Aktor ogołocony
Pamiętam wyrok, który padł na mnie z ust Lidii Zamkow po obejrzeniu jednego z moich monodramów – bodaj we Wrocławiu, że to, co przedstawiam, to nie jest monodram. To prawda, nie wiem, co to jest monodram po zrobieniu pięciu spektakli jednego aktora. Kiedy obserwuję dzisiaj różne one man show, to widzę, że to są po prostu monologi, a nie monodramy. Nie jestem purystą, wiernym jakiejkolwiek regule, która zmuszałaby mnie do takiego czy innego potraktowania solowej wypowiedzi. Właśnie to „solo” jest ogołoceniem z reguł. Taka solistyczna wypowiedź wyrasta z potrzeby eksplozji własnych niepokojów, wrażeń, która może dokonać się w każdej przestrzeni. Tak jak unieważnia się obecność przypadkowych sprzętów, unieważnia się kulisy – aktor jest zamknięty w swoim ciele i jego ciało jest instrumentem wypowiedzi. I w tym sensie jest to teatr ubogi. Niezależny od techniki.


Mój pogląd na teatr jednego aktora może się wydać zaskakujący, zwłaszcza że jestem kojarzony z tym teatrem od roku 1976, kiedy rozpocząłem pokazywać Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego, napisany specjalnie dla mnie przez Bogusława Schaeffera. I choć nadal ten tekst przedstawiam, często wątpię, czy teatr realizowany przez jedną osobę jest wypowiedzią rzeczywiście organiczną. O ile monolog jako fragment dramatyczny ma z natury rzeczy charakter organiczny, to tzw. monodram często bywa konstruktem sztucznym. Kiedy oglądam jednoosobowy spektakl i wyczuwam widoczny wysiłek autora, a tym samym aktora, aby obronić sens występu indywidualnego, a zarazem czuję brak innych osób, sytuacja nie wygląda najlepiej.
Zaczęło się od czytania, od zwykłej lektury Gombrowicza przy stoliku podczas festiwalu w Radomiu. Najpierw zamierzałem siedzieć i po prostu czytać, a potem pomyślałem, że wstanę, a potem pomyślałem, że jak będę stał, to będę się poruszał. I to już niezupełnie było czytanie, to był jakiś rodzaj spektaklu, chyba ubogiego. Można było to nazwać jakimś rodzajem monodramu, ale tak naprawdę pierwszym i jak dotąd jedynym moim monodramem jest „Wyobraźcie sobie…” wg Szekspira. Chociaż…



[fot. Sezon łowiecki w reż. Roberta Sturui]