Teatr – azyl czy piekło?

Z Jerzym Schejbalem rozmawia Tomasz Miłkowski

Jest pan właśnie po próbie w warszawskim Teatrze Polskim. Co to będzie?

Robimy sztukę Dekameron ukraiński, rzecz o ludowej proweniencji. To kompozycja dosyć frywolnego tekstu, opartego na seksie, miłości, dywagacjach na temat śmierci. Historia popa, chłopa i jego żony. Pojawia się też anioł i szatan, do tego dopisane są przepiękne ukraińskie pieśni ludowe. Jesteśmy dopiero na pierwszym etapie, czytamy, analizujemy. To jest dosyć dowcipne i frywolne, ale na pierwszy rzut oka – reżyser chciałby, żebyśmy się dokopali głębiej, do refleksji nad sensem życia. Myślę, że to może być dosyć ciekawe doświadczenie.

 

Paradoksalnie, kiedy to próbujemy i słuchamy świata dookoła, zastawiamy się, jak to się będzie rymowało z otoczeniem. Kiedy wychodzimy z teatru, który jest rodzajem azylu, i patrzymy na świat, pytamy: co my robimy właściwie? Co to ludzi będzie obchodziło, kiedy wokół są ofiary zamachów, świat staje na głowie…

To rodzi podstawowe pytanie, co ma dziś do zrobienia teatr? Czy teatr to miejsce, gdzie się wprost komentuje to wszystko, co się poza nim dzieje?

Świat jest teraz tak brutalny w atakowaniu nas z każdej strony, że nie wiem, czy byłbym skłonny brać udział w kreowaniu teatru politycznego. Wolałbym, żeby teatr zastawiał się nad światem i człowiekiem przez dobrą literaturę, przez filtr sztuki. Takie jawne, ostentacyjne dopisywanie literaturze dodatkowych znaczeń, żeby tylko rymowała się z rzeczywistością, uwspółcześnianie na siłę nie odpowiada mi. Wolę, kiedy widzowi daje się szansę odczytywania znaczeń i rozpoznawania rzeczywistości, a unika bezpośredniej ingerencji w jego wyobraźnię i wrażliwość. Chciałbym, żeby widz sam dociekał, żeby sam próbował diagnozować, a nie żeby podawać mu gotowe interpretacje „kawa na ławę”.

 

Pewnie zawsze z teatrem było tak, że po spektaklu niejeden widz odczuwał zdumienie, że świat realny różni się znaczenie od ideału. Dość wrócić pamięcią do czasu pańskiego debiutu, niemal 50 lat temu – to był rok 1968 i co się wtedy działo! A pan wtedy w najlepsze grał Tobiasza Czkawkę w Wieczorze Trzech Króli. I nie było w tym jakiegoś dysonansu.

 

Moje widzenie świata było wtedy trochę inne ni z dzisiaj. Rok 1968 to był swego rodzaju szok, ta fala buntu studenckiego, która przecież przeszła przez całą Europę, a u nas miała jeszcze dodatkowe podłoże polityczne. Moja wówczas świadomość historyczna, i świadomość czasu, w którym żyję, była inna. Teraz jestem o pół wieku starszy. Ale patrząc na te 50 lat i na teatr tych lat, dostrzegam, że teatr rozwijał się jednak w jakimś stopniu linearnie, nie skokowo. Przechodziło się gładko z jednej tendencji estetycznej w drugą. Kiedy świat zaczął przyspieszać, zaczęły się pewne rzeczy sypać, pewne normy, pewne zasady, nawet pewne konwencje. Teatr nie może teraz znaleźć swojej tożsamości. Goni za nowinkami estetycznymi, najczęściej zapożyczonymi z Zachodu, z Niemiec. Kiedy kończyłem studia, cały ferment wychodził z teatru studenckiego – Jasiński ze STU, a uczestniczyłem w tym w jakimś stopniu, czy Teatr 38 w Krakowie, 8-go dnia w Poznaniu, Lublin ze swoim teatrem, Wybrzeże. Jak dzisiaj na to patrzę, to ten ruch studencki oparty był na mocnych intelektualnych podstawach. Estetyka wynikała z bardzo pogłębionej bazy intelektualnej. Myśmy byli też dziećmi Swinarskiego, teatru Hübnera. Podwaliny pod teatr były mocne. Odnoszę wrażenie, może kogoś nawet krzywdzę, że teraz dominuje pewnego rodzaju miałkość intelektualna, która niestety odbija się na teatrze, na jego przesłaniach. Czuje się pewne zaniedbania edukacyjne widza, który bezkrytycznie przyjmuje to, co mu oferuje teatr, a co nie zawsze jest przemyślane, i bierze to za dobrą monetę. Uczestniczyłem w paru przedstawieniach jako widz, kiedy byłem niemal zszokowany, że mimo jakiej takiej wiedzy o teatrze, jakiegoś wykształcenia, siedziałem i otwierałem oczy coraz szerzej, a już najszerzej, kiedy po spektaklu widownia wstawała i biła brawo na stojąco. Nie rozumiałem, dlaczego ta oferta jest tak żywo przyjmowana, chociaż moim zdaniem nie powinna.

Podkreśla pan, jak ważna jest ciągłość w sztuce, nawet przez protest, w przeciwieństwie do manifestowania za wszelką cenę inności, ale w pewnej próżni.

Młodzi twórcy teraz też mają poczucie, że są czyimiś dziećmi. Niektórzy powołują się na Dejmka, niektórzy na Hübnera, usprawiedliwiając ich nazwiskami to, co robią, a co nie ma nic wspólnego z antenatami.

Nie możemy uciec od przeszłości, a zwłaszcza od pamiętnego Garderobianego we wrocławskim Teatrze Polskim (1990), choćby dlatego, że rozmawiamy w pańskiej garderobie w Teatrze Polskim. Tekst Ronalda Harwooda trochę za panem chodził i to w wielu wariantach, bo i w teatralnym, reżyserował pan też tę sztukę (1999) i telewizyjnym i nawet radiowym. Na pewno to tekst, który coś w panu zostawił. Myślę, że u wielu ludzi pozostaje żywo w pamięci, wywarł wielkie wrażenie. A jaki miał wpływ na pana?

To było doświadczenie, które rzadko zdarza się aktorom, kiedy dotyka się tajemnicy. Złożyło się na to mnóstwo elementów. Począwszy od tego, że miałem takiego partnera jak Igor Przegrodzki. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym to zagrać z kimkolwiek innym, ponieważ Igor był dla mnie tożsamy z tą postacią. Po prostu on naprawdę taki był. Nasze kontakty bardzo często przypomniały te ze sztuki. Konflikty między nami, całkiem prywatne, przekładały się często na to, co działo się na scenie. Czasami to było piekło. Ale to piekło było tak ekscytujące, że choć próbowałem zachować dystans, czasem miałem ochotę go zabić.

Aż tak?

On był zazdrosny. On był po prostu po aktorsku zazdrosny. Jak mi coś wychodziło, to on był tak wściekły, że natychmiast próbował mi to zburzyć. Na początku dawałem się w to wciągać. Chodziłem strasznie oburzony na niego, że to świństwo, że tak się nie robi. Ale po jakim czasie pomyślałem: Zaraz, zaraz, przecież to jest fantastyczna okazja, jedyna w życiu podnieta. Ty mi tak? To ja ci tak! I on się zorientował, że to jest metoda. Zaczęliśmy prowadzić grę między sobą, kto co wymyśli w tych rolach. A Maciek Wojtyszko był fantastycznym reżyserem, bo on w ogóle w to nie ingerował, była plastrem na nasze boje. Nieźle się bawił przy okazji, jak patrzył na nas, obserwując, jak my się ze sobą ścieramy, jak ze sobą walczymy. Potem się to wszystko przepięknie ułożyło, myśmy się bardzo przyjaźnili z Igorem, bardzo go szanowałem, odniosłem wrażenie, że on mnie też. Fantastyczna była w tym przedstawieniu scenografia, która zamknęła nas w takiej nie oczywistości teatru.

Bywają takie momenty, kiedy się pewne rzeczy rodzą, bo to jest ich czas. Jest pewna biologia w sztuce, jakaś cykliczność – tak czy owak, w innym czasie to by nie powstało. Wtedy teatr miał ten „ciąg”, byliśmy w teatrze Jarockiego, po Grzegorzewskim, kiedy jeszcze zapachy tamtego teatru w nas były. To przedstawienie długo w sobie nosiłem, obaj z Igorem żałowaliśmy, że tak szybko zeszło. Za dyrekcji Miśkiewicza była taka koncepcja, żeby do Garderobianego wrócić, żeby reaktywować, ale nic z tego nie wyszło.

Pozostała legenda.

To był przełom w moich sprawach zawodowych. Bardzo wiele się nauczyłem jako aktor. Nabrałem pewnego rodzaju swobody. W tym przedstawieniu wiele sytuacji było improwizowanych. Przypadek bywał jego składową, jak choćby z tą cholerną brodą, której nie można było przykleić, bo nigdy nie było wiadomo, co będzie z nią Igor wyprawiał. Latałem za nim, żeby mu ta broda się nie odkleiła, nie jak garderobiany, ale ja prywatny, to zaczęło wchodzić pod skórę. Zachowaliśmy się tak, jakbyśmy naprawdę byli mistrzem i garderobianym, kochałem to.

Tylko pozazdrościć.

Sam sobie zazdroszczę.

Mógł pan zobaczyć, jak to wyszło, w telewizji.

To jednak coś innego, zimne oko kamery bardzo wiele zabiera. W teatrze rzecz inna, co wieczór inny oddech widowni, inny zapach, inne skrzypienie krzeseł, a to wszystko przekłada się na to, co dzieje się po naszej stronie, czyli na scenie.

Niebawem, 16 kwietnia, czeka nas premiera spektaklu Życie – trzy wersje Yasminy Rezy w pańskiej reżyserii i z panem w obsadzie w bardzo teraz modnym, ultranowoczesnym warszawskim „Promie” na Saskiej Kępie – to taki prezent na własne 70. urodziny?

Wziąłem się, a właściwie wróciłem do Rezy – a że to na mój jubileusz, to stało się naprawdę i przypadkiem. Miałem jakiś przestój w teatrze, i żeby wykorzystać czas, żeby biernie nie uczestniczyć w pracach teatru i nie wyjść z wprawy to sięgnąłem po tę sztukę. Kiedyś ją reżyserowałem, chociaż, jak wiadomo, moim podstawowym zawodem jest aktorstwo. Robiłem ten tekst kiedyś ze studentami i bardzo nam się sprawdził, podobnie jak Sztuka Rezy, którą też przygotowywałem ze studentami. Wracam do Życia, bo mało jest materiału do przedstawień, w których aktorzy mogą się wygrać. A to sztuka dla czworga. Podobnie jak Rzeź, która pamiętamy z filmu Polańskiego.

Zmagamy się teraz z tym tekstem, bo okazało się, że ma on jednak w sobie takie tajemnice, który się wyłaniają, kiedy wejdzie się w ten tekst wgłąb. To nie jest takie proste od strony psychologicznej i praca nad tym tekstem zaczyna sprawiać nam frajdę. To jest taka detektywistyczna robota, co mianowicie autorka miała na myśli. Przy czym polski przekład nie jest taki najmłodszy, nie jest złym, dobrze, za przeproszeniem „siedzi w pysku”, ale język bardzo szybko się zmienia. Pewne zmiany były konieczne, nie robiliśmy jakiejś wielkiej ingerencji w język, ale musimy go oswajać i tamtym językiem mówić dzisiaj, a to nie jest takie łatwe.

A w dodatku występuje pan w podwójnej roli…

No tak, muszę siedzieć na scenie, a jednocześnie patrzeć, jak tam siedzę. Trzeba zbudować rytmy, a nie mam jak stanąć po drugiej stronie. Ale jestem pełen dobrych nadziei.

Spektakl współprodukuje urząd w Nowym Sączu?

Urodziłem się w Nowym Sączu, tam chodziłem do szkoły. I ten spektakl jest sponsorowany przez Urząd Miasta, który w taki miły sposób postanowił uczcić jubileusz swojego krajana. Stąd będą dwie premiery, pierwsza w Warszawie w kwietniu i druga w październiku w Nowym Sączu – oni tam mają taki mały festiwal teatralny, i na tym festiwalu teatralnym będziemy grali. To będzie zwieńczenie mojego jubileuszu 70-lecia. Cieszę się, że to będzie w Nowym Sączu, który zresztą wydał panu dobrych aktorów – stąd wywodzą się pani Szaflarska, pani Rysiówna, Wojtek Alaborski, miałem też stąd studentów, którzy już teraz pracują. Można by z nich niezły teatr w Nowym Sączu złożyć.

Kto wie, kto wie, dość przypomnieć o inicjatywie Andrzeja Dziuka, który założył teatr w Zakopanem i teatr trwa przecież od ponad 20 lat…

Nie, znacznie dłużej, to prawie czterdzieści lat.

No tak, to się zaczęło przecież w PRL-u.

Śmignęło. A miało być na trochę. Dawno tam nie byłem, ale mają swoją widownię, córka tam częściej bywa i potwierdzała, że mają frekwencję. Coś sobie skubią, grają i to jest piękne. Pamiętam, jak kończyłem studia, to były takie czasy, kiedy grupy studentów się montowały i jechały gdzieś tam do Bielska, do Kielc, do Radomia, do Jeleniej Góry – całe grupy studentów i robiły tam swój teatr. Potem się dopiero stamtąd rozjeżdżali, ale idea była taka: chodźmy grupą, zróbmy coś. To były takie przedsięwzięcia.

To się zaczęło natychmiast po wojnie – całe studio aktorskie Iwo Galla podążyło za nim do Łodzi. I to się na ogół sprawdzało.

Dzisiaj studenci się boją, że jak wyjadą z Warszawy, Krakowa, Łodzi, Wrocławia, to nagle znikną.

Ominą ich castingi.

No, tak! Dlatego oni się boją ruszyć. A przecież naprawdę mnóstwo miejsc na nich czeka i to fajnych miejsc. Pamiętam, kiedy kręciliśmy „Rozlewisko” i grali z nami aktorzy z Olsztyna, to daj Boże zdrowie. Tam jest świetna ekipa aktorska. Kiedyś odbierałem tam dyplom – byłem jeszcze wtedy dziekanem Wydziału Aktorskiego we Wrocławiu – swojej studentki, która się zaangażowała do Olsztyna. Oglądałem jej dwa przedstawienia i przy okazji obejrzałem jakieś trzecie, to mi się japa otwierała coraz szerzej, kiedy widziałem, jakich oni mają fajnych aktorów. Jacy sprawni, jakie te przedstawienia były dobre. I chyba nadal gdzieś tak się dzieje. Nie ma czasu tego oglądać, a tu proszę.

Siłą rzeczy, to zjawiska jednak lokalne, regionalne. Nawet jeśli ująć to najpiękniej, że wszędzie jest środek świata, to jest ich środek świata, a dla innych już nie jest. Może mogłoby być inaczej, gdyby teatrowi towarzyszyła telewizja, tak jak bywało, jako transmiter i producent spektakli.

Jakież to były wspaniałe przedstawienia, choćby we Wrocławiu. Wrocław był potęgą Teatru TV. Gdańsk, Kraków. Poucinały się też kanały przepływowe – kiedyś się ze spektaklami jeździło, teraz tak się rzadko jeździ. Woziliśmy te duże spektakle z Wrocławia na wiele festiwali, a potem coraz rzadziej – wiadomo, wszystko kosztuje. A szkoda, bo wymiana, takie przewietrzenia teatrów, konfrontacje, to szalenie korzystne dla teatru.

Leave a Reply