Portret krytyka: Henryk Bieniewski
Wchodzę do mieszkania. W centralnym miejscu pokoju stoi biurko, na nim stoi nieśmiertelna maszyna do pisania i urzęduje leniwy, pręgowany kot – nieodłączny towarzysz swego pana w chwilach weny twórczej. Moją uwagę przyciąga niesamowita ilość książek. Większość z nich to literatura dramatyczna, wszystkie numery ,,Dialogu” od 1956 roku, pozostałe półki zajmują pozycje ,,wokół teatru”.Osobne miejsce w pokaźnej, domowej bibliotece wypełniają książki o Powstaniu Warszawskim. Pokaż mi swoje księgozbiory, a powiem Ci, kim jesteś. Księgozbiór Henryka Bieniewskiego znakomicie charakteryzuje jego właściciela, któremu pozazdrościć można kondycji intelektualnej, przedwojennej klasy, skromności i ogromnej wiedzy, ale także doskonałej orientacji w bieżącym życiu teatralnym.
We wstępie do jednej ze swoich książek napisał: ,,Magiczny świat teatru […] może wypełnić nie tylko jeden wieczór, ale może stać się siłą przewodnią na długie lata”1. Z całą pewnością potwierdza tę tezę swoim życiem.

Koncept był wyśmienity. Igor Ostachowicz spróbował wyobrazić sobie, co stałoby się, gdyby pomordowani w 1943 roku podczas powstania w getcie warszawscy Żydzi ożyli i wyszli na dzisiejsze stołeczne ulice.
Piszę do Pana – trzebaż więcej?
Po raz trzeci Król Lear, jedna z najbardziej tajemniczych sztuk Szekspira, pojawia się na afiszu Teatru Polskiego. Pierwszy raz miało to miejsce w okresie międzywojennym, kiedy inscenizację podpisał Leon Schiller (1936), który wykorzystał klasyczny przekład Józefa Paszkowskiego. Rezultat był kontrowersyjny. Zachwycał się tym przedstawieniem tylko Kazimierz Wierzyński, pozostali recenzenci zgłaszali mniejsze lub większe zastrzeżenia. Kolejną premierę, po upływie ćwierćwiecza, w nowych okolicznościach dziejowych, w nowym, dobrym przekładzie Zofii Siwickiej przygotował Zygmunt Hübner, uważany wówczas za jednego z czołowych inscenizatorów. Hübner kierował się interpretacją Jana Kotta, ale poniósł klęskę, którą poświadczyli wszyscy recenzenci na czele z rozjuszonym Kottem. Z katastrofy ocalał tylko Bronisław Pawlik w roli Błazna. Dyrektora Andrzeja Seweryna przeszłość powinna więc odwodzić od Leara, ale na szczęście pokusa okazała się silniejsza od lęków. Jacques Lassalle skorzystał z przekładu Stanisława Barańczaka i dowiódł, że to sztuka nadal fascynująca, a więc warta nowej próby odczytania, a w duecie z Dorotą Kołodyńską stworzył inscenizację, którą będzie się dobrze pamiętać, tak jak kreację Andrzeja Seweryna.
Naprawdę, naprawdę te pełne cudowności sztuki są świadectwem czasów, w których żyjemy. W ich nieprawdopodobieństwie został zaklęty realizm. (Helmut Kajzar o dramatach Tadeusza Różewicza)
„Nigdy nie będzie za mało powtarzania takiej prawdy:
Zmarł Tadeusz Różewicz (93 lata), wybitny poeta i dramaturg, baczny obserwator, komentator, myśliciel. Wchodził do literatury jako poeta odnajdujący nowe środki dla wyrażenia osobistego i pokoleniowego dramatu, ukazując krajobraz po katastrofie, ujawniając koszmar wojny, powstałą próżnię i kryzys moralny w kategoriach osobniczych, pokoleniowych, narodowych i ogólnoludzkich. Różewicz – jak to lapidarnie ujął T. Drewnowski – jest poetą XX stulecia, który „spośród pisarzy polskich wyraził bodaj najwięcej jego doświadczeń, jego nadziei i nieszczęść (…)”.
17 kwietnia zmarł w wieku 87 lat Gabriel GARCÍA MÁRQUEZ (1928-2014), prozaik kolumbijski, jeden z twórców tzw. realizmu magicznego, w którym elementy realne stopione są z wytworami zmysłowej fantazji poetyckiej, laureat Nagrody Nobla (1982).
Rozszerzona wersja recenzji opublikowanej w „Przeglądzie”:
Rozszerzona wersja recenzji publikowanej w „Przeglądzie”:
Dziś mija 105 rocznica śmierci Heleny Modrzejewskiej (8 kwietnia 1909). Katarzyna Michalik-Jaworska wraca do lektury książki książki Andrzeja Żurowskiego sprzed kilku lat – „MODrzeJEwSKA”.
O Historii Śnieżki w reżyserii Olega Żiugżdy na 34. Warszawskich Spotkaniach Teatralnych pisze Marzena Dobosz na blogu „teatru głodna”:
Słynne drugie zdanie „Bram raju” oczywiście pada ze sceny pod koniec przedstawienia. Zrobiło karierę zawrotną, bo powieść Andrzejewskiego zbudowana została z dwóch zaledwie zdań – przy czym to pierwsze wypełniało niemal cały utwór, a drugie zawierało kilka słów. Było jednak z punktu widzenia odbioru tekstu nader istotne – stanowiło bowiem lustrzane odbicie pierwszego. Spektakl Passiniego nie próbuje zachować tej nierównowagi dwóch zdań powieści, a to choćby z powodu dodania do scenariusza fragmentów niemal zapomnianej „Krucjaty dziecięcej” Marcela Schwoba.