na znaczeniu. W aktorce wyzwoliła się energia matki. A w dalszej kolejności: działaczki, organizatorki, społecznicy.

W autobiograficznej książce „Wejść tam nie można” z 2005 roku, Ewa Błaszczyk mówiła:

„Wspomnienia są bolesne. Wariuję, bo nie mogę zrozumieć tego, co się stało. Nie rozmawiam o tamtych chwilach. Nie oglądam się za siebie. Rzeczywistość jest tu i teraz”.

„Etap zwierzania się mediom z wypadku Oli mam od dawna za sobą. Proszę poczekać, przyniosę panu zdjęcia.

O, to tamten album.

W 1999 roku, kilka miesięcy przed śmiercią męża, i niecały rok przed wypadkiem Oli, byliśmy całą rodziną w Santorini. Bajkowy wyjazd. Mieszkaliśmy w wypasionym hotelu, czerpaliśmy z życia pełnymi garściami, uśmiech nie schodził nam z twarzy. Ostatnie takie lato.

Rok temu przyśnił mi się tamten hotel. Wyglądał strasznie. Zapuszczony, zaniedbany. Pomyślałam, że to znak. Że powinnam namówić drugą córkę, Manię, żebyśmy we dwie zmierzyły się z ciężkimi doświadczeniami. Coś definitywnie zamknęły.

Wyruszyłyśmy na Santorini. Sen się sprawdził. Wspaniały wówczas hotel wygląda dzisiaj tak, jak pan widzi na zdjęciach. Ruiny, rdza, pleśń. Wstrząsające wrażenie. Ale ja nie byłam przygnębiona, uspokoiłam się. Coś się skończyło, coś nowego zaczyna. A żyć trzeba. Życie trwa”.

W prasowym archiwum znalazłem poświęcony Błaszczyk artykuł z „Super Ekspressu” z 1999 roku.

Na wielkim zdjęciu Ewa, Mania i Ola. Podpis pod fotografią: „Mama uśmiecha się, bliźniaczka Mania zamknęła buzię, a jej siostra Ola otworzyła. Za chwilę trzy panie roześmieją się”.

Bohaterka reportażu emanuje radością życia, szczęściem. Z entuzjazmem opowiada o niedawnych wakacjach w Santorini, podczas których Ola i Mańka nauczyły się pływać. Chwali się dziewczynkami: „Ola ma łatwiejszy kontakt z ludźmi, Mańka jest bardziej skryta. Ola zawzięcie rysuje, Mańka za rysowaniem nie przepada”.

Na innym zdjęciu w „Super Expresie” szeroko uśmiechnięta Ewa szykuje sałatkę mężowi.

Miesiąc później Jacek Janczarski umrze.

Poznali się na rozdrożu. On był o dziesięć lat starszy od Ewy, po dwóch małżeństwach, ona również po kilku nieudanych związkach. Zaiskrzyło.

Przez wiele miesięcy wietrzono szybki finał uczucia, chwilową sensację, jednak związek trwał i umacniał się. W 1986 roku wzięli ślub, wkrótce potem kupili stary dom na obrzeżach Lasku Bielańskiego, w którym Błaszczyk z córkami mieszka do dzisiaj.

Osiem lata później na świat przyszły upragnione bliźniaczki: Ola i Mania. Ciąża była zagrożona, dziewczynki przyszły na świat półtora miesiąca przed terminem. Dopiero po trzech miesiącach można było zabrać je ze szpitala. Okrągły 2000 rok witali całą rodziną w Zakopanem. W końcu wszystko było jak należy. Dom na Bielanach wyremontowany, córeczki zdrowe, Ewa i Jacek szczęśliwi jak nigdy wcześniej. Kilka tygodni później na kolacji u znajomych, Janczarski zasłabł. Zmarł po dwudziestu dniach i dwóch operacjach. Tętniak aorty.

***

Niespełna dwa lata po wypadku córki, Błaszczyk razem z księdzem Wojciechem Drozdowiczem, twórcą popularnego „Ziarna” w TVP, założyła fundację „Akogo?”, działającą na rzecz dzieci wymagających rehabilitacji po ciężkich urazach neurologicznych i ich rodzin.

Ola nadal wymaga całodobowej opieki. To już się nie zmieni. Masaże, rozciągania, gimnastyka, pionizacja. Ewa i rehabilitanci czytają jej książki, puszczają filmy, śpiewają.

W maju 2013 roku minie trzynaście lat od wypadku.

„Mam z Olą niezły kontakt emocjonalny. Cały czas jest w stanie tzw. śpiączki czuwającej. Czasami wydaje się, że reaguje pozawerbalnie. Mrużąc oczy mówi do nas „tak”, albo „nie”. Jednak dzisiaj szansa medyczna na wybudzenie Oli przechodzi w kategorię cudu”.

„A zatem czekam na cud, na Bożą łaskę. Ale to oczekiwanie zamieniam w działanie. Nie tyle z myślą o córce, co o innych dzieciach. Te „cuda” zdarzają się często w pierwszym okresie po zapadnięciu w śpiączkę, potem, niestety, coraz rzadziej”.

Niedawno usłyszała ostateczną diagnozę od światowej sławy neurologa, profesora z Austrii, Franza Gertenbranda: „Pani córka nigdy się nie wybudzi. Proszę się nie łudzić. Nie ma żadnych szans”.

„Są szanse, zawsze są szanse. Ktoś obudził się po dziewiętnastu latach. To oczywiście cud, niemniej się wydarzył” – myśli Ewa.

W książce „Wejść tam nie można” pisała:

„Nikt, kto znajduje się w podobnej sytuacji do mojej, nie sądzi, że dla jego dziecka lepsza jest śmierć. Kiedy po siódmej dobie po raz pierwszy wypłycono Olę z narkozy, jeden jedyny raz tak strasznie krzyczała: Mama!. Mam w uszach jej krzyk. Nie mogę przestać walczyć. Gdybym przestała, do końca życia czułabym się winna. Ten krzyk daje mi siłę. Ona krzyczy we mnie. A dopóki trwa życie, wszystko się może zdarzyć”.

Większość wywiadów z Ewą Błaszczyk dotyczy jej działalności charytatywnej, nie artystycznej. Czy to nie jest obciążeniem?

„Wiem, kiedy powiedzieć stop. Jeśli zaczyna mnie to męczyć, nie udzielam się publicznie. Uaktywniam się medialnie w momencie, gdy trzeba załatwić coś konkretnego. Zachęcić ludzi do odprowadzenia jednego procenta od podatku na rzecz naszej klinki, albo wprowadzić do obiegu kolejny spot reklamowy, natomiast zwłaszcza w ostatnich latach, nawet przez moment nie miałam wrażenia, że zrobiłam sobie zawodowy vacat. Pracuję bardzo dużo. Spełniam się w aktorstwie. Inaczej chyba bym zwariowała”.

„Zdaję sobie sprawę, że niektórzy mają już przesyt Błaszczyk. To normalna, zrozumiała reakcja. Dlatego dzisiaj wolę skupiać się nad programem medycznym kliniki, albo budową profesjonalnej strony internetowej. Moje przemyślenia już ludzie znają. W większości wiedzą, co czułam, co myślę dzisiaj. Mam inne priorytety. Trzeba opracować dokładny plan, skończyć wreszcie budowę. Może uda się w tym roku, dokładnie w dziesiątą rocznicę powstania fundacji”.

Problem śpiączki jeszcze dziesięć lat temu w przestrzeni publicznej był tematem tabu. Nie było tematu. To się zmieniło, również dzięki Błaszczyk.

„Przed wypadkiem Oli nigdy nie podejrzewałabym nawet, że mogę być tak dobrym organizatorem czasu. Doba plastycznie się wydłuża, w zależności od potrzeb. Od ponad dziesięciu lat pracuję na kilka etatów. I mam wrażenie, że nie odbywa się to wcale kosztem zawodu.

Kiedy niedawno przygotowywałam materiały na stronę internetową, kompletując biogram, siłą rzecz musiałam wrócić pamięcią do zawodowych rzeczy które zrobiłam w ostatnich latach. Były różnorodne. Teatr, monodram, recital. Ale wszystko było ok. Bez obciachu. Na wyrównanym, niezłym poziomie. Sporo jeździłam z koncertami, regularnie występowałam w teatrze, zagrałam główną rolę w filmowej „Mistyfikacji” Jacka Koprowicza. Nie jest źle”.

„Poza tym, ciekawa propozycja może przecież przyjść nawet jutro. Bo mnie zawsze będzie interesowało ryzyko, wariackie pomysły. Trzeba tylko trafić na odpowiedni scenariusz, odpowiednich ludzi. Trzeba mieć materiał. W cieniu artysty czy reżysera jest zawsze scenarzysta filmu lub autor piosenki. Tymczasem to w nim bije źródło, to on nam wszystkim daje potem pracę. Jest punktem wyjścia i dojścia”.

„Byłam zawsze osobą szalenie towarzyską, jestem nadal. Ale ze względu na obowiązki w fundacji musiałam ograniczyć niektóre kontakty. Zamiast wesołych kolacyjek, pojawiły się urzędy, papierki, konsultacje medyczne. Nie narzekam, wiem, że trzeba przez to przejść. Ale teraz, kiedy trochę już ochłonęłam, chciałabym zacząć odbudowywać dawne znajomości i przyjaźnie. Mam nadzieję. że nie jest za późno”.

W wydanym na DVD koncercie Ewy Błaszczyk, aktorce akompaniuje młodsza córka.

„Mania szuka swojej drogi. Kiedy w Teatrze Studio, przygotowałam dwuosobowy spektakl „Więź”, przesiadywała w garderobie. Nie chodziło o edukację artystyczną, tylko chęć wspólnego spędzania czasu.

Mania gra na gitarze, pianinie, dobrze śpiewa, ewidentnie ma artystyczne inklinacje. Wspólny koncert i trasę koncertową rozpatrywałyśmy jednak bardziej w charakterze przygody niż zapowiedzi przyszłej drogi córki. Dojeżdżając na koncerty w różnych częściach Polski, spędzałyśmy razem czas, mogłyśmy nareszcie się wygadać. Przy okazji Mania zrozumiała na czym polega trema, jak trudno powiedzieć coś sensownego od siebie przed publicznością, jak bardzo trzeba uważać na reakcje widowni. Tego typu doświadczenia na pewno będą dla niej bezcenne.

Czy zostanie aktorką? Nie wiem. Na razie przed nią matura. To jest w tej chwili najważniejsze”.

W mieszkaniu aktorki jest tak przyjemnie, że chciałoby się natychmiast zostać trochę dłużej. Świeci słońce, pod nogami śpią psy.

„Teraz śpią, ale wcześniej strasznie dokazywały”.

Osoba postronna, powiedzmy dziennikarz, nigdy by nie uwierzył, że w takim ciepłym domu od dawna mieszka także cierpienie, ból i smutek.

„Bo ja mimo wszystko bardzo lubię życie. Nie wiem, jak można dobrze czuć w sterylnym wnętrzu, albo we wnętrzu zimno-marmurowym. To teraz modny design, ale dom to przecież nie biuro. Ja nie wierzę w posprzątane, poukładane biurka, w ordnung. Życie nigdy nie jest poukładane, jest zwichrzone, targają nami emocje”.

„Podobno człowiek zawsze jest samotny w cierpieniu. W najtragiczniejszych, albo najbardziej intymnych chwilach jesteśmy sami. Ale nie wolno dopuścić do tego, żebyśmy byli samotni. Przyjaźń, zrozumienie, pomoc innych ludzi, są potrzebne. Pozwalają żyć dalej, oddychać, bawić się i smucić razem”.

Ewa Błaszczyk jest dzisiaj firmą ze znakiem jakości. Za działalność charytatywną otrzymuje kolejne nagrody, cieszy się zaufaniem.

„To się po prostu czuje. Idę ulicą i łapię w locie spojrzenia. Życzliwe, serdeczne. Ktoś chce mnie dotknąć, ktoś inny pogłaskać po twarzy. Co tu mówić, strasznie dużo mi to daje, pomaga”.

„Tych, którzy chcieliby dać coś dobrego od siebie, jest naprawdę wielu. Brakuje tylko organizacji i pewnych struktur, żeby to umożliwić. Wiele pozytywnej energii, dobrych intencji, marnuje się przez kiepską organizację”.

Co jakiś czas, zwłaszcza w internecie, pojawiają się jednak także złośliwe komentarze na temat działalności Błaszczyk.

„Tak było, jest i będzie. Walka z wiatrakami jest jałowa. Nauczyłam się, żeby nie przekonywać nikogo do racji za wszelką cenę, a raczej szukać tych, którzy chcą pomóc bez przekonywania. Naprawdę, pomimo najlepszych chęci, nie podbiję serca komuś, kto nie wierzy, albo mi nie ufa. Być może udałoby się przekonać go po wielu miesiącach tłumaczeń, ale to nie ma sensu. Szkoda czasu, są przecież inni. Trzeba ich znaleźć”.

Jesteśmy w przededniu otwarcia kliniki „Budzik” przy Rehabilitacji Neurologicznej w Centrum Zdrowia Dziecka, przeznaczonej dla dzieci w śpiączce.

„Celem akcji „Budzimy do życia” jest wybudowanie pierwszej w Polsce kliniki-wzorca dla dzieci po ciężkich urazach mózgu.

Mali pacjenci będą tam leczeni i rehabilitowani nawet do półtora roku od wypadku, bo wtedy jest największa szansa, że zostaną uratowani, nie dopuścimy do stanów terminalnych, czyli takich, kiedy ktoś leży bez żadnego kontaktu, w swoim domu, przez kilkanaście lat. Jeżeli wypisujemy dziecko ze szpitala po trzech miesiącach, to jednocześnie odbieramy mu szansę na normalne życie, a jego rodzinę skazujemy na niewyobrażalny dramat. Konieczna jest intensywna rehabilitacja. Każde dziecko będzie wymagało indywidualnie dobranych ćwiczeń: akupresury, hydroterapii, gimnastyki rozluźniającej, neurologopedii; ale także komunikacji pozawerbalnej: nauki dotyku, chwytania, łykania. Na miejscu będą pracowali doświadczeni lekarze, grupa wsparcia, psychologowie, rehabilitantki. Taki kontakt jest bardzo ważny. Podobne kliniki należałoby potem wybudować w centralnych miastach Polski – przy dużych placówkach medycznych posiadających odpowiednią infrastrukturę”.

Kiedy pytam, czy w fundacji Ewy Błaszczyk pracują także wolontariusze, odpowiada:

„Wolontariat idealnie sprawdza się wokół określonej, konkretnej idei. Coś trzeba zrobić: tutaj i teraz. Na tym na przykład polega fenomen „Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy” Jurka Owsiaka. Jednak praca z chorymi dziećmi wymaga przede wszystkim ścisłej wiedzy medycznej, długiego dystansu. Nie chodzi o jednorazową akcję, tylko konsekwencję w działaniu, popartą długimi przygotowaniami. Gimnastyka rozluźniająca, neurologopedia, masaże, akupresura, akupunktura, hydroterapia, ćwiczenia na koncentrację, dotyk, chwytanie, nauka łykania. Żmudny, wielomiesięczny proces. I nie warto liczyć na szybki efekt. To nie jest krótka piłka. Wiele miesięcy rehabilitacji, często bez nawet najmniejszego efektu. Wolontariusz wpadłby być może we frustrację, zwątpienie, profesjonalista będzie pracował dalej.

Jednak kiedy wreszcie powstanie „Budzik”, znajdziemy dla wolontariuszy jakieś prostsze, mniej skomplikowane zadania”.

***

Ojciec Ewy, Jan, był pilotem. Ukończył Szkołę Orląt w Dęblinie.

„Tato był w AK, partyzant w grupie doktora Hoffmana. Napatrzył się tyle zła, że nigdy o tym nie wspominał.

Kiedy skończył karierę pilota, został pułkownikiem w sztabie generalnym.

Mama, Klementyna, pod koniec wojny pracowała jako położna. Była wtedy dziewczyną, ale ktoś musiał przyjmować porody. Skończyła szkołę medyczną, pracowała jako pielęgniarka.

Rodzice stanowili podobieństwo przeciwieństw. Mama wyrozumiała i pogodna, tolerancyjna dla wszystkich wybryków moich i brata, ojciec raczej groźny, wymagający. Dobrze się uzupełniali”.

„Byłam dziwną dziewczynką. Mieszkaliśmy w Alejach Jerozolimskich, chodziłam do szkoły w samym centrum, która mieści się dzisiaj za hotelem Mariott. Jak przez mgłę pamiętam dobre i złe rzeczy. Na przykład ciężkie choroby na które zapadałam, ale także wspaniałą nauczycielkę, panią Lewkową, która jak nikt inny uczyła nas literatury i życia. Z chorowitego dziecka po jakimś czasie zamieniłam się w sportsmenkę, uwielbiałam pływanie. Byłam w tym naprawdę dobra”.

A aktorstwo?

„Do aktorstwa doszłam dosyć typową drogą. Nie występowałam na akademiach szkolnych, nie recytowałam. Przeciwnie: byłam zakompleksiona, wstydliwa. Aż do przesady. Przed każdym publicznym wystąpieniem miałam palpitacje serca, słyszałam tętnienie w uszach. Wszystko stanowiło problem. Wyjście do sklepu i do szkoły. Wszystkiego się bałam.

Ale to również, z psychologicznego punktu widzenia, stanowi dobry strat do aktorstwa. Chodzi o permanentne przełamanie. Uporanie z nieśmiałością poprzez zaprzeczenie jej w zawodzie, który wymaga nieustannego ekshibicjonizmu.

To mnie interesowało jako zagadnienie samo w sobie. W maturalnej klasie zaczytywałam się w książkach psychologicznych, miałam ukochanych autorów. Aktorstwo zderzyłam z pracą psychoterapeuty. Zrozumiałam, że tak zwane grzebanie w emocjach, analiza osobowości może być także funkcją poznawczą. Nie musi przenosić się do domu.

Byłam rozdarta: albo Szkoła Aktorska, albo psychologia. Podświadomie czułam, że aktorstwo mogłoby ułatwić przełamanie własnych demonów, to było może egoistyczne, ale szczere.

Podjęłam w końcu decyzję, że na PWST będę zdawała tylko raz. Jeżeli się uda, zostanę, jeśli nie – skończę psychologię. Ale się udało. Zdałam z drugą lokatą”.

„Studia były kursem dojrzałości. Mieliśmy zajęcia z Tadeuszem Łomnickim, Janem Świderskim, Andrzejem Łapickim, Zofią Mrozowską. Studiowałam na roku z Tomaszem Stockingerem, Hanią Bieniuszewicz i Magdą Wołłejko. Ale to był również czas częstych emigracji. Dotyczył również moich koleżanek i kolegów. Kasia Hanuszkiewicz wyjechała do Stanów Zjednoczonych, Monika Goździk do Kanady”.

***

W 1988 roku dziennikarz tygodnika „Film” zastanawiał się: „Co sprawia, że Ewa Błaszczyk potrafi być femme fatale idealnie odpowiadającą opisowi ze stronic „czarnego kryminału” Raymonda Chandlera i współczesną dziewczyną, z którą bez trudu identyfikować się mogą jej rówieśniczki? Trzeba, zdaje się, poprzestać na słowie „osobowość” .

Aktorstwo Ewy Błaszczyk to przede wszystkim skrajny introwertyzm. W kinie i w teatrze najczęściej grała kobiety zamknięte w sobie, oddane nie tylko drugiemu człowiekowi (mężczyźnie), co idei człowieka. Jego fantomowi.

Spuszczone głowa, zaciśnięte wargi, zaciśnięte pięści. Bohaterki Ewy Błaszczyk są abstrakcyjne, zimne, często cierpiące. Ów chłód nie wynika jednak z kalkulacji, albo poczucia wyższości. Przeciwnie, jest ekwiwalentem bólu istnienia, kompleksów, egzystencjalnej rozpaczy. To postaci okaleczone: fizycznie i psychicznie.

Czujące się pewniej przed niewidzialnym okiem kamery niż przed wzrokiem partnera czy partnerki.

W kinie zagrała kilkadziesiąt ról: głównych i drugoplanowych. Była Zoją Furman w kultowym serialu „Dom”, występowała w „Bluszczu” Hanny Włodarczyk i „Jeśli się odnajdziemy” Romana Załuskiego.

W „Dekalogu IX” Krzysztofa Kieślowskiego zagrała żonę Piotra Machalicy. W filmie zdrada małżeńska staje się katalizatorem naprawy nieudanego związku. Z Machalicą spotkała się ponownie w „Kameleonie” Janusza Kijowskiego.

W drugim planie stworzyła świetne, charakterystyczne role w „Kornblumenblau” Leszka Wosiewicza, „Nic śmiesznego” Koterskiego, w „Pokuszeniu” Barbary Sass.

Zagrała w kilku serialach – „Bożej podszewce” Izabelli Cywińskiej, drugiej części „Domu”, w telenoweli „Samo życie”.

Filmowym startem Ewy Błaszczyk była rola Teresy w nawiązującej do tematyki powstania warszawskiego „Godzinie W.” Janusza Morgensterna z 1979 roku, na motywach opowiadania Jerzego Stefana Stawińskiego.

„Jeszcze na studiach śmignęłam u Janusza Morgensterna w jednym z odcinków serialu „Polskie drogi”, ale to był tylko epizod.

Cieszę się, że mogłam zadebiutować w tak dobrym filmie, u świetnego reżysera. Kuba miał znakomitą rękę do aktorów. Do „Trzeba zabić tę miłość” wynalazł Jadzię Jankowską-Cieślak, to on wyegzekwował na Wajdzie zaangażowanie Cybulskiego do „Popiołu i diamentu”.

W 1982 roku, u boku Zofii Mrozowskiej, Barbary Wrzesińskiej i Haliny Romanowskiej, zagrała w poruszającej „Wigilii ’81” Leszka Wosiewicza – filmie, którego akcja rozgrywa się w wigilijny wieczór 1981 roku, w dziesięć dni po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. „Wigilia” przeleżała na półkach sześć lat. Dzisiaj stanowi jeden z niewielu, prawie dokumentalnych zapisów tamtego okresu w kinie.

„Kolejne pokolenia, ten sam los. Babcie, matki, córki wyczekują na mężczyzn, którzy są na wojnie. Owa wojna może mieć różne nazwy: druga światowa, albo stan wojenny, ale to nasze czekanie jest zbiorowym doświadczeniem. Kobiety zawsze czekają.

Szkoda, że film w zasadzie nie miał premiery, przeszedł chyłkiem. Ta sama historia dotyczyła wielu tytułów, które wówczas nakręciłam. Trafiały do archiwów, na półki. Pod tym względem na pewno byliśmy przegranym pokoleniem. Przetrącono nam kręgosłup”.

W połowie lat osiemdziesiątych Błaszczyk z powodzeniem występowała w teatrze i w kinie niemieckim.

„Czas był beznadziejny. Po stanie wojennym tkwiliśmy w apatii. Trwał bojkot aktorski telewizji, filmy od razu trafiały na półki. Nie było na co czekać.

Kiedy znalazłam się w Niemczech, miałam za sobą półroczny pobyt w Wiedniu. Uczyłam się języka, zagrałam w filmie telewizyjnym. Na Wiener Festwochen zrobiliśmy z Jerzym Grzegorzewskim „Pułapkę” Różewicza. Grałam po niemiecku z Olgierdem Łukaszewiczem. W Grazu wystąpiłam w „W małym dworku” Wikacego, reżyserował Wili Berngard.

W RFN trafiłam także do fabuły. Grałam z gwiazdami tamtego kina, m.in. z Godfriedem Johnem, który był wówczas w Niemczech prawdziwym idolem, występował w serii filmów o Bondzie.

Ale to była jednak wieczna huśtawka. Bo ciągnęło mnie do Polski. Niemcy były tylko przystankiem na jakiś czas, na chwilę. Bałam się zapuścić korzenie. W końcu podjęłam decyzję o ostatecznym powrocie. Kilka propozycji przeszło mi koło nosa, ale jeżeli czegokolwiek żałuję, to znajomości niemieckiego. Niedawno, przez przypadek trafiłam na materiał video z prób do „W małym dworku”, na którym płynnie posługuję się językiem. Nadal oczywiście mówię po niemiecku, ale już nie tak dobrze, jak wtedy”.

Moje pierwsze świadome spotkanie z aktorstwem Błaszczyk to „Nadzór” Wiesława Saniewskiego. Kiedy oglądałem ten film, miałem kilkanaście lat, ale do dzisiaj pamiętam silne wzruszenie, które towarzyszyło mi podczas projekcji.

„Wiesiek był pierwszym reżyserem który do tego stopnia mi zaufał. To był jego debiut, ryzykował bardzo wiele. Pomyłka obsadowa w takim filmie mogła go kosztować wszystko. Jednak zagrał va banque i zatrudnił niemal debiutantkę. A wcześniej widział mnie tylko jeden raz, w telewizyjnej adaptacji „Niemców” Kruczkowskiego.

Od razu chciał mi zaproponować rolę Klary, ale scenariusz wręczał mi z pokerową miną. Powiedział tylko: wybierz rolę, która będzie ci najbliższa. Kiedy po kilku dniach, powiedziałam – „Klara”, odetchnął z ulgą.”

W 1986 roku, w wywiadzie dla tygodnika „Film”, Ewa Błaszczyk mówiła: „Klara była zadaniem zupełnie nowym. Świadomość znaczenia postaci w całej tkance filmu pomaga mi budować jej psychikę, ale skupiam się nie tylko na własnym zadaniu. Bez myśli o całości stworzyłabym postać albo bardziej bladą albo bardziej przerysowaną, a tak od razu widziałam proporcje. Wiedziałam co mogę w utwór wpisać i jak. Praca nad „Nadzorem” była wspaniałą, wspólną sprawą, a takie przedsięwzięcia ma zawsze szanse sukcesu”.

„Mam świadomość, że to moja ważna rola filmowa. Chyba najważniejsza. Film miał kłopoty, był kręcony w fatalnym okresie – w 1982 roku – potem trafił na półki. Wiele propozycji mnie przez to ominęło. Dopiero po latach dowiedziałam się, że niemieccy producenci, po obejrzeniu „Nadzoru”, długo szukali aktorki Ewy Błaszczyk, ale „Film Polski” informował ich, że nikogo takiego w Polsce nie ma. Trudno. Było, minęło. Film szczęśliwie został. Dobry film. To najważniejsze”.

„Saniewski był wtedy absolutnym pasjonatem. Nie zagraliśmy tego z powietrza. Naprawdę spędzałyśmy czas w więzieniu we Wronkach pod Poznaniem, rozmawiałyśmy z tymi kobietami, słuchałyśmy dźwięku zatrzaskiwanych drzwi do cel. Jeżeli ma się w sobie tamten hałas, inaczej się gra, inaczej czuje”.

Debiutujący wówczas Wiesław Saniewski pozostał ulubionym reżyserem Błaszczyk. Zagrała w jego satyrycznym „Sezonie na bażanty”, w „Dotkniętych”, analizie relacji pomiędzy ludźmi zdrowymi i chorymi psychicznie, oraz w filmie poświęconym losom polskiej emigrantów w Niemczech – „Obcy musi fruwać”.

„Dużo rzeczy robiliśmy razem. W jednym z jego ostatnich filmów, „Bezmiarze sprawiedliwości”, zagrałam w zasadzie epizod. Ale chciałam być znowu blisko niego. Bo Wiesiek robi dobre i mądre kino.”

Wyliczyłem, że „Mistyfikacja” to czterdziesta siódma rola telewizyjna i filmowa Ewy Błaszczyk – nie licząc Teatrów Telewizji.

„Naprawdę? Coś podobnego. Tylko ile z tego zostało? Mówił pan, że jako chłopiec zobaczył „Nadzór” i zapamiętał pan tamto wzruszenie na zawsze. Ja mam podobnie. Oglądam jakiś film, z reguły nie pamiętam całości, tylko dwie, trzy sceny. Za to te kilka scen zostaje ze mną naprawdę”.

Błaszczyk zagrała także ważną rolę Heni Stahl, której pierwowzorem była słynna nazistowska reżyserka Leni Riefenstahl, w znakomitym „Hanussenie” Isztvana Szabo z 1988 roku, ostatniej części trylogii węgierskiego reżysera poświęconej kluczowym wydarzeniom XX-wiecznej historii Europy.

„Niezależnie od jakości samego filmu, zapamiętałam perfekcję tamtej realizacji. To była duża międzynarodowa koprodukcja, aktorzy z różnych krajów, każdy mówił we własnym języku, a jednak wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku, nie było miejsca na przypadkowość. W Polsce mało wtedy pisano o Riefenstahl, nie była postacią tak głośną jak dzisiaj. Ale Szabo dostarczył mi wówczas cały pakiet materiałów na jej temat. Łącznie z fragmentami filmów, jej wypowiedziami. Niespotykany research, zresztą postać fascynująca. A na planie Klaus Maria Brandauer w roli wróżbity Hanussena, Erland Josephson, György Cserhalmi. Przygoda”.

W apogeum filmowej kariery, Błaszczyk pracowała z największymi: Krzysztofem Kieślowskim, Istvanem Szabo, ale i, na przykład, ze Stanisławem Bareją. „Zmiennicy” są od lat żelazną pozycją telewizyjnej ramówki.

„Rola Kasi w „Zmiennikach” dała mi szeroką popularność. Całe szczęście czasy były inne, i nie musiałam pokazywać się w tabloidach, bo żadnych tabloidów jeszcze nie było.

Nie byłam wcale planowana do tej roli. Piórecką w „Zmiennikach” zagrałam trochę z łapanki. To była postać pisana z myślą o Jadzi Jankowskiej-Cieślak. W ostatniej chwili okazało się jednak, że ma jakieś zobowiązania za granicą, i trzeba było znaleźć na gwałt zastępstwo. Scenariusz napisał mój mąż, Jacek Janczarski, byłam zatem pod ręką. Poza tym, miałam wtedy niezłą pozycję zawodową.

Przeczytałam scenariusz, zobaczyłam obsadę. Trochę się przestraszyłam. Powiedziałam Barei – „Nie zagram z takimi tuzami komedii, nie dam rady. Obok mnie Irena Kwiatkowska, Wojciech Pokora, Jan Kobuszewski. Nie podołam.”

Stasiu popatrzył na mnie tymi swoimi dobrymi, szlachetnymi oczami i odpowiedział: „Nic się nie martw, wyobraź sobie, że jesteś bohaterką z komedii dell’arte”. Jedno zdanie, a jakie celne. Naraz otworzyły mi się oczy. Zrozumiałam jaką funkcję ma grana przeze mnie i Mieczysława Hryniewicza para. Że jesteśmy umowni, trzeba nas traktować z przymrużeniem oka”.

„Dzisiaj tak naprawdę właśnie z filmów Barei młodzi ludzie dowiadują się wielu cennych rzeczy o naszym kraju. Bareja z precyzją dokumentalisty rejestrował absurdy PRL’u, o którym tak szybko zapomnieliśmy. Ale nie było w nim jadu, nienawiści. Portretował tych swoich lumpów, aparatczyków, partyjnych bonzów z sympatią. Bo wszystkich lubił. Z jego osoby emanowało ciepło i miłość. Ten swoiście rozumiany serdeczny gest był nawet ważniejszy od samego filmu, od reżyserii. Jacek Fedorowicz powiedział kiedyś, że gdyby Stasiu zaangażował do swoich filmów jeszcze reżysera z prawdziwego zdarzenia, byłby naprawdę wielki. Może miał rację?”

„Niemniej wciąż oburzają mnie próby umniejszania dorobku Staszka. Kiedyś to było mocniejsze, dzisiaj, kiedy jego filmy są kultowe, ironia osłabła. Ale doskonale pamiętam czasy, kiedy określenie „bareizm” funkcjonowało jako synonim złego kina. Czas najlepiej zweryfikował te sądy. Dzisiaj, w klasycznej domowej wideotece polskiego emigranta jest „Rejs” oraz filmy Barei. Okazało się, że w tych na pewno niedoskonałych filmach i serialach, udało się zapisać całą epokę. Z jej dziwactwami, pięknościami, surrealizmem. I to się nie zestarzało.

Nie ma także określonego gatunku, który podsumowałby jego twórczość. To przecież nie tylko komedie. Myślę, że charakter kina Barei wyznaczała osobowość reżysera. Był odważny i dowcipny. Widział wszystkie krzywizny rzeczywistości, ale bardzo kochał ludzi. Na to nabierała się często cenzura. W jego filmach było tyle miłości i akceptacji dla kraju, iż cenzorzy często nie zauważali, że Bareja bardzo wiele powiedział przeciwko określonej sytuacji politycznej. Jego orężem był jednak uśmiech i jowialność, nigdy szyderstwo”.

Ostatnią znaczącą rolą filmową z jej udziałem była kochanka Witkacego w „Mistyfikacji” Jacka Koprowicza.

Chwała reżyserowi, że przypomniał polskiemu kinu o fenomenie Ewy Błaszczyk. „Mistyfikacja” to w zasadzie jej film. Zafascynowana Witkacym Czesława Oknińska ma desperację ludzi zakochanych, determinację osób chorych, i smutek kobiet opuszczonych. Wspaniała, przemyślana kreacja.

„Cieszę się, że przywołał pan ten tytuł. Lubię „Mistyfikację”, pomimo wielu krytycznych recenzji.

Najpierw byłam pod wrażeniem scenariusza. Wydawało się, że to materiał niemal na arcydzieło. A kiedy obejrzałam wcześniejszy, świetny film Jacka Koprowicza – „Medium”, zrozumiałam, że chodzi o twórcze rozwinięcie zawartych tam wątków. Byłam tą pracą podniecona i uszczęśliwiona. A chociaż efekt nie był może aż tak świetny, mam wrażenie, że film oceniono zbyt surowo.

To zresztą kolejny stały mechanizm obowiązujący w kinie. Nie wystarczy dobry tytuł, mocne nazwisko reżysera, świetna obsada itd. Trzeba jeszcze wpasować się w odpowiednią modę, w swój czas.

Oglądałam niedawno „Rozstanie”, oscarowy film z Iranu. Niewątpliwie to znakomite kino, pod względem warsztatowym i intelektualnym. Ale odcinając bardzo ważny kontekst religijny, ten kameralny tytuł jest w gruncie rzeczy bardzo podobny do wielu rodzimych tytułów na podobny temat które powstawały w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych ubiegłego wieku. „Rozstanie” ma Oscara, a o tamtych tytułach nikt nie pamięta. ”

W 1986 roku Ewa Błaszczyk mówiła:

„Z głośnych dźwięków lubię tylko śmiech. Z gwarem, krzykliwością kojarzy mi się radość. Ale im ważniejsze przeżycie, im bardziej tragiczne, tym cichsze wyrażanie. Lubię filmy delikatnie tkane, z których wiele wynika. Lubię kamerę podglądającą cień reakcji, zmuszającą widza do skupienia uwagi, do myślenia. Dobre kino psychologiczne kojarzy mi się z ciszą”.

„Kino nadal jest moją miłością, ale potrafię być wybredna. Nigdy nie traktowałam tego w kategoriach – być albo nie być, biorę wszystko, jak leci. Łatwa popularność niespecjalnie mnie interesowała. Najważniejszy był scenariusz. Kiedy miałam wątpliwości, po prostu odmawiałam. W ten sposób zrezygnowałam z kilku pierwszoplanowych ról, dotyczyło to także ambitnego kina.

Pamiętam dyskusje z Piotrem Szulkinem i Krystyną Koftą. Chodziło o film „Femina”. Nie czułam tego tematu, a Piotr nie przyjmował żadnej dyskusji. Chciał żebym wykonała zadanie. Kropka.

Trochę mnie to podłamało. Wcześniej byłam przyzwyczajona do pracy z reżyserami, którzy dopuszczali mnie jednak do procesu budowania roli. Tym razem trafiłam na ścianę. Nie udało się jej przebić. To mogła być wspaniała przygoda, jednak musiałam zrezygnować”.

***

Każde nasze spotkanie zawodowe, kończy się tak samo. Ewa Błaszczyk na chwilę znika, po czym wręcza mi prezenty. Nową płytę, album DVD, albo kilka nagranych piosenek. Jej głos plus teksty Agnieszki Osieckiej, Jonasza Kofty, Jana Wołka, Jacka Kleyffa, Wojciecha Młynarskiego, Jacka Janczarskiego. To lubię.

„Jeżeli ktoś przychodzi na mój koncert, robi to świadomie, z przekonaniem. Nie byłam i nie będę piosenkarką albo tak zwaną aktorką śpiewającą. Nie brałam udziału w konkursach, muzycznych wyścigach. To mnie nie interesuje. Jedynym powodem, dla którego wychodzę na scenę, jest tekst i emocje jakie prowokuje w słuchaczach. Także dlatego mam w repertuarze utwory muzycznie rozchwiane: od pauz i milczenia, po krzyk i bogatą instrumentację.”

„Piosenka przyszła do mnie przez przypadek. Nie byłam dzieckiem śpiewającym, nie chodziłam do żadnych kółek muzycznych, czułam jedynie że mam niezły głos.

Na studiach mieliśmy przedmiot „Piosenka”. Na egzamin wytrwale szukałam odpowiedniego materiału, w końcu natknęłam się na „Pannę Annę” Bolesława Leśmiana, którą do muzyki Stanisława Radwana, w „Piwnicy pod Baranami”, śpiewała Krystyna Zachwatowicz. Piosenka była trudna, brakowało nut, ale uparłam się. Odnalazłam pana Radwana, zdobyłam nuty, zaśpiewałam.

Od Adama Hanuszkiewicza dostałam wówczas kosz kwiatów. Zrozumiałam, że śpiewanie to coś innego niż występowanie na scenie. Nadwyżka z wartości. Coś niezmiernie ważnego”.

„Najpierw śpiewałam z Piotrem Fronczewskim wiersze Stachury do muzyki Satanowskiego, potem piosenkę w filmie „Bluszcz”, pojawił się kabaret „Pod Egidą”. Krok po kroku, piosenki w moim zawodowym życiu było coraz więcej”.

„Każdy utwór to dla mnie miniatura dramaturgiczna. Tam muszą zostać zawarte emocje, ich przepływ. Coś się rozwija, ma kulminację, jest opowiadaniem. Niektóre piosenki pełnią w moich recitalach funkcję uzupełniającą. Są łącznikami. Nie istnieją osobno, pełną barwę uzyskują dopiero w kontakcie z innymi utworami”.

„W teatrze piosenki Ewy Błaszczyk to trzy-, czterominutowe opowieści o ludzkim losie. Pisane śmiechem, ale częściej łzami. Przeświadczone, że życie biegnie swoim rytmem. Nie zwolnisz go ani nie przyspieszysz. Nic nie możesz zmienić, poza sobą” – pisał, po recitalu „Nawet gdy wichura”, Jacek Wakar.

„Najistotniejszy jest punkt wyjścia. Baza – scenariusz, książka, którą warto adaptować, pomysł na tekst piosenki. Dalej, rozwój sytuacji. Dobra muzyka, trafiona obsada, udane pomysły inscenizacyjne. Ale pierwszy zapis jest najważniejszy, bez tego nawet o centymetr nie ruszymy do przodu. Punkt wyjścia uruchamia wyobraźnię, tworzy również pułap odwagi w myśleniu o propozycjach”.

Artystyczny, muzyczny dekalog zawdzięcza zarówno występom w „Kabarecie pod Egidą”, jak i szkole Agnieszki Osieckiej i Jonasza Kofty, z którymi przez lata była związana.

Lata mijają, pojawiają się ciągle nowi autorzy, nawet utalentowani, ale ich tekstów nie zapamiętujemy, tymczasem szlagworty Osieckiej czy Kofty ciągle brzmią żywo i aktualnie.

Byli nie do zastąpienia?

„Powiedziałabym raczej, że tamta epoka jest nie do zastąpienia. Mam coraz większy kłopot z repertuarem. Współczesna poezja bywa ciekawa, ale nie najlepiej sprawdza się z muzyką; jest skrótowa, jest esemesem wysyłanym wprost, bez niedomówień”.

Przez wiele lat Błaszczyk przyjaźniła się z Agnieszką Osiecką.

„Agnieszka była dokładnie taka jak jej teksty. Wiedziała, jak napisać kolejny przebój czy hit, ale potrafiła także bezinteresownie zakochać się w nikomu nieznanej twarzy. Miała ogromną wiedzę i niezwykły zmysł obserwacji. Wnikliwie patrzyła na rozmówcę. Uważnie, niekiedy wręcz przeszywająco. Niektórzy tego wzroku nie wytrzymywali. Ale jej to było potrzebne. Patrzyła na Marylę i wiedziała, co jej napisze, patrzyła na mnie…

Była odważna, niepokorna, frywolna, ale potem zawsze wracała do siebie. Miała duże, niebieskie oczy, obgryzała paznokcie i rysowała kaczuszki. Była małą dziewczynką. I myślę, że ta mała dziewczynka została w niej do końca życia.

…Przepraszam, muszę zapalić, pójdę po popielniczkę.

Niech Pan zobaczy, jaki zbieg okoliczności, to popielniczka, którą dostałam właśnie od Agnieszki. Niebieska jak wszystko wokół niej”.

Lubiła kolor niebieski?

„Oczy miała niebieskie, wszystko było niebieskie. André Hübner-Ochodlo wymalował na niebiesko cały teatr „Atelier” w Sopocie. Na cześć Agnieszki”.

W domu Ewy Błaszczyk również dostrzegam sporo niebieskości. Na cześć Agnieszki?

„Lubię wszystko, co kojarzy się ze słońcem, z wakacjami: niebieskie i żółte korale, błękitną, puchową poduszkę. Bo mnie jest ciągle zimno”.

***

Udawało się jej łączyć żywioły. Grając intensywnie w kinie i w telewizji, występując na estradzie i w kabarecie „Pod Egidą”, nie zapominała o teatrze.

Debiutowała w Teatrze Współczesnym, przez krótki okres była związana z Teatrem Narodowym, od 1994 roku jest członkiem zespołu Teatru Studio.

W pierwszych latach kariery zagrała szekspirowską Julię, Hermię w „Śnie nocy letniej”, Sonię w „Zbrodni i karze”, Polly w „Operze za trzy grosze” Brechta, Joannę d’Arc.

„Wytrwale szukałam pomysłu na teatr. Żeby nie dać się zafiksować w jednym typie ról, w określonym emploi. Raz być kokietką, raz nimfetką. Być może odzywa się we mnie niedoszła pani psycholog, która poucza, że nie wolno się powtarzać, trzeba i warto poruszać się wciąż w nowej materii, sięgać po odmienne perspektywy.

Kiedy w 1987 roku zagrałam Wal w sztuce Pam Gems „Dusia, Ryba, Wal i Leta” w reżyserii Barbary Sass, czytałem na swój temat peany, ale nie chciałam przez całe zawodowe życie być prostytutką. Szukałam płodozmianu. Wtedy pojawił się Grzegorzewski, Warlikowski, Brzoza. A obok tego recitale, Osiecka i Scena „Prezentacje” Romualda Szejda. Wszystkie kolory aktorstwa”.

„W momencie wypadku Oli byłam po premierze „Zachodniego wybrzeża” Bernarda-Marii Koltesa w reżyserii Krzysia Warlikowskiego. Potem jeszcze przez kilka miesięcy graliśmy to przedstawienie. Występowałam też w serialu, wyjeżdżałam z recitalami, ale i pojawiałam się gościnnie na koncertach Jacka Kleyffa – nie zdecydowałam się tylko na udział w przedstawieniach wieloosobowych. To byłoby nie fair w stosunku do zespołu. Jestem bowiem pewna, że w momencie, kiedy dostałabym alarmujący telefon od lekarzy, przerwałabym każdy spektakl. Nawet w trakcie próby generalnej, albo podczas premiery. A tego nie mogłam zrobić kolegom. Przełomem był „Dybuk” Warlikowskiego. Po raz pierwszy zdecydowałam się na zagraniczny wyjazd, pojechaliśmy do teatru Brooka, do Paryża. To były moje pierwsze dwa tygodnie bez Oli. Musiałam się przełamać. Udało się. Ale płakałam codziennie”.

Cztery lata po wypadku, wspaniale zagrała więźniarkę Fay w sztuce Rony Munro „Więź” w reżyserii Zbigniewa Brzozy.

Tomasz Miłkowski w recenzji spektaklu pisał: „Ewa Błaszczyk wraca rolą Fay na szczyt, obdarowuje nas pełnym dramatyzmu, energii i mądrości portretem kobiety pogodzonej z losem, która na parę chwil rozkwita tęsknotą do pełni życia”.

W 2008 roku stworzyła kreację w przejmującym monodramie „Rok magicznego myślenia” Joan Didion.

„To ewenement. Sztuka, w której musiałam zagrać. Odkąd zobaczyłam Vanessę Redgrave w National Theatre w Londynie, grającą przed widownią w bardzo różnym wieku – od nastolatków po staruszków, pomyślałam, że mnie także może się udać. W każdym razie muszę spróbować.

Napisałam do Joan Didion długi list, opisałam w nim własną historię. To był czas, kiedy „Rok magicznego myślenia” święcił triumfy na Broadwayu. Natychmiast dostaliśmy prawa”.

Agnieszka Uścińska pisała w „Teatrze”:

„To monodram oparty na tekście Joan Didion, amerykańskiej scenarzystki, dziennikarki i powieściopisarki. Jest zapisem dramatycznych przeżyć, próby poradzenia sobie z bólem, który wydaje się nieskończony. U jego źródeł leży osobista historia autorki. Na początku była niespodziewana śmierć męża. Zaraz potem śmiertelna choroba jedynej córki. Na końcu pozostała walka o własne życie. O niej postanowiła opowiedzieć sobie i swoim czytelnikom Didion, pisząc autobiograficzną powieść, za którą w 2005 roku została nagrodzona National Book Award. Na jej podstawie bardzo szybko powstaje tekst sceniczny, który w rewelacyjnym wykonaniu Vanessy Redgrave w National Theatre w Londynie (2007 rok) razi tamtejszą publiczność siłą oddziaływania. Ten spektakl to już legenda.

(…) Didion przekłada swoją traumę na język literacki. Ewa Błaszczyk zakłada Fundację „Akogo?”, pozostając czynną aktorką. Pewnego dnia trafia na angielski tekst Didion i – jak sama mówi – „czuje, że chce nosić te zdania w sobie”. Dociera do autorki. Prowadzi z nią ożywioną korespondencję. W końcu Elżbieta Woźniak robi przekład, a Teatr Studio uzyskuje prawa do sztuki.

Rzadko pisze się o przedstawieniu teatralnym z perspektywy biografii jego twórców. Z reguły jest to podejście wykorzystywane li tylko w celu tropienia taniej sensacji. Tu jest zupełnie inaczej.

Joan Didion i Ewa Błaszczyk ofiarowały nam swoje najtrudniejsze przeżycia, przepracowane emocjami i rozumem, a przełożone na język najczystszej sztuki. „Rok magicznego myślenia” to nie tylko spektakl. To przesłanie skierowane do każdego z nas. Nikt przecież nie wie, kiedy przyjdzie mu się zmierzyć z podobną sytuacją. Na własnym przykładzie, czego dowodem jest już sama premiera w Teatrze Studio, autorki pokazały, że każdą stratę można przerobić na życie. Proces dochodzenia do tej świadomości to bardzo bolesna i trudna droga. Podobnie jak samo jej zrozumienie. Świadczą o tym wątpliwości, jakie wzbudza ten monodram – które jednak powodują, że nie mogę przestać o nim myśleć”.

„Spektakl był ciężki, nieefektowny, traumatyczny. Przypadkowy widz mógłby tego nie wytrzymać. A jednak nie narzekaliśmy na frekwencję. Graliśmy do momentu wygaśnięcia licencji. Byłam na wielu festiwalach. Spotykałam się z ludźmi. To były najbardziej niezwykłe spotkania w mojej karierze. Widzowie przychodzili do garderoby. Niewiele zazwyczaj mówili. Tym razem nie chodziło o proste komplementy. Ktoś chwycił mnie za rękę, ktoś chciał się tylko przytulić. Najczęściej słyszałam jedno słowo: „dziękuję”. I tyle. Aż tyle. Między aktorem a publicznością wytworzył się specjalny rodzaj otwarcia, chemii. Na widowni panowała absolutna cisza. Słyszałam oddechy”.

Kilka lat temu Ewa Błaszczyk mówiła mi:

„Potrzebuję właśnie takich wyzwań. Po tylu trudnych doświadczeniach, nie chcę brać udziału w czymś, co wydaje mi się letnie, co mnie średnio angażuje. Nie chcę grać w sztukach, które mało ważą i mało znaczą. Jeżeli na jednej szali jest tak wielki ciężar, to druga szala też powinna być na tyle obciążona, żebym mogła się na niej skoncentrować, żebym mogła zapomnieć o drugiej, zapomnieć o smutku”.

„Nadal podpisuję się pod tym zdaniem. Nie będę grała w bzdurach. Szkoda czasu i życia. Zupełnie inaczej pracuję w momencie, kiedy wiem, że jednak o coś istotnego chodzi. Jestem wtedy podniecona, wkraczam w przygodę całym sercem i duszą. Ale praca musi mieć sens. Potrzebuję sensu jak tlenu”.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Ewa Błaszczyk wzięła udział w ankiecie miesięcznika „Twój Styl”.

Pisała wtedy: „Uwielbiam białą architekturę, lazurowe morze, ciepły klimat. Pierwszy rausz po białym winie, gdy się łagodnieje. Iskrę radości, energii i emocji w oczach kogoś, na kim mi zależy.

Credo życiowe? Żyć tak, aby się głupio nie zestarzeć, mimo pułapek zastawianych przez życie”.

„Trochę się zmieniło. Przestałam być trzpiotowata. Wszystko, co bawiło mnie wówczas – jakiś blichtr, jakieś rozrywkowe życie, szalone imprezy. To minęło. Śmieję się nadal, ale już inaczej. Zmieniły się priorytety”.

„Warto działać, a nie rozgrzebywać dawnych ran. Mam marzenia. Chciałabym długo jeszcze być użyteczna jako aktorka. Pielęgnować zawód. Aktorstwo to nie był dla mnie pomysł na zarabianie pieniędzy. Chodziło o podejmowanie trudnych tematów zamienianych w sztukę. Aktorstwo oznaczało życie i funkcjonowanie w pewnym specyficznym środowisku ludzkim, które stało się moim środowiskiem. Będzie nim zawsze.

I jeszcze śpiewanie. Cholernie ważne. Wierzę, że uda mi się pokazać nowy recital. Szukam mądrych tekstów.

I jeszcze życie. Ola jest we wszystkim. Ola i Mania. Każdego dnia proszę Boga, żebym uwierzyła naprawdę, że to, co robię, ma sens. Kiedy odpoczywam, robię to nie tylko dla siebie, ale także dla moich dzieci, dla fundacji. Chcę być w dobrej formie, bo Ola i Mania tego potrzebują. Codziennie śledzę, co się dzieje w świecie medycyny. Nauka niesamowicie się rozwija. Z każdym miesiącem rosną szanse, że zaczniemy sobie radzić z uszkodzonym ośrodkiem nerwowym. To byłby wielki przełom w medycynie. Jak wynalezienie koła co najmniej. W momencie, kiedy będziemy umieć zapanować nad komórką macierzystą, świat będzie już inny. Nie ma od tego odwrotu”.

„Oczywiście nie jestem infantylna, zdaję sobie sprawę z upływu czasu, że lata płyną, a ja jestem wciąż bardzo potrzebna – Olce, Mani, fundacji, ale także co najmniej kilku innym osobom. I naprawdę nie można przewidzieć, co będzie dalej. Przecież, odpukać, może trafić się choroba, albo inne nieszczęście. Staram się o tym nie myśleć. Mam wrażenie, że wszystko jest we mnie otwarte. Czas przyszły wydaje się nieokreślony.

Nie mam w głowie jakiejś „jesieni życia”, perspektywy zasłużonej emerytury. Chyba bym zwariowała. Jestem niemal stuprocentowo pewna, że do końca świadomości, będę ciężko pracowała. Nie wyobrażam sobie innej perspektywy.

Nie wiem czy nazwiemy to apetytem na życie, czy określimy zupełnie inaczej. Chodzi o psychologiczną konstrukcję. Uważam, że dopóki się żyje, trzeba starać się wypełnić to życie czymś sensownym. Zawsze to miałam, przed przed śmiercią Jacka, przed wypadkiem Oli. Każdy dzień był wypełniony. Nie znoszę pustki”.

Nie pierwszy raz podczas naszych rozmów łapię się na oczarowaniu wewnętrzną siłą rozmówczyni. Od Błaszczyk emanuje ten rodzaj spokoju, dla którego zwyczajnie brakuje słów. Akceptacja, afirmacja i cierpienie. Ale bez żadnego patosu, moralizowania czy ekshibicjonizmu.

„Czas uczy dystansu. Nawet wobec traumy, rozpaczy, cierpienia. Dziesięć lat czułam, że prawie mnie nie ma. Jestem znieczulona. Trwam bardziej niż żyję. Wiem tylko, że muszę ratować dziecko.

Dzisiaj nauczyłam się przyjmować nawet najtrudniejsze fakty do świadomości. Jakie by nie były. Ale nie jestem masochistką. Wolałabym, żeby moje życie rodzinne wyglądało inaczej. W tym nie ma akceptacji. Tyle tylko, że staram się robić absolutnie wszystko, żeby temu, co zostało, nadać pozytywny sens. To ciężka praca. Ale ja lubię pracować.

Nieprzypadkowo motto mojej książki stanowił fragment wiersza „Nadzieja” Czesława Miłosza:

„Wejść tam nie można, ale jest na pewno, niektórzy mówią, że nas oko łudzi i że nic tylko się wydaje, ale ci właśnie nie mają nadziei”.

Wierzę, że jest. Mam nadzieję”.

Łukasz Maciejewski

Leave a Reply