Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Mogę o tym napisać książkę…

Z Władysławem Zawistowskim, poetą, dramaturgiem, eseistą, mieszkańcem Sopotu, rozmawia Alina Kietrys.

Sopot – miejsce ważne do życia?

– O tak. Mieszkaliśmy wcześniej w Gdańsku i nie było najgorzej, ale nastąpiły zmiany w naszej okolicy: nowe sklepy, parkingi, sporo uciążliwego hałasu. Z miejsca w miarę spokojnego zrobiło się bardzo gwarne. Więc postanowiliśmy coś zmienić. Długo bardzo szukaliśmy, bo część mieszkań nie spełniała naszych oczekiwań, również cenowo – były zbyt wygórowane. W końcu znaleźliśmy i wylądowaliśmy na Czyżewskiego w Sopocie. I to jest najlepsza rzecz, co do dzisiaj powtarzam, która nam się w życiu przytrafiła. Kamienica jest niezwykła, z tradycjami, z dobrymi sąsiadami, a ulica z historią. Wiemy, kto tu wcześniej mieszkał. Te kamienice budowano dla wakacjuszy, dla bogatych, którzy przyjeżdżali na dwa, trzy miesiące. Wszystko musiało być skierowane w stronę morza, więc wszędzie frontowe okna wychodzą na zatokę. W Sopocie Bałtyk widać jednak od wschodu, więc kiedy do tej kamienicy dobudowano następne domy od strony południowej, to nasza kamienica została odizolowana od słońca przez kilka miesięcy w roku. Nie widać słońca z naszych okien.

Słońce jest ważne?

– Zdecydowanie. Mieszkanie okazało się dosyć ciemne i długie, bo ma oficynę, na końcu której była kuchnia. Jak wiadomo, życie rodzinne i towarzyskie zazwyczaj prowadzi się w kuchni, więc przerzuciliśmy ją w lepsze miejsce, podobnie jak inni sąsiedzi. I tak zrobiliśmy wygodne mieszkanie, które bardzo lubimy. A jeszcze bardziej lubię sam Sopot.

Bo…?

– To oczywiste, co powiem. Sopot ma wszelkie zalety małego i wielkiego miasta równocześnie. A przy tym jest kurortem, więc przyjeżdża do niego kilkaset tysięcy ludzi w sezonie. To oczywiście powoduje pewien dyskomfort, który dotyczy stałych mieszkańców. Na mojej ulicy jest wielki kłopot z miejscami parkingowymi i bez przerwy jest ruch. Miasto w sezonie żyje do nocy i w nocy też, więc są tego konsekwencje. Walczymy, żeby tę naszą ulicę zamknąć dla obcych samochodów. Są już takie ulice w Sopocie. Mamy już obietnicę od pani prezydentki. Zobaczymy, czy się uda.

Przy ulicy Czyżewskiego jest Dworek Sierakowskich…

– Magiczne miejsce. Moja ulica przechodzi w ulicę Obrońców Westerplatte z uroczą kładką, wąwozem, szkołą muzyczną. Wędrując dalej, można dojść do Art Inkubatora przy ulicy Goyki, też niezwykłego, nowego miejsca sopockiej kultury z cudownym parkiem, w przeciwną zaś stronę tylko krok do Sopoteki, czyli biblioteki na dworcu. Wszystko blisko. Te komunikacyjne możliwości są ważne, choć wielu osobom przeszkadza wylewający się zewsząd tłum turystów. Mnie nie przeszkadza, więc może jest to kwestia nastawienia. Fascynują mnie natomiast zmienność i koloryt. Lubię też „bycie” w Sopocie, czyli małe sklepiki, księgarnię, kwiaciarnie, gdzie ludzie znają się nawzajem. I to jest właśnie podskórna tkanka małego miasta. To buduje klimat – znajomość z panią z apteki, księgarni, kwiaciarni czy z ostatniego kiosku z gazetami, które właśnie odchodzą w przeszłość.

To wszystko?

– No nie. Choć czuję się w dalszym ciągu w jakiejś części Gdańszczaninem, bo tam się urodziłem, tam spędziłem większość życia i w Gdańsku cały czas pracuję, to Sopot jest dla mnie niezwykły. Czuję to, choć często nie mam czasu i energii, żeby żyć w Sopocie i korzystać w pełni z tego, co to miasto daje. A zważywszy na moją funkcję [dyrektor Departamentu Kultury w Urzędzie Marszałkowskim – przyp. red.], to nawet czuję się niezręcznie, że zajmuję się kulturą całego Pomorza, a naprawdę nie mam czasu na tę mnogość imprez w samym Sopocie. Życie kulturalne w tym mieście jest wielorakie i bardzo interesujące. Myślę o życiu instytucjonalnym. Gdy przeliczyć te działania na liczbę mieszkańców, zestawić z dochodami Sopocian czy wielkością miasta, to nie znajdzie się drugiego takiego miasta w Polsce, które wydawałoby tak dużo na kulturę na jednego mieszkańca, jak Sopot. Liczba na przykład instytucji kultury w Sopocie i w Gdyni jest podobna, a Gdynia to blisko dwieście trzydzieści tysięcy mieszkańców, a Sopot zaledwie trzydzieści dwa tysiące. To ogromna zaleta Sopotu i to się czuje w wielu miejscach. Nie ma już niestety bohemy, przynajmniej ja tak myślę, bo jestem z innego pokolenia niż dzisiejsi młodzi twórcy. Myślę tu o czasach młodości i świetności Sfinksa, czyli raptem okresie sprzed dwudziestu kilku lat. Ludzie się postarzeli, niektórzy wyjechali.

Oldboye przecież bywają w Spatifie i pewnie niektórzy przyjeżdżają do domu ZAiKS-u.

– Pewnie tak, ale w obu miejscach bywali i są zupełnie inni oldboye. Pewnie też warto by te dwa miejsca szczegółowo opisać. Nie sięgam czasów pobytu w Sopocie Iwaszkiewicza, Brandysów. Natomiast pamiętam znakomicie przyjazdy Tadeusza Różewicza do ZAiKS-u i spotkania z nim, bo bywał u nas w domu. Ja z kolei bywałem u Jerzego Andrzejewskiego właśnie w ZAiKS-ie. Była też duża grupa przyjaciół w naszym wieku z Polski, którzy bywali w Sopocie. To były niezapomniane spotkania, choćby z Tomkiem Lengrenem – reżyserem, aktorem, który przychodził do nas, spotykaliśmy się w licznym gronie przyjaciół. Tomek był najdowcipniejszym człowiekiem, jakiego spotkałem w życiu. A kiedy grał, to gdzieś to znikało, pewnie dlatego, że posługiwał się cudzym tekstem. Takie nieoczekiwane spotkania ze znakomitymi ludźmi zdarzają się właśnie w Sopocie.

Poświęciłeś Sopotowi kilka wierszy. Porozmawiajmy więc teraz o poezji, która jest z Tobą od pół wieku. Przekonałam się o tym w czasie Twojego majowego benefisu w ubiegłym roku i nowego wydania Sztandaru z ortalionu. Tom ten ukazał się po dwudziestu latach milczenia poety Zawistowskiego i uprawiania przez Ciebie innych zawodów. Napisałeś go w całości w Sopocie?

– Tak, rzeczywiście, choć kilka tekstów jest wcześniejszych. Mieszkamy w Sopocie dwadzieścia siedem lat, ale dla starych Sopocian jesteśmy wciąż nuworyszami. Mamy jednak w Sopocie przyjaciół. Najważniejszym moim przyjacielem Sopocianinem był Jurek Limon, który tutaj spędził dzieciństwo i młodość i w swojej twórczości utożsamiał się bardzo z tym miastem. Kiedy się przyjaźniliśmy, już nie mieszkał w Sopocie, ale znakomicie opisał swoją ulicę. Cudowne są też jego opowieści o spotkaniach po latach z koleżeństwem z klasy. Mieli taką paczkę towarzyską, w której był też jego brat Janusz, dzisiaj znany profesor genetyk, a wodziła ich wszystkich po Sopocie Natalia Babicz-Bereźnicka – piękność sopocka. Chadzali sobie na koncerty, po knajpach i na plażę. Oczywiście bawili się i gadali. Żyli tętnem tamtego Sopotu i je wzmagali. Jurek Limon, znakomity anglista, o tym mi właśnie opowiadał.

Ruch jest też w Twoich wierszach, również w tych wcześniejszych. Obserwuję Twoje pokolenie poetów od początku, od wydawanych na Uniwersytecie Gdańskim „Litterariów”. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku grupa młodych zdolnych piszących zbuntowała się przeciwko temu, co było w środowisku literackim. Powstała grupa Wspólność, która nieźle namieszała w świecie poetyckim.

– Mam też poczucie, że ostatnio wraca zainteresowanie Nową Prywatnością, formacją ze schyłkowego okresu literackiego PRL-u, z którą utożsamiała się grupa Wspólność. Z upływem lat dystans się wydłuża, a czas pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami się skraca. Mówimy umownie lata siedemdziesiąte, ale przecież właśnie te lata można głęboko różnicować: od pewnego entuzjazmu na samym początku tego okresu i nadziei, po czas głębokich rozczarowań. Nie chodzi tylko bezpośrednio o politykę, ale to w związku z nią poluzowano granice, łatwiej można było wyjechać, choćby na kontrakty, pojawiły się samochody – słynne małe fiaty, zapachniało Zachodem i małym dobrobytem. Nastąpiła zmiana, otwarcie, i to się naprawdę czuło. Co się zaczęło dziać w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, też pamiętamy. Nastąpiło bolesne i groźne rozczarowanie, które przecięło pierwotną nadzieję. Dzisiaj młodzi ludzie lubią tamten czas upraszczać i zbijać w pozorną jedność. Słowo komuna wszystko ma określać i zrównywać. Zbudowano też w nurtach poetyckich tego okresu taką oczywistą opozycję między Nową Falą, która była waleczna, polityczna, i właśnie Nową Prywatnością, która była eskapistyczna. Według mnie Nowa Prywatność była też formą buntu, ale czerpiącą z innych źródeł. Była bliska doświadczeniom kontrkultury amerykańskiej i ruchu hippisów. Myśmy się w tamtych czasach, co prawda, na to nie powoływali, ale dzisiaj tak bym to ocenił. Nie walczyliśmy z polityką, z formą narzuconej władzy, a ją po prostu ignorowaliśmy.

Stworzyliście własną, bliską grupę przyjaciół, która stanowiła właśnie tę wspólność.

– No właśnie, myśmy wspólność praktykowali. Żyliśmy wewnątrz pewnego kręgu, skupieni na intymności, zwracający uwagę na autonomię poezji. Nie była to komuna w sensie hippisowskim, ale ścisły krąg przyjacielski, który miał jeszcze mniejsze kręgi wokół. To było właśnie środowisko młodej literatury w Gdańsku między latami 1974 a 1980, które tętniło nowym życiem nie tylko literackim, ale też plastycznym, teatralnym, intelektualnym. Dzięki Grzegorzowi Borosowi, wówczas studentowi architektury wnętrz na PWSSP, weszliśmy w bardzo silne relacje z całą grupą młodych grafików. Powstała sławna seria Borosa, czyli zbiór tomików poetyckich świetnie ilustrowanych, który cała Polska oglądała z podziwem.

Ważnym elementem w tworzeniu tej grupy poetyckiej i prywatności był Uniwersytet Gdański. Profesor Maria Janion, twórczyni terminu Nowa Prywatność i jej uczniowie…

– Wcześniej była moja szkoła średnia – Jedynka, czyli Pierwsze Liceum Ogólnokształcące, wtedy chyba najlepsza szkoła w Gdańsku, którą ukończyli między innymi Olek Hall, Aram Rybicki, Donald Tusk, Paweł Adamowicz, Anka Czekanowicz, Krzysztof Babicki, Krzysztof Niedałtowski… To była szkoła, która otwierała horyzonty i naprawdę mobilizowała do poznawania świata. Potem trafiłem na młody uniwersytet na filologię polską, gdzie się wszystko jeszcze kotłowało. Uczelnia dopiero się rodziła, a czasy na początku lat siedemdziesiątych na UG były naprawdę liberalne. Na filologii nie zawsze było wiadomo, kto jest na którym roku, więc w tym swoistym zamieszaniu ta prywatność, którą budowaliśmy, miała znaczenie. Razem z „Litterariami” tworzyliśmy półoficjalnie, niezależnie, nawet cenzurę czasami jakoś się omijało. Co prawda na serii Borosa może ktoś wytknąć emblemat – wydawca to Socjalistyczny Związek Studentów Polskich, ale nikt nas na socjalizm nie namawiał. Czasami czytam wspomnienia z tego okresu. Są różne. Ja przeszedłem suchą nogą przez tamten komunizm, bo poza rozmową z nauczycielką w szkole średniej, która próbowała mnie nakłonić do zajęcia się upadającym szkolnym Związkiem Młodzieży Socjalistycznej, chciała, żebym został przewodniczącym koła, nic innego mi się nie przydarzyło. Podziękowałem wtedy za uznanie i powiedziałem, że nie mogę zostać przewodniczącym, gdyż… nie należę do ZMS-u i nie mam zamiaru wstąpić. I był to koniec sprawy. Nigdy też nikt mnie nie namawiał, żebym wstąpił do partii, chociaż pracowałem w teatrze państwowym i była tam komórka partyjna z pierwszym sekretarzem Stanisławem Michalskim, późniejszym dyrektorem Teatru Wybrzeże, a nawet członkiem – wpływowym! – Komitetu Centralnego PZPR. Co zaś do naszych poetyckich działań, to skutecznie ignorowaliśmy rzeczywistość polityczną, choć zdarzały się spotkania z tą rzeczywistością. Tadeusz Fiszbach – ówczesny pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego – potrafił zaprosić nas, młodych pisarzy, na spotkanie do Będomina, gdzie właśnie rozpoczęło działalność Muzeum Hymnu Narodowego. Rozmawialiśmy oczywiście o sprawach kultury. Nie całkiem na trzeźwo – od razu dodam. Fiszbach – parę lat później sygnatariusz porozumień sierpniowych – był bardzo liberalnym sekretarzem partii w skali kraju, chociaż on akurat wódki nie pił.

Ważny był w tym czasie almanach Nowy transport posągów. Wiersze młodych poetów gdańskich. To wydawnictwo też sprowokowało dyskusję. Twój wiersz stał się tytułem almanachu, ale nie ma go w tym zbiorze.

– Z tym wierszem był problem. W 1977 roku wyjechał do Szwecji na urlop cenzor Tomasz Strzyżewski i tam został. Przemycił Czarną księgę cenzury PRL, którą skopiował potajemnie. Tę księgę tam wydano, a w niej był mój wiersz Nowy transport posągów,który wcześniej został zakwestionowany w jakimś czasopiśmie z notatką „nie należy drukować”.Więc oczywiście cenzura ten wiersz do almanachu zatrzymała. Po jakimś czasie ukazał się w piśmie „Student”, ale bez tytułu. W końcu przeszedł w kolejnym moim tomiku w całości i pokazuje naocznie, czym się wtedy zajmowała cenzura.

Słowa w tamtych czasach miały moc. Dzisiaj mniej się liczą?

– Słowa zawsze mają moc, widać to choćby w przemówieniach Trumpa czy na pełnych nienawistnych fake’ów i hejtu portalach społecznościowych. A w poezji tamte lata, chyba jako ostatnie, niosły rzeczywiście wielką moc słowa. Jeszcze się miało poczucie, że słowa Herberta, słowa Miłosza mogą coś zmienić. I zmieniały. Byli ludzie, którzy przejęli się przesłaniem Pana Cogito Herberta Bądź wierny, idź. Czy słowami Miłosza zwiersza Który skrzywdziłeś: Poeta pamięta. […] Spisane będą czyny i rozmowy. To były bardzo silne przesłania. To działało. Podobnie jak niektóre z przesłań Jana Pawła II. Po latach jest inaczej. Nie ma już wielkich przesłań kultury, giną w globalnym medialnym zgiełku. Czasem mam wrażenie, że wszędzie wokół jest tylko hiphopowy hałas, w którym jakaś osoba wykrzykuje coś uporczywie, choć na ogół trudno ją zrozumieć. Nie dlatego, że jestem głuchy, ale dlatego, że krzyczący nie chcą, żebym ich zrozumiał. Pytałem o to młodych ludzi. Odpowiadali mi, że znają te teksty, tylko że nie pytałem, czy znają, a czy rozumieją. Oni często nie rozumieją. Ale myślę, że są jeszcze kręgi, gdzie poezja ma swoją siłę, choć zasadniczo – w akcie i pisania, i czytania – poezja jest „stanem” intymnym. Należy do tego, kto napisał tekst i tego, który go czyta. Ja sam nie zaczytuję się teraz w poezji, ale sięgam regularnie, zwłaszcza po „dawnych mistrzów”.

Masz swoich mistrzów?

– Mam, w młodości czytałem bardzo dużo przeróżnej poezji i pisząc, nieświadomie imitowałem te rytmy i frazy, które mi weszły do głowy i do serca – romantyczne wielkie frazy Słowackiego, a potem Baczyńskiego czy Tuwima, który był i jest znakomity: mistrz świata prostoty i śpiewności poetyckiej. To czysta poezja. Potem przyszła fascynacja autorami mniej pamiętanymi – mistrzem był dla mnie Józef Czechowicz, potem byłem zafrapowany awangardą, futurystami. Do dziś uważam, że za mało cenieni są znakomici poeci Bruno Jasieński czy Tadeusz Peiper.

To odbiło się w Twojej poezji?

– Peiper na pewno. Trudno się go czyta. To wielki eksperymentator. Jego technika, sposób pisania, rozwijanie frazy w „poemacie rozkwitającym” nadal mnie frapują. Zresztą nie tylko mnie. Peiperowi wiele zawdzięczają moi bezpośredni poprzednicy – od Rafała Wojaczka po Nową Falę, myślę zwłaszcza o Ryszardzie Krynickim i Staszku Barańczaku. Trudno mi dzisiaj wybrać jeden ważny dla mnie nurt poetycki. Po wielu dziesięcioleciach mogę uznać, że przechodziłem przez różne uzależnienia literackie.

A tak przy okazji – przygotowałeś razem z Anią Czekanowicz i Zbyszkiem Majchrowskim antologię zatytułowaną Poeci poetów, w której żaden z poetów nie wybrał Juliana Tuwima jako ważnego poety. To mnie zdziwiło.

– To prawda. Całkiem niedawno przeczytałem kilka różnych wyborów wierszy Tuwima. Po 1945 roku Tuwim – a nasza antologia obejmuje okres powojenny – już nie jest tym wrażliwym i misternym lirykiem. Po powrocie do Polski kończy tylko Kwiaty polskie, napisane na emigracji i właściwie ma trudność z powrotem do tak dobrej poezji, jak przed wojną, bo ma już złamane skrzydła. Wojna i to, co się zdarzyło na emigracji, decyzja o powrocie do Polski, a potem poczucie klęski po powrocie. W Warszawie był dyrektorem artystycznym Teatru Nowego i wtedy skupił się na przerabianiu sztuk na farsy. Jego Żołnierz królowej Madagaskaru, Porwanie Sabinek i Jadzia wdowa to moje ulubione farsy, ale dobrym poetą już po wojnie nie był.

Obok poezji fascynował Cię teatr. Jeszcze na studiach trafiłeś do pracy do Teatru Wybrzeże.

– Na studiach byliśmy jak w zawieszeniu, bo perspektywy były mniej niż skromne, a czasami myśleliśmy, że nawet żadne. Płace, zwłaszcza w kulturze czy nauczycielstwie, były śmiesznie niskie. Pracowałem w Teatrze Wybrzeże od 1977 roku i oczywiście było to dla mnie świetne doświadczenie życiowe i przeżycie. Mogę o tym książkę napisać, zresztą chcę…

Trzymam Cię za słowo.

– Ale wyżyć za to, co zarabiałem w Wybrzeżu, się nie dało. Kiedy zacząłem pracę, nie miałem dwudziestu trzech lat, byłem na czwartym roku studiów. Wypatrzył mnie wcześniej dyrektor Antoni Biliczak w swoim własnym mieszkaniu, bo chodziłem z jego synem Krzyśkiem do jednej klasy, więc spotykaliśmy się też poza szkołą. Obu nas interesował teatr. Czytałem wtedy bardzo dużo, w tym również dramaty, i to moje oczytanie utrwaliło się na studiach i spodobało się dyrektorowi Biliczakowi. Zaproponował mi stanowisko archiwisty. Archiwum było niestety w stanie absolutnego bałaganu. Nikt wtedy nie opisywał i nie systematyzował materiałów. Zacząłem więc od spisu z natury. Zarabiałem grosze, ale to nie była ciężka praca. Docelowo miałem zostać sekretarzem literackim, tak mi obiecał dyrektor. Okazało się jednak, że w teatralnej siatce zatrudnienia nie było takiego stanowiska, więc zostałem po kilku miesiącach przeniesiony na stanowisko kierownika literackiego. Miałem szczęście. Ryzyko mego braku doświadczenia nie było wielkie, bo wtedy pracował w Wybrzeżu znakomity Stanisław Stulek Hebanowski jako kierownik artystyczny i sam był najdoskonalszym kierownikiem literackim. Miał w małym palcu wszystko: setki przeczytanych sztuk, cały repertuar w głowie. Był tłumaczem i cudownym erudytą. Czytałem jakieś nowe, przysłane do teatru teksty, ale przede wszystkim zajmowałem się jednoosobowo promocją, bo tego w tamtym czasie nie było w ogóle. Redakcja programów, przygotowywanie plakatów, które rozwoził potem kierowca i przyczepiał pineskami na przykład na peronach SKM-ki, pisanie felietonów przedpremierowych, druk materiałów reklamowych do spektakli, jeżdżenie do drukarni w Gdyni. To było moje zajęcie. A Stulek mnie polubił. Chodziłem na próby czytane, bo sam mnie delegował i z czasem miałem coraz więcej zajęć jako kierownik literacki.

Napisałeś: kiedyś będę tylko mężczyzną ze starej fotografii, anonimowym w tłumie, podobnych szarych twarzy. Czujesz się tak?

– Trochę tak. Każdy ma swój habitat czy – jak kto woli – niszę. Dobrze się czuję w Gdańsku i dobrze w Sopocie. Mieszkam w tych miastach już siedemdziesiąt dwa lata i nigdzie się stąd specjalnie nie ruszałem. Znam tu bardzo wiele osób, mnóstwo ludzi zna mnie. Mamy do siebie zaufanie, szczęśliwie nie dorobiłem się wrogów. Nie żywię się resentymentami, ale też mam silne poczucie, że czas bardzo szybko biegnie, a pamięć ludzka jest krótka, a nawet bardzo krótka. Działam w takim obszarze, gdzie liczy się to, co teraz, i to, co jutro. Natomiast bardzo mało liczy się to, co było przedwczoraj, w Gdańsku szczególnie. Minęło osiemdziesiąt lat od końca wojny, a my nadal nie potrafimy zbudować sobie takiego „pnia” tradycji, osnowy, do której się odwołujemy. Mówię o kulturze oczywiście. To jest smutna refleksja, Wiem, co mówię, bo pisałem swego czasu bardzo dużo o Stulku Hebanowskim, o Ryśku Majorze, których działaniami teatralnymi byłem zafascynowany i to od bardzo wczesnych lat. Od liceum chodziłem regularnie do Klubu „Żak”, w którym odbywały się „Spotkania jesienne”. Przyjeżdżały na nie najlepsze teatry niezależne, zwane wówczas studenckimi, z Polski. Oglądałem wszystkie – spektakle Teatru STU, Teatru Ósmego Dnia, Siódemki, Salonu Niezależnych, kabarety, koncerty piosenki poetyckiej. Wtedy odkryłem Pleonazmus – teatr z Krakowa Ryśka Majora. Znakomity, najbardziej poszukujący, awangardowy. Major robił w tych spektaklach dosłownie operacje chirurgiczne na języku, inspirowany między innymi Białoszewskim, Karpowiczem, doświadczeniami lingwistycznymi. Poszedłem potem za Majorem, Zresztą w Teatrze Wybrzeże zrobił kilkanaście świetnych przedstawień, choćby najlepsze Białe małżeństwo Tadeusza Różewicza, o czym mówił sam dramaturg. Był też cały Gombrowicz, Bal w operze Tuwima, Białoszewski, Genet. Potem różnie układały się losy Majora, ale gdański okres był znakomity.

Major reżyserował też Twoje dramaty. Debiut dramaturgiczny to Wieloryb, prapremiera w Teatrze Wybrzeże w roku 1979.

– Tak, byliśmy w kontakcie przez wiele lat. Jeszcze w 1996 roku robił w Teatrze Polskim w Szczecinie moją bardzo wczesną sztukę Podróż do krańca mapy.

Kilka Twoich dramatów miało udane realizacje. Wysocki to ważny dramat w kostiumie historycznym, Stąd do Ameryki – premiera w sierpniu 1988 roku – to znaczący spektakl z kluczem o emigracji młodych Polaków w latach 1978–1987, kiedy rozgoryczeni nie widzieli dla siebie szans na normalne życie w kraju.

– Spektakl reżyserował Mikołaj Grabowski. W tle w tej sztuce jest „Solidarność”. Pokazanie na scenie kawałka rzeczywistości, odwołanie się do ważnych wydarzeń historycznych, łącznie z padającym ze sceny nazwiskiem Wałęsy, było wtedy – w 1987, 1988 roku – pewnym szokiem zarówno dla cenzury, którą zignorowaliśmy, jak i dla widzów i spowodowało poruszenie. Był to w Polsce czas, kiedy coraz więcej ludzi wyjeżdżało, czasami zupełnie w ciemno. To było bardzo mocne doświadczenie mojego pokolenia. Spośród moich bliskich przyjaciół z kręgu szkolno-studenckiego wyjechało bardzo dużo ludzi. O ich dylematach i wyborach jest ta sztuka.

Wszystkie teksty dramaturgiczne Władysława Zawistowskiego zebrał profesor Zbigniew Majchrowski, znakomity teatrolog, ale również Twój przyjaciel. Wydane zostały przez Instytut Badań Literackich PAN w serii „Dramat Polski”, a tom ze wstępem profesora nosił tytuł: Dobry adres. Dramaty. Przeczytałam na świeżo te teksty. Dlaczego przestałeś pisać sztuki dramatyczne?

– Dobre pytanie, tak samo, jak dlaczego przez długi czas nie pisałem wierszy. Do wierszy po dwudziestu latach wracam, ale z dramaturgią sprawa jest skomplikowana. Najważniejszy powód, uczciwie powiedziawszy, to fakt, że nie udało mi się odnaleźć swego własnego miejsca w teatrze dramatycznym. To znaczy nie miałem do swoich tekstów reżysera, któremu w pełni bym ufał i z którym bardzo dobrze bym się rozumiał, który by mnie inspirował. Ryszarda Majora bardzo ceniłem, ale był to człowiek bardzo zamknięty w sobie, a potem, kiedy pisałem więcej, on pracował już w teatrach poza Gdańskiem. Przyjaźń deklaratywna to było za mało. Słowem, nie miałem bodźca ze strony teatru, żeby pisać. Zdawałem też sobie sprawę, że bardzo łatwo mogę wpaść w pułapkę seriali telewizyjnych i innych formatów, na przykład radiowych, bo miałem takie propozycje. Do pewnego stopnia taką pracą było pisanie z Anną Czekanowicz noweli radiowej Ulica Kwietna pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Robiliśmy to ponad dwa lata co tydzień i braliśmy udział w nagraniach. To wszystko działo się bardzo szybko i było szalenie ciekawe, ale równocześnie absorbujące – za niewysokie stawki. Pisaliśmy też wcześniej z Anią teksty do serialu telewizyjnego Radio Romans, ale po pierwszej serii producent z nas zrezygnował. Rynek w tym czasie był duży, propozycje się sypały, ale ja bałem się straty czasu. A poza tym lubiłem literacką niezależność. Kiedy po latach chciałem się przypomnieć i zaznaczyć, że jeszcze potrafię pisać, to wystartowałem w dwóch zamkniętych konkursach literackich Polskiego Radia i ZAiKS-u i dwukrotnie zdobyłem pierwsze nagrody.

Pisać umiesz, to wiem na pewno. Ale w tym czasie rodziła się i rozwijała prężnie Fundacja Theatrum Gedanense. Jerzy Limon i Ty, a potem także Andrzej Żurowski, mieliście pełne ręce roboty.

– To prawda, bardzo angażowałem się w te działania. Dzisiaj lekko się mówi, że Jurek Limon zbudował Teatr Szekspirowski w Gdańsku. No tak, ale było ileś lat dreptania w miejscu. Mieliśmy naprawdę co robić, każdy z nas miał swoje zadania: od ściągania najciekawszych spektakli na gdańskie festiwale szekspirowskie – tu selekcjonerem był Żurowski – po ważne działania publiczne, wizyty polityczne polskie i zagraniczne, pozyskiwanie angielskiego dworu królewskiego – emisariuszy naszych marzeń, a także przedsiębiorców i wybitnych ludzi kultury, jak Andrzej Wajda. No i organizowaliśmy głośne w Gdańsku spotkania kulturalno-towarzyskie. Robiliśmy to we dwóch z Jurkiem Limonem. To było pracochłonne i inspirujące, a jeszcze musiałem żyć i zarabiać pieniądze, mam rodzinę.

Miałeś ciekawe doświadczenia zawodowe, nim zostałeś dyrektorem Departamentu Kultury w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Pomorskiego.

– Z teatru trafiłem do wydawnictwa Graf, popracowałem rok i Graf upadł. Byłem potem przez jakiś czas wolnym strzelcem, ale ograniczało to moją niezależność, bo działałem na zlecenia, prowadziłem w telewizji program W lustrze książki, pisałem scenariusze i znowu trafiłem do wydawnictwa – do Tower Press prowadzonego przez poetę Zbyszka Joachimiaka, z którym przyjaźniłem się od czasów grupy Wspólność. Publikowaliśmy naprawdę dobre książki, na przykład poezję Ernesta Brylla, Antka Pawlaka, Krzysztofa Gąsiorowskiego, ostatni tomik Jacka Kaczmarskiego, wydawaliśmy eseistykę, między innymi Ludwika Stommy, no i najpoważniejsze dzieło, też do dzisiaj nieprzeczytane – Wieloryba Jurka Limona. Nawiasem mówiąc: wkrótce, po latach, ukaże się wznowienie tej niezwykłej prozy nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria. Wydałem też wtedy ważną dla mnie, choć komercyjną książkę Kto jest kim w Trylogii Sienkiewicza. Stało się to w momencie, gdy Jerzy Hoffman kręcił już Ogniem i mieczem. Grzegorz Rybiński, który z nami wtedy pracował, dotarł do Hoffmana, któremu pomysł bardzo się spodobał, napisał na okładkę tekst polecający książkę. Na prapremierze filmu w Sali Kongresowej w Warszawie już ją sprzedawaliśmy. Żeby zdążyć z tą publikacją, na dłuższy czas odłożyłem wszystkie inne działania literackie.

Co się stało, że tak pokochałeś Sienkiewicza?

– Pochodzę z rodziny, która kochała Sienkiewicza. Mój ojciec mieszkał w Wilnie, miał wielu kuzynów, kuzynek, stryjów i ta liczna rodzina spotykała się kilka razy w roku. Jeden ze stryjów popisywał się na tych rodzinnych uroczystościach recytowaniem z pamięci całego Pana Tadeusza. To niby do Sienkiewicza nic to nie ma, ale w tej rodzinie tak czytano książki – dokładnie, od A do Z, i zapamiętywano na długo. To było też tradycją w moim rodzinnym domu, gdzie czytało się bardzo dużo i zawsze. I czytało się i Pana Tadeusza, i Trylogię Sienkiewicza.

Mówiłeś: Żeby pisać, trzeba czytać.

– Oczywiście. Jako młody człowiek pokochałem Sienkiewicza. Kiedy powstał pomysł napisania książki wokół Trylogii, chciałem początkowo zrobić taką „listę adresową” osób, które występują u Sienkiewicza. To setki nazwisk, część z nich funkcjonuje do dzisiaj. Sądziłem, że współcześni przy pomocy takiej publikacji będą sięgali do swoich korzeni. Gdy zacząłem zgłębiać temat, to koncepcja nieco się zmieniła. Sienkiewicz korzystał z bardzo dobrych źródeł i traktował je bardzo serio. Są całe rozdziały wręcz przepisane przez niego. Obrona Częstochowy jest przepisana z Augusta Kordeckiego, który był przeorem na Jasnej Górze, obrona Kamieńca Podolskiego z historią Wołodyjowskiego jest przepisana z poematu Stanisława Makowieckiego, który był szwagrem Wołodyjowskiego itd. I ta moja opowieść o Trylogii zaczęła puchnąć, bo odkrywałem ciągle nowe wątki, które umieściłem w książce. A to wszystko dlatego, że byłem dość pilnym studentem i przeczytałem Sienkiewicza dokładnie: Rodzinę Połanieckich, Bez dogmatu, a powieść Wiry wydałem w Tower Pressie, podobnie jak komedię w jednym akcie Zagłoba swatem, którą odnalazłem. Z rysunkami Szymona Kobylińskiego to ciekawy bibelocik, który sprzedał się dobrze. Sienkiewicz to znakomity pisarz, świetnie posługiwał polszczyzną, więc wciągnął mnie ten Sienkiewicz, ale jeszcze bardziej epoka, którą opisywał. Najsłabsze u Sienkiewicza jest uwznioślanie naszej polskiej małości. Bo co innego pisać „ku pokrzepieniu serc”, a co innego ugruntowywać dobre samopoczucie na wartościach niewartych funta kłaków. Mam ulubiony cytat z Potopu: My Polacy sobie poradzimy. Maryja Panna będzie nas salwować jako pana Bobolę salwowała, kiedy go prochy z koniem na drugi brzeg Wisły przerzuciły. A dlatego mu nic. Wstał, otrzepał się i do księdza proboszcza na obiad zdążył – jak mówił Zagłoba. To słynne a dlatego mu nic, to dzisiejsze Polacy, nic się nie stało. Niestety, stało się… Bardzo dużo złego się stało, również w ostatnich latach. Zajmuję się analizowaniem tego problemu już jakieś trzydzieści lat. Wpierw czytałem bardzo dużo na temat siedemnastego wieku, mam sporą bibliotekę publikacji. Potem zafascynowała mnie magnateria i osiemnasty wiek. To dopiero był niezwykły czas. Nie było już tylu wojen, ale obyczajowość była pełna historyczno-erotycznych niespodzianek.

Swoją historyczną pasję dyskontujesz też w programach radiowych.

– Tak. Przez jedenaście sezonów, z przerwą, realizuję z Konradem Mielnikiem i Jackiem Puchalskim, oczywiście w Radiu Gdańsk, gawędy historyczne, obecnie pod tytułem Silva rerum. Zaczynałem od Trylogii i Sienkiewicza, a teraz odwołuję się do pamiętników, wspomnień, kronik, anegdot. To jest właśnie mój „ogród rzeczy” – silva rerum. Jesteśmy już u końca osiemnastego wieku, dochodzimy do insurekcji kościuszkowskiej, pierwszej polskiej rewolucji, która potrafiła się mścić. W Warszawie i Wilnie zdrajców wieszano na szubienicach. Na początku skazywano ich wyrokami, a potem były już samosądy. Lud Warszawy wyciągał zdrajców z więzień i wieszał, jak w rewolucji francuskiej.

Początek fascynacji historycznych zaczął się przy pisaniu dramatu Wysocki?

– Tak, zacząłem od dziewiętnastego wieku, powstania listopadowego i styczniowego. Pamiętam, jak bardzo przeżyłem kiedyś Noc listopadową Wyspiańskiego w reżyserii Wajdy w Starym Teatrze. Sprawdzałem fakty dotyczące tej nocy, a potem powstania styczniowego. Wysocki w moim dramacie jest bohaterem dwóch powstań. Jako historyk amator i dyletant mogę sobie pozwolić na taką nieuporządkowaną wędrówkę po historii.

Literacka różnorodność, tak można określić Twoje pisanie. Zaskoczyłeś mnie kilka lat temu kryminałami. Mass media, kultura popularna Cię uwiodły?

– To było czterdzieści parę lat temu.

Ale się nie wypierasz?

– Nie. Jestem człowiekiem pełnowymiarowym. Więc dopowiem – jestem też kibicem piłkarskim. Poeta nie musi być oderwany od rzeczywistości.

Komu kibicujesz?

– Teoretycznie Lechii Gdańsk, ale od dawna nie chodzę na ich mecze z różnych powodów. A ostatnio kibicuję Barcelonie z powodu Lewandowskiego. Lubię piłkę nożna i lubiłem kryminały kiedyś. A było to w czasach, kiedy kryminałów nie było tak wielu na rynku wydawniczym. Czytałem oczywiście Dashiella Hammetta, Raymonda Chandlera czy Rossa Macdonalda. Kiedy zacząłem pisać pierwszą powieść kryminalną Bardzo długi czerwiec, nie wiedziałem za dobrze, jak to się robi, ale byłem ciekawy, czy dam sobie radę. Zanim się obejrzałem, napisałem trzy jako Witold Biengo. Powiem uczciwie, to było sympatyczne, ale to nie jest rzeka, do której chciałbym ponownie wejść.

A co przed Tobą?

– Przymierzam się do prozy od wielu, wielu lat. Najpierw napisałem jedną powieść, ale tylko do połowy i zaniechałem. Potem napisałem drugiej trzy czwarte i miałem ją kończyć, pracując już w Urzędzie Marszałkowskim. Ale minęło dwadzieścia lat i chyba już nie skończę, bo to była powieść współczesna. Udawać, że realia się nie zmieniły, byłoby trudno. Pewnie jak pójdę na emeryturę, a to już bliżej niż dalej, jeszcze coś napiszę, może poemat? Wydaje mi się, że te wiersze z ostatniego tomu Sztandar z ortalionu są bardzo komunikatywne. Jestem jak stary Iwaszkiewicz, chcę dotrzeć z przekazem.

Dziękuję za spotkanie i tak wielowątkową rozmowę.

Alina Kietrys – publicystka, redaktorka, autorka programów radiowych, telewizyjnych i tekstów prasowych dotyczących kultury. Krytyczka teatralna. Pracowała w Radiu Gdańsk w redakcji literackiej, a po latach została redaktorką naczelną tego radia. W TVP Gdańsk szefowała redakcji publicystyki kulturalnej i widowisk artystycznych, w „Głosie Wybrzeża” przez lata prowadziła dział kultury, współpracowała z ogólnopolską prasą. Była nauczycielką akademicką w Instytucie Mediów, Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Gdańskim. Autorka książki Niespokojni, redaktorka naczelna „Rocznika Sopockiego”. W 2024 otrzymała medal Gloria Artis, laureatka wielu nagród w dziedzinie kultury m.in. Splendor Gedanensis.

Pierwodruk wywiadu w „Roczniku Sopockim 2026”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.