Przewodnik po aktorach (nie tylko) warszawskich. Sezon 2008/9

Większość naszych aktorów miewa pomysł na występ, nie na rolę; zależy im na tym, by wystąpić, a nie – zagrać. I tylko ci najlepsi grają, bo gra u nich jest organiczna. O nich można powiedzieć, że są aktorami, o reszcie – że występuje.

Konrad Swinarski, Kilka słów o współpracy z aktorem, 1967

Image

Maja Komorowska jako Winnie w „Szczęśliwych dniach”

Recenzenci narzekają na warsztatową zapaść teatru, a tymczasem na polskich scenach pojawia się coraz więcej spektakli wycyzelowanych. To nader krzepiące. Stąd w tym dorocznym rankingu pewien niedosyt, bo przy przedstawieniach tak świetnie zharmonizowanych, jak „Arka Noego” Janusza Wiśniewskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu, „Wujaszek Wania” w reżyserii Wieniamina Filsztyńskiego w Teatrze Polskim w Warszawie, „Macbeth” Teatru Pieśń Kozła, obie premiery Grzegorza Jarzyny („T.E.O.R.E.M.A.T. i „Między nami dobrze jest”), „Zagłada ludu” w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi czy „Szajba” w Teatrze Polskim we Wrocławiu i jeszcze paru innych w Narodowym czy warszawskim Współczesnym (świetny spektakl muzyczny „To idzie młodość” wg scenariusza Krzysztofa Zaleskiego) można by wyróżnić dosłownie całe obsady. To korzystna zmiana, odejście od niebezpiecznego „gwiazdorstwa” w stronę teatru zespołowego.

Czytelnika może zdziwić skąpa obecność w tym rankingu najgłośniejszych spektakli sezonu autorstwa bohaterów roku, czyli „Persony/Marilyn” Krystiana Lupy i „(A)polonii” Krzysztofa Warlikowskiego. Lupa w tym sezonie odebrał najważniejszą teatralną nagrodę europejską Premio Europa za całokształt twórczości, a przedtem Grand Prix w Krakowie za „Factory 2”, Warlikowskiego uczczono w Awinionie. Jednak oba te przedstawienia, choć każde warte uwagi, a Warlikowskiego ważne także ze względu na etyczny wydźwięk, obarczone są rozmaitymi wadami, i konsumują mody, co zwykle artystom na dobre nie wychodzi. Aktorsko są to przedstawienia nierówne, a po części myślowo podejrzane (warstwa literacka „Marilyn” jest wręcz mierna).

Na szczęście nie tylko moda i chwała w teatrze bywają zbawienne, a artystów szukających własnej drogi przybywa. Z nadzieją, że będzie ich coraz więcej, po kolejnym sezonie spędzonym w Warszawie (i nie tylko) – przedstawiam, jak co roku, aktorskie rachunki, tym razem sezonu 2008/2009. W niniejszym sprawozdaniu posłużyłem się przyjętymi w politycznych rankingach określeniami: w górę, w dół, bez zmian. Przegląd jest wysoce niesprawiedliwy, bo nie uwzględnia wielu nazwisk. Skupiłem uwagę na osiągnięciach i potknięciach, pomijając na ogół tzw. solidną średnią.

GRAŻYNA BARSZCZEWSKA – jej pierwsze i od razu wyśmienite spotkanie z Gombrowiczem w „Pornografii” w reżyserii Andrzeja Pawłowskiego w prywatnym teatrze warszawskim Anny Gornostaj „Capitol”. Kto mógł przypuszczać, że tyle ciemnych mocy, surrealistycznego błysku i ognia kryje się w tej na pozór poukładanej artystce. W górę

KLARA BIELAWKA – udany debiut młodziutkiej absolwentki krakowskiej PWST w roli tytułowej Alicji (u boku Barbary Krafftówny) w „Alicji” wg Lewisa Carrolla w reżyserii Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Dla zachęty W górę

SYLWESTER BIRAGA – zbudował postać głupca wcielonego w „Mieszczaninie szlachcicem” Moliera, wystawionym na jubileusz warszawskiego offowego teatru Druga Strefa. Po Bogusławie Kobieli w telewizyjnym spektaklu Jerzego Gruzy nikomu w Polsce nie udało się przejść tej roli „suchą nogą”. Biraga zrobił to w rytmie wirującym, jego pan Jourdin wiruje po scenie jak bączek, pławiąc się do syta w głupocie. W górę

PRZEMYSŁAW BLUSZCZ – zdobył markę rolami w głośnych przedstawieniach legnickiego teatru, ale w warszawskim Ateneum poległ jako Basin, bohater sztuki Jewgienija Griszkowca „Miasto” w reżyserii Artura Urbańskiego. Basin postanawia zerwać z dotychczasowym życiem, gnany potrzebą innego (jakiego?) życia. Zagrać egzystencjalny niepokój to wielka sztuka, Bluszcz poprzestał na demonstrowaniu ospałości i apetytu na mandarynki. W dół

TOMASZ BORKOWSKI – wyborny Astrow w „Wujaszku Wani” Antona Czechowa w reżyserii Wieniamina Filsztyńskiego w warszawskim Teatrze Polskim. Aktor, obecny na scenie od 9 lat, rodzi się w tej roli naprawdę, ukazując starcie tęsknoty za wielkim czynem z ciężarem pospolitości. Kiedy pochłania nerwowo jabłko, wyraża w ten sposób tłumioną namiętność, a kiedy na koniec bezradnie usiłuje nawiązać kontakt z bliskimi niedawno mu ludźmi, Wujaszkiem i Sonią, portretuje człowieka skazanego na jałowe życie. W górę

EWA KONSTANCJA BUŁHAK – udany sezon: do wyrafinowanej wokalizy (Medea) w „Ifigenii” Antoniny Grzegorzewskiego dorzuciła rolę Heleny, szwagierki „Lekkomyślnej siostry” Włodzimierza Perzyńskiego w reżyserii Agnieszki Glińskiej (oba spektakle na małej scenie Teatru Narodowego), uosabiając hipokryzję połączoną z poskramianą nieco skłonnością do obyczajowej swobody. To wewnętrzne pękniecie stanowi najważniejszy rys tej dwuznacznej postaci. W górę

ANDRZEJ CHYRA – dwuznaczny, uwodzicielski i odpychający Herakles, upozowany na bohatera pop-kultury w „(A)polonii” Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze. W górę

KATARZYNA CYNKE – w „Zszywaniu” Anthony'ego Neilsona w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi początkowo gra zahukaną dziewczynę, która zaszła w ciążę i czeka na decyzję partnera, ale potem role się odwracają – to ona jest ta mocniejsza w związku. Sztuka dość ryzykowna, ale zagrana tak sugestywnie, że widz – nie tylko młodego pokolenia – akceptuje ten sposób opowiadania. W górę

SAMBOR CZARNOTA – w starannie wystylizowanej roli osiłka-dandysa, czyli Casia w „Otellu-wariacjach” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, wyprowadził tę postać na plan pierwszy tragedii, w której konflikt z Jagonem okazał się główną osią. W górę

IZA DĄBROWSKA – specjalizuje się w takich rolach: wrednych garkotłuków. Jednak w „Przylgnięciu” Piotra Rowickiego w reżyserii Aldony Figury w Laboratorium Dramatu jest garkotłukiem odmienionym, bo groźnym, wręcz złowieszczym. Lepiej takiej nie stawać na drodze. W górę

KRZYSZTOF DRACZ – dwie wyraziste role. Na początek sezonu mroczny, nieco niesamowity Kot z Chishire w „Alicji”, a na koniec jedno ze wcieleń Marilyn Monroe w „Śmierci i dziewczynie” wg „Dramatów księżniczek” Elfriede Jelinek. Dracz gra z odwagą i z niepokojącym błyskiem w oku. W górę

JAN ENGLERT – dwie ważne role: Paola w spektaklu „T.E.O.R.E.M.A.T.”, wg Pasoliniego w reżyserii Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa – skupionego wewnętrznie, wypalonego i pozbawionego idealistycznych złudzeń, i jego przeciwieństwa, nawiedzonego ideologicznie księdza Roux, z płomiennymi wezwaniami do rewolucji w spektaklu „Marat/Sade” wg Petera Weissa w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Narodowym. W górę

ZUZANNA FIJEWSKA – porażka w roli żony alkoholika w spektaklu autorskim Natalii Fijewskiej-Zdanowskiej „Denaturat” (granym ostatnio w Teatrze Staromiejskim w Warszawie). Zbożne intencje nie wystarczą, aby w tym „teatrze zza firanki” odkryć coś nowego, zwłaszcza że wykonawczyni obrała jako metodę naśladowanie plebejskości i szybkie katarynkowe mówienie. Wymaga to bardzo wysokiej techniki, której aktorce zabrakło. W dół

JAROSŁAW GAJEWSKI – wielka kreacja w spektaklu „Obrock” wg Witkacego w reżyserii Bartosza Zaczykiewicza w warszawskim Teatrze Studio. Aktor powołuje do istnienia rozmaite wersje osobowości artysty, przerażonego nadciągającą nieuchronnie klęską sztuki. Rytm tej wymykającej się jednoznacznemu określeniu postaci wyznaczają zmienne „interludia”, kiedy Gajewski nieoczekiwanie niweczy nastrój albo ewolucjami tanecznymi, albo równie niespodziewanym wyciszeniem, albo histerycznymi atakami neurotyka. Odmalowuje w ten sposób zatrutą psychikę zaszczutej ofiary. W górę

JANUSZ GAJOS – nie znalazł trafnej formuły dla roli tytułowej w „Romulusie Wielkim” Dürrenmatta w „Polonii” w reżyserii Krzysztofa Zanussiego. Na pewno nie pomógł mu reżyser, bo cała rola sprowadziła się do kręcenia koglu-moglu. To już druga klęska tego dzieła po katastrofie sprzed 10 lat w Teatrze Polskim z Gustawem Holoubkiem (1985) w reżyserii Kazimierza Dejmka. Coś z magii tego tekstu wyparowało? W dół

AGNIESZKA GLIŃSKA – udanie zadebiutowała w tytułowej roli „Lekkomyślnej siostry” w Teatrze Narodowym w spektaklu własnej reżyserii. Jej Mania, kobieta wyzwolona, która odmawia wypełniania wymuszonego na niej kontraktu, gra dyskretnie, bardzo „filmowo”, odróżniając się od swej obłudnej, upozowanej rodziny. Temu sposobowi gry sprzyja mała scena przy Wierzbowej, gdzie bliskość widza narzuca naturalność. W górę

IWONA GŁOWIŃSKA – pełna katastrofa w monodramie „Lubię być zabijana” wg Tibora Fischera w reżyserii Marcina Wierzchowskiego w Teatrze Studio. Miał to być pokaz stand up comedy, który okazał pokazem bezradności i braku środków (aktorskich). W dół

MAŁGORZATA HAJEWSKA-KRZYSZTOFIK – pogruchotana Klitajmestra z „(A)polonii”, uosobienie bólu i odrętwienia, oddająca ogrom cierpień, jakie niesie wojna i poniżenie. Jej wymowne spojrzenia hipnotyzują widzów. W górę

MARCIN HYCNAR – Posłaniec w „Wiele hałasu o nic” Szekspira w reż. Macieja Prusa w Teatrze Narodowym. Postać epizodyczna, a znacząca, choć lekceważona przez inne postaci – aktor sprawia, że staje się ona jeszcze jednym ważnym kluczem do interpretacji świata dramatu; oto ktoś pomijany, niezauważany, kto niesie skrawek prawdy i próbuje się wyróżnić z anonimowego tłumu. W górę.

KRYSTYNA JANDA – z sukcesem powróciła do wierszy Marii Pawlikowskiej Jasnorzewskiej do muzyki Jerzego Satanowskiego w spektaklu „Dancing” w Polonii. Janda śpiewa, melorecytuje, nasycając wiersze sugestywną interpretacją, w której pojawiają się rozmaite tony emocjonalne. W górę

JADWIGA JANKOWSKA-CIEŚLAK – odnalazła się po przejściu do „Ateneum”. Pełna wewnętrznej siły, przekonująca i niepokojąca Urszulka, duch niemieckiej dziewczynki, nawiedzający stary dom w sztuce Magdaleny Fertacz „Trash story” w reżyserii Eweliny Pietrowiak. W górę

IRENA JUN – w spektaklu „Obrock” syntetyzuje swoje doświadczenia warsztatowe, zdobyte w teatrze jednego aktora. Nabyta umiejętność transformacji, natychmiastowej przemiany z postaci w postać albo parapostaci w parapostać tutaj owocuje ciągiem niesamowitych transgresji, raz aktorka objawia się jako nieszczęsna alkoholiczka, a za chwilę jako bezwzględny syn-wampir. Precyzja, zdyscyplinowane szaleństwo oto klucz do tajemnicy tej proteuszowej roli. W górę

KAZIMIERZ KACZOR – delikatnie zarysował, smutną postać Pana Mariana z „Atlasu kobiet” Sylwii Hutnik w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza w Teatrze Powszechnym w Warszawie, samotnego mężczyzny z duszą kobiety. W górę

MAREK KAŁUŻYŃSKI – w „Otellu-wariacjach” jako Iago jest nie tylko mrocznym sługą-zawistnikiem, ale rozgorączkowanym rywalem, walczącym o swoje miejsce przy stole. W górę

BOGUSLAW KIERC – w monodramie „Mój trup”, którego premiera odbyła się w Teatrze Szkolnym we wrocławskiej filii krakowskiej PWST, skomponowanym z wierszy Adama Mickiewicza, nierzadko przewrotnie zinterpretowanych, dowodzi, że aktor bez wspomagania światłem, muzyką i nowoczesną techniką jest w stanie zawładnąć widzami. Za jedyny rekwizyt ma szklankę z wodą, która okaże się wulkanem pełnym lawy. Wybitne osiągniecie. W górę

ANNA KŁOS-KLESZCZEWSKA – jako rozwibrowana emocjonalnie Jackie w „Śmierci i dziewczynie” w warszawskim Dramatycznym, utożsamiająca się z emblematycznymi oznakami ikony szyku, potrafiła ze swobodą grać między widzami, łącząc cechy postaci i aktorki wcielającej się w postać jednocześnie – to dwie role w jednej: tej, która gra, i tej, która jest grana. W górę

MARIAN KOCINIAK na gościnnych występach w Teatrze na Woli nie przekonał ani jako taksówkarz, obwożący starszą panią w sztuce Remigiusza Grzeli, ani jako jeden z braciszków w „Siostrach przytulankach” Marka Modzelewskiego. W dół

MAJA KOMOROWSKA – powróciła po latach do swej wyśmienitej roli Winnie w „Szczęśliwych dniach” Becketta w reżyserii Antoniego Libery w Teatrze Dramatycznym. Nie jest to jednak „wznowienie”, ale nowa rola, która wchłonęła nowe doświadczenia artystki. Nadal jej Winnie jest promienna, ale jakby głębiej, z nutą zaprawionej goryczą refleksji, którą przezwycięża wolą trwania, wolą życia i dwuznacznie operetkową pieśnią miłosną, która zamyka zaborczą „paplaninę” bohaterki, poruszającej się z gasnącą energią po labiryncie swojej nadwątlonej pamięci. Wielka kreacja. W górę

ANDRZEJ KONOPKA – nie podołał tytułowej roli w „Pantaleonie i wizytantkach” wg powieści Llosy w reżyserii Piotra Aigera w Teatrze Studio. Był zaledwie poprawny, a Pantaleon musi budzić sprzeczne uczucia jako współczesne wcielenie służbisty i półgłówka, skrzyżowanie wojaka Szwejka i kombinatorów z „Paragrafu 22”. Bez tej roli nie było co marzyć o sukcesie spektaklu. W dół

SANDRA KORZENIAK – przechwalona ponad miarę a dyskusyjna rola w dyskusyjnym przedstawieniu Krystiana Lupy „Persona. Tryptyk/Marilyn” w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Banał podniesiony do rangi odkrycia. Aktorka gra na granicy samokontroli, na granicy bezpieczeństwa. Ten rodzaj emocjonalnego ekshibicjonizmu może okazać dla niej bardzo kosztowny przy dość wątpliwych zyskach widowni. Ani w gorę, ani w dół. Bez zmian.

BARBARA KRAFFTÓWNA – zastanawiająca, nieco tajemnicza jako tytułowa Alicja wg Lewisa Carrolla w Dramatycznym rozczarowała w banalnej sztuce Remigiusza Grzeli „Oczy Brigitte Bardot”, specjalnie dla niej napisane,j w Teatrze na Woli. Prawdopodobnie największe kłopoty sprawiają teksty ku czci. Bez zmian

MIROSŁAW KROPIELNICKI – znowu wyśmienity sezon. Pełen energii Wiatronogi w „Arce Noego” Janusza Wiśniewskiego i znużony śledczy w „Udając ofiarę” braci Presniakow w poznańskim Teatrze Nowym. W górę

KRZYSZTOF KUMOR – jako profesor Sieriebriakow w „Wujaszku Wani” w stołecznym Polskim uosabia natrętnego, egotycznego hipochondryka, popadającego w starczą irytację, wyniosłego i wypranego z uczuć. Żąda, aby świat słał mu się u stóp, tyranizuje otoczenie i demonstruje samozadowolenie głupca. W górę

IRENA LASKOWSKA – dawno nie widziana, w roli odtrąconej matki, lekceważonej i poniżanej, ukazała wstrząsający portret beznadziejnej samotności w „Szarańczy” Biljany Srbljanović w reżyserii Natalia Sołtysik w warszawskim Teatrze Ateneum. W górę

LESZEK LICHOTA – w trudnej roli Pytona, gangstera, w którym budzi się sumienie, w debiucie dramaturgicznym Piotra Rowickiego „Przylgnięcie” przekonująco ukazał jego przemianę. Przywołał na scenie uwięzionego w nim ducha, dybuka Hany – wymagało to idealnego wyważenia środków wyrazu: wyrazistości i stłumienia (aby uniknąć niezamierzonej śmieszności). W górę

MILENA LISIECKA – pani Kovacic w „Zagładzie ludu” Wernera Schwaba w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, wścibski babiszon, czyhający na nieszczęście sąsiadów, głupota wcielona i cała kolekcja drobnomieszczańskich cech wywłoki z pretensjami. W górę

JERZY ŁAPIŃSKI – ratował honor Dürrenmatta w „Romulusie Wielkim” w Polonii – jego kupiec uwożący z tonącego Rzymu co cenniejsze biusty był przekonującym biznesmenem, który wie, o co mu chodzi. Bez zmian

KAMIL MAĆKOWIAK – to jeden z nielicznych zawodowych aktorów, który ma przygotowanie baletowe (grał i tańczył fenomenalnie Niżyńskiego) i dlatego może wykonywać w tym spektaklu widowiskowe ewolucje, podwieszony na linie – to wówczas dojrzewa do podjęcia decyzji, co zrobić ze swoim życiem. Mowa o roli młodego mężczyzny z dwuosobowej sztuki „Zszywanie” w Łodzi, w której aktor pokazuje przemianę mocnego człowieka w pełnego wątpliwości, słabego urazowca, a przy tym wraz ze swoją partnerką potrafi przekonująco ukazać toksyczny związek, w którym aż gotuje się od seksu. W górę

MARIA MAJ – celowo przerysowana w charakterystycznym epizodzie Grubej Bożenki, pogodzonej ze swoim nijakim życiem w „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej w reżyserii Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa. W górę

GRZEGORZ MAŁECKI – przewrotny Benedict w „Wiele hałasu o nic”, który pod maską dworności kryje potrzebę bliskości. I dla kontrastu cyniczny Lelio, dybiący na majątek kawaler, prowadzący cyniczną grę w „Umowie, czyli Łajdaku ukaranym” Marivaux w reżyserii Jacques Lassalle'a; oba spektakle w Teatrze Narodowym. Dwie różne role z repertuaru klasycznego, który leży na nim jak ulał. W górę.

BARBARA MARSZAŁEK – fenomenalna jako pani Robak w „Zagładzie ludu” w Łodzi, fanatyczny tłuk, dręczący swego syna, niewolnica dewocji, uwięziona w złorzeczeniu, sama cierpiąca fizyczność bez ducha, który gdzieś tylko majaczy i skowycze w spazmatycznym macierzyństwie i złowieszczym oddaniu fałszywym bożkom. Przerażająca i groźna. W górę

BOGUSŁAWA PAWELEC – jeszcze jedna wyśmienita rola w łódzkiej „Zagładzie ludu”. Mizantropiczno-sadystyczna profesorowa Grollfeuer, która czerpie satysfakcję z poniżania innych. Połączenie bohaterki „Wizyty starszej pani” z furią artystki, która buntuje się przeciw swojej roli. Z wielką siłą i bez krztyny przesady ukazuje brawurowy sprzeciw wobec sztuki, dosłownie na oczach widzów obracając scenę w jej przeciwieństwo. W górę

JAN PESZEK – rozczarował jako Agamemnon w „Fedrze” wg Racine'a w reż. Michała Zadary w Starym Teatrze. Wprawdzie ten spektakl to tylko żart, ale Peszek też żartuje, że gra, bo nie gra – wszystko na jednym tonie, bez pomysłu. Od aktora tej klasy oczekuje się czegoś więcej. W dół

FRANCISZEK PIECZKA uparciuch Al Lewis ze „Słonecznych chłopców” Neila Simona w reżyserii Macieja Wojtyszki w Teatrze Powszechnym w mistrzowskim duecie ze Zbigniewem Zapasiewiczem. Pokaz komediowego aktorstwa najwyższej próby. W górę

PIOTR POLAK zawiódł jako tytułowy bohater w „Portrecie Doriana Graya” wg Oscara Wilde'a w reżyserii Michała Borczucha w TR Rozmaitości. Borczuch i Polak poszli po śladach Lupy, w którego „Factory 2” Polak improwizował sekwencję ekshibicjonistycznych wynurzeń o swoim ciele z godną podziwu odwagą. Tu również clou roli pozostaje scena negliżu, odbijana w lustrze, ale poza tym postać Doriana nie ma właściwości, jest emblematem wszystkich odrzuconych. Na szczęście w „Śmierci i dziewczynie” wg Jelinek w Dramatycznym aktor jako nadęty efeb miał szansę dowieść, że jego popisy męskością mogą być źródłem żrącej ironii – jeśli pójdzie tą drogą, uratuje skórę. Na razie jednak W dół.

BARTOSZ PORCZYK – jako Desmoulins w „Sprawie Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej w reżyserii Jana Klaty w Teatrze Polskim we Wrocławiu odmalował cały rejestr zawahań, odstępstw, małych zdrad, pokus, pychy, samouwielbienia, zwierzęcego strachu, pompierstwa na pokaz, a scena kuszenia pismaka przez przywódcę jakobinów przypomina uwodzicielskie sceny z „Toma Jonesa”. Ta rola potwierdza możliwości aktora, wcześniej zademonstrowane w popisowym muzodramie „Smycz”. W górę

KINGA PREIS – fenomenalna Marianna w „Sprawie Dantona”, zanim akcja ruszy, pojawia się na scenie udrapowana na francuską Mariannę, która wielokrotnie grasejując „r”, smakuje nazwisko „Robespierre”. Potem w zróżnicowany sposób, choć niemal bez słów, komentuje akcję aż do finału, dodając jej nowych znaczeń. W innym wcieleniu w „Szajbie” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Jan Klaty również w Teatrze Polskim we Wrocławiu gra kochliwą somnambuliczkę, która wszystko mówi i czyni w zwolnionym tempie. W górę

MARCIN PRZYBYLSKI – rozkochany w sobie (i Patroklesie) Achilles z „Ifigenii” Grzegorzewskiej, bufon, który próbuje wymigać się od odpowiedzialności. W roli Duperret w „Marat/Sade” wg Petera Weissa zaprezentował najdowcipniejszy striptiz w polskim teatrze; postać wykrętnego polityka, a zarazem kochliwego pacjenta tchnęła niezdrową, bo nadmierną energią i dwuznacznym humorem. W górę

MARIUSZ PUCHALSKI – kapitalny wujek w „Udając ofiarę”, widowiskowo zmagający się podczas obiadu z chińskimi pałeczkami, a przede wszystkim krwawy a smutny Doktor Dix z „Arki Noego” Janusza Wiśniewskiego. Obie role w poznańskim Nowym. W górę

ANNA RADWAN – nie podołała monologowi profesor Costello, zaczerpniętemu z powieści Coetzee'ego w spektaklu „(A)polonia”. Jej wykład sprawiał wrażenie przyklejonego do spektaklu. W dół

JERZY RADZIWŁOWICZ – świadomy swej roli dowódca, Agamemnon rozdwojony: w trybach machiny wojennej i w rodzinnych związkach w „Ifigenii” Antoniny Grzegorzewskiej; cyniczny Trivelin, przewrotny sługa, bezwstydnie ciągnący zyski z występków swych pracodawców w „Umowie, czyli Łajdaku ukaranym”. Dwa wyraziste, odmienne portrety. W górę

ANDRZEJ SEWERYN – zdumiewająca katastrofa w roli markiza w „Pociesznych wykwintnisiach” Moliera w Komedii Francuskiej, z którą na gościnne występy zjechał również do Polski. Farsa zbyt „miniasta”, zabawna tylko dla wykonawców, w której humor został wytrzebiony do cna. W dół

WOJCIECH SIEMION – mistrz teatru jednego aktora nie daje o sobie zapomnieć. Tym razem z poetą Grzegorzem Walczakiem pokazuje to tu, to tam, spektakl koncert „Taniec z dusiołem”, dialogując do muzyki Marii Pomianowskiej, wyrastającej ze źródeł ludowych, tak samo, jak i ta zmysłowa poezja. Siemion roztapia się w muzyce, czasem przechodzi w zaśpiew albo i rytmiczny refren, czasem nadaje poszczególnym słowom formę akordu, z celowo fałszywym zgrzytem, chropowatością, zapowiedzią ostatecznego końca. W tym roku minie 50 lat od czasu, gdy wprawił Polskę w zachwyt swoją „Wieżą malowaną” w STS-ie. A tu, proszę, nowe niespodzianki. W górę

PATRYCJA SOLIMAN – pracowity i udany sezon w Teatrze Narodowym. Pełna wdzięku pyskata Beatrycze w Szekspirowskiej komedii „Wiele hałasu o nic”, w „Lekkomyślnej siostrze” zaprezentowała się jako uboga krewna, pozornie zasadnicza harcerka o duszy przepełnionej szalonymi żądzami. Ich „sflaczałą wersję” ukazała jako Karolina Corday w „Marat/Sade” wg Petera Weissa w reżyserii Mai Kleczewskiej. Jako szalona somnambuliczka, wycofana i zarazem zdominowana przez imperatyw zbrodni, w ryzykownej scenie erotycznej z odwagą zademonstrowała aseksualny negliż. W górę

DANTUTA STENKA – potknęła się na roli pacjentki, która – jak to określiła reżyserka „Marat/Sade” Maja Kleczewska – „miała grać de Sade'a, ale nie gra”. Sam pomysł był dyskusyjny, a pozbawienie roli partii dialogowych sprawiło, że Stenka musiała odegrać 20-minutowy monodram, który jednak wypadł dość blado. Z sukcesem zagrała żonę w przedstawieniu „T.E.O.R.E.R.M.A.T.” w TR Warszawa. Sukces tym bardziej znaczący, że to rola właściwie bez słów. Jej bohaterka na scenie jest, lustruje się przed zwierciadłem, pindrzy, epatuje bogactwem. Bez zmian

DANUTA SZAFLARSKA – zachwycająca Osowiała Staruszka w „Między nami dobrze jest”, uwięziona we wspomnieniach wojennej Warszawy niewolnica umarłego języka. W górę

JOANNA SZCZEPKOWSKA – w postaci wrednej Białej Królowej z „Alicji” w Dramatycznym odnalazła idealną równowagę między wybuchami złości i uwodzicielskim tonem salonowej lwicy. W górę

HENRYK TALAR – w „Pornografii” Witolda Gombrowicza na deskach Capitolu z właściwą sobie precyzją i dwuznacznością prowadzi perwersyjną grę z młodymi bohaterami. Ale nawet tak zdyscyplinowany aktor nie uratował niewydarzonej komedii Michała Walczaka „Polowanie na łosia” w reżyserii Igora Gorzkowskiego w Teatrze Narodowym (Sala Studio). Z postaci generała nie dało się wyeliminować nijakości. Bez zmian

KRZYSZTOF TYNIEC – fatalny sezon, jak by zapomniał grać pod wpływem „Tańca z gwiazdami”. Jako Klein, następca ekscelencji w „Odejściu” Havla nie jest groźniejszym wariantem polityka-hipokryty, ale drobnym kombinatorem. Jeszcze gorzej w Teatrze Komedia, gdzie na darmo próbował rozśmieszyć publiczność swym kogucim podskakiwaniem w komedii muzycznej „Oto idzie panna młoda”. W dół

ZDZISŁAW WARDEJN – dawno nie widziany w tak poruszającej roli: nauczyciel ZPT, skrywający swoje żydowskie pochodzenie w „Przylgnięciu”, nieśmiały i delikatny, w zachwyceniu smakuje słodkie brzmienie jidisz w nuconej kołysance. Jego melancholijny, rozmarzony uśmiech skrywa smutek odrzucenia. W górę

MARIUSZ WOJCIECHOWSKI – pełen goryczy tytułowy „Wujaszek Wania” w warszawskim Polskim, pokrywający smutek „małpowaniem”. Daremnie próbuje uszczknąć trochę szczęścia, a w pełnej powściąganego bólu scenie rachuje kredą na podłodze straszne lata, jakie jeszcze zostały mu przeżycia. Portret człowieka złamanego, nieszczęśliwego, ze skowytem w duszy. W górę

ADAM WORONOWICZ – jako Narrator w „Kieszonkowym atlasie kobiet” przedstawia kolekcję zimnych drani, maskujących się lisim, przymilnym albo tylko sprytnym uśmiechem, którzy wyciągają korzyści dla siebie, żerując na nieszczęśliwych, samotnych kobietach i jednym mężczyźnie. Wyrazisty przewodnik do zimnym świecie obcości. W „Między nami dobrze jest” panoszy się jako odstręczający reżyser-kabotyn. W górę

WOJCIECH WYSOCKI – przykro patrzeć, ale to zwykła chałtura. On w „Ósmym cudzie świata” w warszawskiej Rampie tylko markuje, że gra, wszystko po wierzchu i na odczepnego. Papierowy kochanek, który posługuje się środkami aktorskimi ze złych podręczników. Tak można, ale tylko dla żartu. W dół

ZBIGNIEW ZAPASIEWICZ – popisowa rola Willy'ego Clarka, komika-hipochondryka w „Słonecznych chłopcach”. Niestety, ostatnia już rola mistrza aktorskiej techniki.

MAGDALENA ZAWADZKA – odmieniona w roli kobiety z brodą w pełnym urody spektaklu „Namiętności” wg opowiadań Singera w reżyserii Izabelli Cywińskiej w Ateneum. Zaskakująca zmiana emploi aktorki, która odważyła się zerwać z wizerunkiem „nieskazitelnie ładnej”. W górę

JOANNA ŻÓŁKOWSKA przejmująca rola niegdysiejszej łączniczki AK i uciekinierki z warszawskiego getta w „Atlasie kobiet” – skrywającej przez lata swoją żydowską tożsamość mieszkanki kamienicy na Ochocie. Aktorka sprawia, że widownia wstrzymuje oddech. W górę

Tomasz Miłkowski

Ranking publikowany w tygodniku "Przegląd"

Dodaj komentarz