Takiej Wielkiej Improwizacji na polskiej scenie jeszcze nie słyszano. Grzegorz Malecki jako Konrad w inscenizacji Eimuntasa Nekrošiusa na Scenie Narodowej zamiast po gwałtowne gesty, patetyczne i mocno artykułowane frazy i całą tę gorączkę emocjonalną z repertuaru romantycznego – sięga po intymność.
Jego zmagania z Bogiem przypominają bez mała rozmowę z przyjacielem, emocje są powściągane, a zastosowane środki ekspresji zdumiewają prostotą. Wulkan emocji zastępuje nasycone skrywaną emocją, ale przede wszystkim klarownym przewodem myślowym rozumowanie. Tym razem Konrad nie wybucha gwałtownym buntem, ale wyłuszcza powody tego buntu, jego głębokie, zaskakująco racjonalne korzenie. Od czasu do czasu tylko ten tonowany monolog, w którym emocje trzymane są na wodzy, zakłóca, nadruch głowy, którą Malecki odrzuca w bok, tak jakby bohater próbował zerwać się z uwięzi, jakby rwał się na swobodę. Na naszych oczach zamiast Konrada ekstrawertyka rodzi się introwertyk. Ktoś, kto się buntuje ze ściśniętym sercem. To przecież nie znaczy, że reżyserowi i aktorowi nieznana czy obca jest tradycja romantycznych uniesień – próbę jej zastosowania widzimy na samym początku, kiedy Grzegorz Małecki we fragmencie Upiora najwyraźniej nawiązuje do stylistyki bliskiej Józefowi Węgrzynowi.
Dowiedz się więcej »Pomnik rzuca cień