Wiatr sprzyja – fordewind niesie prosto ku celowi. Teoretycznie wystarczy trzymać kurs. A jednak. Spektakl wybiera halsowanie – manewr wymagający i w tych warunkach trudny do uzasadnienia. W teatrze wolno wszystko. Pytanie tylko – czy wszystko prowadzi naprzód?
Tło
Gdynia. Miasto znane ze sloganów: miasto z morza i marzeń, najszczęśliwsze miasto w Polsce, bądź słoneczna Gdynia – jak w tytule wspomnień Franciszka Sokoła, komisarza rządu w latach 1933-1939. Jedno z największych osiągnięć międzywojennej Polski – cud, o którym pisał nawet „National Geographic” w roku 1920, przyrównując Gdynię do Nowego Jorku.
Gdynia pojawiała się w wielu adaptacjach filmowych, a w jednej – serialu Miasto z morza (2009) w reż. Andrzeja Kotkowskiego – została tytułową bohaterką. W teatrze – jako temat autonomiczny – pozostawała raczej nieobecna. Stąd Gdynia. Fordewind Darii Kopiec jest przedstawieniem wyjątkowym.
Inspiracją było stulecie uzyskania przez Gdynię praw miejskich – 10 lutego 1926 roku. I trudno oprzeć się pokusie, by – wchodząc w ten jubileuszowy rok 2026 – nie przywołać przynajmniej pobieżnie historii gdyńskiego teatru.
Obecnie w Gdyni teatrów jest sześć: Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej, Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza, Teatr Gdynia Główna, Teatr Czwarte Miasto, Teatr Komedii Valldal oraz Bałtycki Teatr Różnorodności.
Początki życia teatralnego w mieście nie są jednoznacznie udokumentowane. Możliwe jednak, że pierwszy spektakl odbył się już w 1920 roku – był to występ „Teatru Objazdowego Nr 1 Ministerstwa Spraw Wojskowych” pod kierownictwem Stanisława Celestyna Czapelskiego, który w latach 1920-1921 występował na Pomorzu. W 1922 roku wystawiono Obronę Częstochowy Elżbiety Bośniackiej-Tuszowskiej – wydarzenie o charakterze charytatywnym, związane z działalnością Czerwonego Krzyża. W 1926 roku w Gdyni występowali aktorzy bydgoskiego Teatru Letniego Józefa Krokowskiego. Spektakle odbywały się najprawdopodobniej – podobnie jak część wcześniejszych – w sali karczmy Augustyna Józefa Skwiercza.
Rok 1926 przyniósł także pierwszą próbę powołania stałej sceny – Teatru Letniego w Gdyni pod kierownictwem wspomnianego już Józefa Krokowskiego. Inicjatywa ta, ze względu na trudności finansowe, okazała się, niestety, krótkotrwała – teatr zakończył działalność po miesiącu, prezentując zaledwie trzy spektakle. Warto pamiętać, że do 10 lutego 1926 roku Gdynia pozostawała jeszcze wsią. Dopiero późniejsze lata przynoszą lepiej udokumentowane dzieje gdyńskich teatrów.
Najbardziej znanym przedwojennym i powojennym miejscem teatralnym była „Stodoła” (1942-1960) – sala wzniesiona przez niemieckich okupantów dla żołnierzy i ich rodzin. Jej nazwa oddawała prostą architekturę budynku. Po wojnie, jako siedziba gdyńskiej sceny Teatru Wybrzeże, rozkwitła pod kierownictwem Iwo Galla (1890-1959), nazywanego ojcem gdyńskiego teatru. Dziś w tym samym miejscu stoi budynek Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej – wciąż największego pod względem powierzchni sceny teatru musicalowego w Polsce.
Teatr Miejski – gospodarz spektaklu Gdynia. Fordewind – rozpoczął działalność w 1959 roku jako Scena Objazdowa Teatru Wybrzeże. W 1964 przekształcił się w „Teatr Ziemi Gdańskiej” z siedzibą w Gdyni, by dekadę później zostać „Teatrem Dramatycznym”. Dopiero od 1980 roku działa we własnej siedzibie przy ulicy Bema. Każdego lata zespół opuszcza mury budynku, przenosząc działalność na Scenę Letnią – na plażę w Orłowie, a od 2012 roku, z inicjatywy poprzedniego dyrektora, Krzysztofa Babickiego, także na pokład żaglowca-muzeum „Dar Pomorza”.
To właśnie w Gdyni odbywa się Festiwal R@port – powracający do „macierzy” po czterech latach przerwy; Festiwal „Pociąg do Miasta” i konkurs o Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną. Tu też przyznawane są nagrody ogólnopolskiego konkursu dla młodych krytyków im. Żurowskiego.
Spektakl
Gdynia jest zatem miastem teatru. Gdynia jest o teatrze. A w tym roku, teatr postanowił być o Gdyni.
Gdynia. Fordewind to pierwszy pełnoobsadowy spektakl nowej dyrekcji Teatru Miejskiego. Dwugodzinne przedstawienie w reżyserii Darii Kopiec – również autorki scenografii – oparte na reportażu Aleksandry Boćkowskiej „Gdynia. Pierwsza w Polsce” (2025). Nawet szczegół – kropka w tytule spektaklu – jest śladem tej inspiracji.
Zapowiadany z rozmachem: prezent dla miasta, pełna obsada, taniec, śpiew, kabaret. Obietnica totalności. Pytanie tylko – czy za tym „wszystkim” stoi kompozycja?
Spektakl teatralny jest strukturą i upraszczając, można go skategoryzować za pomocą podstawowych metod dialogu Sokratesa. Po pierwsze: może działać jak metoda elenktyczna – rozbijająca złudzenia, gwałtowna, konfrontacyjna – ma szokować widza, niepokoić, wprawiać w dyskomfort. Po drugie: może przyjąć formę majeutyczną – wydobywającą sens powoli, z wnętrza człowieka, w tym przypadku widza. Niezależnie jednak od obranej drogi – powinien prowadzić.
Gdynia. Fordewind okazała się mozaiką. Mozaiką złożoną z różnych, często ciekawych elementów. Tworzą one kompozycję – ale nieregularną, nieuporządkowaną. Obok scen precyzyjnych i wyrazistych pojawiają się takie, które wątki i napięcie rozmywały. Spektakl bez większej straty mógłby być krótszy o co najmniej pół godziny.
Najbardziej problematyczne dla mnie pozostają motywy „podziemnej” Salci i obrzędowości kobiecej – zarysowane, lecz niedookreślone; wątki ezoteryczne, sprowadzające miasto do „energii”; taniec fal – efektowny, ale dramaturgicznie zbędny.
Spektakl miał pokazać miasto Gdynię, skupiać się na tożsamości, korzeniach. Obecne były wtrącenia historyczne, ale sprowadzały się one do sygnałów. I to nie sygnałów morskiej latarni, która swoją regularnością prowadzi do portu, ale raczej zwodzących na manowce ogników. Ponadto, momenty te zostały raczej powiedziane niż pokazane. A przecież zasada „pokazuj, nie opowiadaj” (show, don’t tell) powinna być fundamentalna. Jeśli miała to być dramaturgia(gr. dramatourgia), 1. twórczość dramatyczna, ogół utwo... More interpretacyjna, wymagająca od widza wypełniania luk – dla mnie zabrakło w niej konsekwencji.
Na poziomie tematycznym dominuje poszukiwanie tożsamości – zarówno indywidualnej, jak i miejskiej.
Goldie (Marta Kadłub) przyjeżdża (wraca) do Gdyni, by napisać o niej książkę. Pisarka, która nie może pisać. Rozedrgana, bezsenna, niepewna. Jej stan ujawnia się w relacjach – zwłaszcza z Gospodynią (Elżbieta Mrozińska), ale też w kostiumie – sukni, która stopniowo się „rozpada”, odsłaniając kolejne warstwy postaci.
„O Gdyni może pisać tylko ktoś, kto się z nią zrósł” – to zdanie staje się mottem jej drogi. Goldie – choć jej imię pada w spektaklu dwa razy, ja bym powiedziała raczej „kobieta” – spotyka się z mieszkańcami z reportażu Boćkowskiej oraz z postaciami fikcyjnymi. Prowadzi to do ciekawych spotkań mówiących o gdyńskiej przeszłości, teraźniejszości, a nawet przyszłości. Spotkania te budują obraz miasta wielogłosowego.
W tym pejzażu pojawia się postać mężczyzny. Silverman (Piotr Michalski) to figura równoległa: również zagubiona, lecz pozbawiona zdolności przemiany. Razem z Goldie tworzą oś spektaklu. Są to również postacie ciekawie wykreowane.
Kobieta-Goldie przechodzi prostą, wyraźną ewolucję, prowadzącą ją przez historię Gdyni i przez samą siebie. Ma wsparcie innych kobiet. Zaczyna „czuć wiatr”, o którym wcześniej tylko słyszała. Mężczyzna-Silverman – przeciwnie: pozostaje zagubiony, niezdolny do stworzenia własnej opowieści o mieście. Ich relacja jest dobrze poprowadzona – romantyczne sceny są subtelne, ulotne, pełne niedopowiedzeń, ale potrzebne. Spaja je wyraźna nić porozumienia.
Najbardziej zapadające w pamięć sceny to pierwsze spotkanie z Gospodynią – świetnie zagrana aktorsko i z inteligentnymi kwestiami dialogu oraz scena z leżakami. I najbardziej magnetyczna – spotkanie z Mieczysławem (Grzegorz Wolf), modelarzem-pasjonatem. Świetna kreacja postaci – aż chciało się słuchać, aż chciało się w niej zostać i wypłynąć na głębię.
Dobra i zabawna była scena castingu, z dużą emfazą na ulicy Świętojańskiej. Zwłaszcza Rafał Kowal i Bogdan Smagacki stworzyli ciekawe kontrastujące ze sobą „występy” – jeden z infantylną piosenką o św. Janie Nepomucenie, a drugi z mową o strzelaniu do protestujących robotników w stoczni w grudniu 1970.
Ze scen komediowych najlepsza – aż do groteskowej przesady – była scena z urzędnikami (Mariusz Żarnecki i Szymon Sędrowski). Skorzystanie z płaszcza – „płaszcz na dwóch” jak w pantomimie lub kabarecie pokazało koordynację ciała i słowa. Scena budziła skojarzenia z braćmi Lesławem i Wacławem Janickimi z Teatru Cricot 2awangardowy teatr krakowskich plastyków, zawiązany przez M... More Tadeusza Kantora (zwłaszcza z Niech sczezną artyści).
Spójność spektaklu mogłaby być poprawiona. Owszem, osią pozostaje bohaterka i jej droga, ale całość rozpada się na fragmenty o nierównej wartości wykonania. Rytm jest powolny, kulminacje nieczytelne. Jeśli spektakl miał płynąć fordewindem – to znaczy z wiatrem od rufy – był on wyjątkowo lekki. Powiedziałabym jednak, że spektakl halsował między scenami lepszymi i słabszymi. Halsowanie bowiem oznacza żeglugę pod ostrym kątem do wiatru, pełną gwałtownych zwrotów.
Dobrze współgrała estetyka – w całości pastelowa, współczesna. Rekwizyty, kolorowe kostiumy, dżinsowe stroje fal pozwalały zidentyfikować styl produkcji. Scenografia prosta: dwa budynki okalające zejścia ze sceny – gdyńskie rybki – łatwy do zidentyfikowania symbol Gdyni – na tle modernistycznej kamienicy, bo przecież Gdynia to perła modernizmu, nazywana kiedyś białym miastem z uwagi na piaskowiec użyty przy budowie śródmiejskich kamienic. Z prawej strony był jednak budynek z mniej oczywistymi, kolorowymi lampkami rodem z Broadwayu. To – choć artystycznie dodawało czaru nocy i ciepła, przez co dość wdzięcznie modelowało przestrzeń i klimat – nie kojarzyło się z Gdynią, było stylistycznie obce, niegdyńskie. Chyba że miało kojarzyć się z wyburzonym już wesołym miasteczkiem koło Skweru Kościuszki.
Leżaki, sztuczne łabędzie, rowery wodne dobrze oddają charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i... More letniego kurortu. Wykorzystane kolory i materiały – zwłaszcza dżins, marynarskie paski i czapeczki fal – dobrze się komponowały i sugerowały warstwowość historii miasta.
Ilość rekwizytów – umiarkowana – podobnie jak zakres ich wykorzystania i potencjał symboliczny. Trudno dostrzec, by pełniły funkcję wykraczającą poza dookreślanie postaci. Właśnie to ograniczenie sprawia, że spektaklowi brakuje głębszej, bardziej konsekwentnie rozwiniętej warstwy znaczeń.
Kostiumy (Patrycja Fitzet) – funkcjonalne, podporządkowane są jednak przede wszystkim czytelności postaci. Najciekawiej wypada suknia Goldie, jako nośnik procesu wewnętrznego. Jej stopniowa dekonstrukcja obrazuje drogę bohaterki ku sobie, a jednocześnie podkreśla jej kobiecość. Zabieg ten przywodzi na myśl rozwiązania zastosowane w Rabacji w reżyserii Jakuba Roszkowskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, choć tutaj zostaje on wyraźnie złagodzony. Zamiast dosłowności cielesności – mięsa i mięśni – pojawia się bardziej abstrakcyjna gra koloru i formy, sugerująca raczej proces przemiany Goldie.
W kostiumie Gospodyni można odczytać metaforę samej Gdyni – miasta w formie jeszcze nie do końca określonej, chwilami bezkształtnej, zanurzonej w przygaszonej tonacji.
Całość pozostaje jednak w obrębie rozwiązań znanych i bezpiecznych. Kostiumy współgrają z ruchem scenicznym.
Muzyka (Aleksandra Gronowska) buduje nastrój – szczególnie w scenach nocnych, gdzie podkreśla emocje, wyczekiwanie i zawieszenie. Pozostaje jednak dyskretna, chwilami aż nazbyt wycofana, przez co nie przejmuje funkcji dramaturgicznej. Zamiast intensyfikować napięcie, raczej spowalnia już rozciągniętą strukturę spektaklu.
Partie wokalne – w tym adaptacja(łac. adaptare = przystosowywać), przystosowanie utworu li... More Morze nasze morze – to interesujący pomysł. Problemem okazuje się jednak przede wszystkim warstwa ruchowa. Choreografia(gr. choreia = taniec + grapho = piszę), sztuka tworzenia u... More Michała Przybyły, oparta na prostych, powtarzalnych gestach, nie wnosiła wiele do narracji i w rezultacie sceny te tracą ciężar.
Światła współgrały z muzyką, były oszczędne i funkcjonalne. Najciekawiej wykorzystane w scenach nocnych, gdzie budowały atmosferę intymności. Interesująco wykorzystany zostaje także motyw muszli – poza Beaty Buczek-Żarneckiej to bezpośrednie nawiązanie do Narodzin Wenus (1485-86) Sandra Botticellego, a zarazem odsyłający do lokalnego kontekstu gdyńskiej muszli koncertowej w pobliżu Teatru Muzycznego i Gdyńskiej Szkoły Filmowej. To jeden z tych momentów, w których estetyka sceniczna trafnie łączy odniesienie kulturowe z topografią miejsca.
Aktorsko najmocniej wybrzmiewają kreacje Grzegorza Wolfa, Beaty Buczek-Żarneckiej, Mariusza Żarneckiego, Szymona Sędrowskiego oraz Macieja Wiznera. To aktorzy precyzyjni, świadomi, operujący słowem i ciałem. Ich dykcjawymowa aktorska; dykcja teatralna wymaga szczególnie staran... More, gest, mimika i intonacja pozostają spójne z prowadzonym tekstem, budując przekonujące relacje sceniczne. Szczególnie wyrazista jest Beata Buczek-Żarnecka, która potrafi wzbudzić reakcję widowni zaledwie jednym zdaniem. Młodsza część zespołu otrzymała jednak niewiele przestrzeni do gry (głównie trio fal), podporządkowana koncepcji reżyserki, która prowadziła do celowej infantylizacji.
Najważniejszą osią pozostają relacje Goldie z Silvermanem oraz Goldie z Gospodynią – to one niosą ciężar emocjonalny spektaklu. Trio fal (Krzysztof Berendt, Martyna Matoliniec, Weronika Nawieśniak) funkcjonuje poprawnie – zgodnie z założeniem, choć bez wyraźniejszego pogłębienia.
Sądzę, że dramaturgia wymagałaby większej dyscypliny, a tekst domaga się wyraźniejszych cięć – zbyt często to słowo dominuje nad obrazem, osłabiając sceniczną intensywność i rozpraszając napięcie.
Publiczność reagowała żywo – śmiechem i oklaskami w trakcie spektaklu – jednak z czasem widoczne było narastające zmęczenie. Część widzów opuszczała salę jeszcze przed końcowym ukłonem.
Po spektaklu pozostaje obraz Gdyni jako miasta niejednorodnego – tworzonego przez różnorodne, często niespójne historie. W pamięci zostają konkretne sceny: kupno mieszkania, leżaki, a przede wszystkim monolog Mieczysława o budowaniu statków i wypływaniu w bezkres – ku wolności.
Projekt ma wyraźny potencjał. Wystarczyłoby zrezygnować z kilku scen i motywów i kompozycja przestała się rozpraszać, odzyskała klarowność. Wówczas spektakl mógłby rzeczywiście płynąć fordewindem – dynamicznie, z impetem, przecinając kolejne fale.
Na razie jednak raczej halsuje – zmieniając kurs, szukając kierunku, nie zawsze konsekwentnie. Zdecydowanie wymaga szlifu, zwłaszcza jeśli ma być laurką dla Gdyni na jej stulecie.
Gdynia. Fordewind to pomysł sceniczny o dużym potencjale. Wymaga tylko większej konsekwencji w prowadzeniu narracji – trzymania raz obranego kursu i rezygnacji z nadmiarowych postojów. Wtedy mógłby nabrać pełnej mocy i wyrazistości.
Martyna Szoja
= = = = =
Gdynia. Fordewind
Reżyseria: Daria Kopiec
Adaptacja: Artur Pałyga (na podstawie reportażu Aleksandry Boćkowskiej)
Muzyka: Aleksandra Gronowska
Kostiumy: Patrycja Fitzet
Choreografia: Michał Przybyła
Asystent reżyserki: Krzysztof Berendt
Suflerka: Ewa Gawron
Inspicjent: Tomasz Czajka
Producentka: Marta Pałubicka
Występują (w kolejności alfabetycznej): Monika Babicka (Aleksandra / Marynarzowa Barbara), Agnieszka Bała (Aleksandra / Podziemna Salcia / Marynarzowa Krystyna), Jacek Bała (Deweloper Sebastian), Krzysztof Berendt (Fala), Beata Buczek-Żarnecka (Elżbieta / Aktorka), Olga Barbara Długońska (Kamila / Helena), Marta Kadłub (Goldie), Rafał Kowal (Jan / Inżynier w Garniturze / Aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More / Zbigniew), Martyna Matoliniec (Benita / Fala), Piotr Michalski (Silverman), Elżbieta Mrozińska (Gospodyni), Weronika Nawieśniak (Barbara / Fala), Szymon Sędrowski (Psujzabawa Tomasz / Urzędnik Młodszy), Bogdan Smagacki (Edmund / Inżynier W Palcie / Senior / Leon), Maciej Wizner (Walerian / Podziemny Marian), Grzegorz Wolf (Mieczysław), Mariusz Żarnecki (Urzędnik Starszy)
Teatr Miejski w Gdyni, prapremiera: 7 marca 2026
[Fot. Piotr Pędziszewski/ Teatr Miejski w Gdyni]
