Publikujemy tekst laudacji na cześć Laureata Nagrody Boya PIOTRA CIEPLAKA wygłoszonej przez Tomasza Miłkowskiego 11 marca podczas uroczystości w Domu Dziennikarza:
Laudację wypada zacząć od przytoczenia konkluzji werdyktu: Piotr Cieplak otrzymał Nagrodę Boya w uznaniu osiągnięć reżyserskich, w szczególności w Teatrze Narodowym. Oznacza to, że przyznane wyróżnienie jest połączeniem czegoś, co zwykło się nazywać nagrodą za całokształt, z dodatkowym wskazaniem na reżyserie w Teatrze Narodowym, w tym na ostatni zachwycający swoją urodą spektakl Szekspirowski – Wieczór Trzech Króli. Chodzi więc m.in. o to, co Jan Englert z wielką trafnością powiedział po premierze „Elementarza”: „Teatr Piotra Cieplaka to samotna wyspa. Wyspa oryginalnej wyobraźni i samodzielnych poszukiwań”.
Niełatwo jednak znaleźć wspólny mianownik tych poszukiwań, wskazać na ewentualne ich granice czy kierunek, cała bowiem twórcza praca Piotra Cieplaka wymierzona jest niejako przeciw takim jednoznacznym ujęciom, które uwielbiają krytycy, próbujący pochwycić artystę w sidła wyrazistych formułek. Tyle tylko, że usidlić go nie sposób. Piotr Cieplak od lat skutecznie uprawia ucieczkę od samego siebie, nie znosi pozostawać w tym samym nurcie czy formach. Nie szukając daleko dowodów dość wspomnieć, że po bujnym, barwnym i radosnym Wieczorze Trzech Króli, bodaj najpogodniejszym spektaklu w dorobku reżysera na scenie Teatru Narodowego, w listopadzie ubiegłego roku w teatrze legnickim pojawił się jego ascetyczny spektakl Snu srebrnego Salomei Juliusza Słowackiego, oparty na mrocznym tekście i temacie budzącym zrozumiały niepokój. Oto przecież za naszą wschodnią granicą wojna, a Cieplak tymczasem wraca do koliwszczyzny, do czasów konfrontacji ukraińskiego ludu i polskiej szlachty. Ktoś zauważył, że być może czas niezwykłego zbliżenia Polaków i Ukraińców, jaki przeżywamy, to właśnie okres szczególnie sprzyjający, aby rozliczyć się historią.
Ale wróćmy do Wyspy Cieplaka. Jej kontury pojawiły się 44 lata temu w Toruniu (1989), gdzie reżyser debiutował jednoaktówkami Fredry (Jestem zabójcą, Pierwsza lepsza, czyli nauka zbawienna), a zaraz potem, pojawił się z nieśmiertelnym Żołnierzem królowej Madagaskaru z Włodzimierzem Maciudzińskim jako Mazurkiewiczem. Z XVII Opolskich Konfrontacji Teatralnych „Klasyka polska” obaj wyjechali z nagrodami, Maciudziński za rolę, a Piotr Cieplak z nagrodą dla młodego reżysera.
Ale tak naprawdę – myślę o spektaklach, które zelektryzowały krytykę – prawdziwymi narodzinami Wyspy Cieplak były dwie premiery, wrocławska i warszawska „Historyi o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskiem” Mikołaja z Wilkowiecka. Z muzyką Kormoranów i z młodziutkim – delikatnym i łagodnym (jak pisała Maria Prussak) Piotrem Kondratem jako Jezusem w obu wystawieniach. Wrocławska „Historyja” przyniosła Cieplakowi Grand Prix IX Festiwalu Klasyka Polska w Opolu i miano autentycznie religijnego reżysera młodego pokolenia (przed czym się zresztą Cieplak bronił, ale nie bronił przed stawianiem religijnych, a więc istotnych pytań). Tak czy owak, krytyka była zachwycona, widzowie mniej, bo jak sam parę razy przypominał uhonorowany nagrodami reżyser, publiczności na wrocławskim spektaklu nie było za wiele, starczyło zaledwie na kilkanaście przedstawień, co by świadczyło, że forma, jaką zaproponował Piotr Cieplak okazała się dla wielu widzów niełatwa do przyjęcia. Przynajmniej w porównaniu do uwielbianych inscenizacji staropolskich Kazimierza Dejmka(1924-2002), reżyser teatralny i dyrektor teatrów, m.in. N... More.
Uroda spektakli Dejmka polegała na stylizacji, graniczącej niekiedy z delikatnym pastiszem, ale zachowującym walory oryginału. Dekoracja(łac. decoratio), zasadnicza część (por.:) scenografii, ... More, kostium, opracowanie muzyczne – wszystko to podkreślało dawność, zabytkowy charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i... More dzieła. Cieplak poszedł zupełnie inną drogą. Dla niego tekst Mikołaja z Wilkowiecka nie był szacownym zabytkiem, ale, przeciwnie, tak samo współczesną wypowiedzią, jak „Kabaret Kici-Koci” Mirona Białoszewskiego(1922-83), polski poeta, prozaik, a także tłumacz i autor ... More. Można się było z takim sposobem czytania staropolszczyzny nie zgadzać, można było tęsknić za kolorowymi spektaklami Dejmka, ale trzeba było docenić udaną próbę naturalnego wpisywania we współczesność niemal archeologicznego znaleziska.
Zatrzymałem się dłużej przy „Historyi”, choć nasz laureat niezbyt lubi wspominać, woli mówić o nowych spektaklach i planach. To by świadczyło, że nadal jest twórcą młodym, wychylonym w przyszłość, a laudator (czyli ja), znajdując upodobanie we wspominaniu najwyraźniej z młodością się żegna. Toteż podążając tym tropem nie może nie przywołać pewnego spotkania z udziałem innego laureata Nagrody Boya Wojciecha Siemiona, a co ma pewne znaczenie, również Jezusa w Dejmkowskiej „Historyi”.
A było to tak (cytuję za moją książką „Teatr Siemion”):
Siemion „dzwoni nagle i powiada, żebym koniecznie wpadł do Domu Kultury na Elektoralnej tego a tego dnia, o tej i o tej, to się rozliczymy. Za spotkanie w Prochowni. Już zdążyłem zapomnieć, z pół roku wcześniej wziąłem udział w panelu o Rosjanach w kulturze polskiej wczoraj i dziś, razem z Drawiczem i innymi, tłum był dziki, dyskusja zażarta… Teraz jakieś pieniądze, bo sponsor, przyjeżdżaj koniecznie. Nie przelewało się, więc jadę.
Siemion miał jakieś spotkanie w salce na górze, ale powiedział organizatorom, żeby mnie wpuścili. Wchodzę. Ciemno, choć oko wykol, słyszę, jak tłumaczy, w jaki sposób mówić Mickiewiczem, potem widzę – na sali same młode zakonnice. Słuchają go jak zaczarowane, jakby był Józefem z przedstawienia Dejmka, upozowanym na dobrotliwego świątka. – Tomi, dobrze, że jesteś – przerywa wykład Siemion – powiedz dziewczynom, na co mogą w stolicy pójść do teatru, przyjechały, chciałyby się wybrać, a przecież ty się na tym znasz lepiej ode mnie. – Na „Historyję o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskim” Mikołaja z Wilkowiecka w Dramatycznym w reżyserii Piotra Cieplaka, przedstawienie zupełnie odmienne od legendarnej inscenizacji Dejmka, ale warte obejrzenia – odpowiadam wywołany do tablicy. A one w śmiech. Siemion też. – Coś pomyliłem? – pytam zaniepokojony. – Nie, nie Tomi – odpowiada Siemion, poleciłem im ten sam spektakl, to znaczy, że nie jest ze mną tak źle.
Przytoczyłem tę opowieść na świadectwo, że rzeczywiście „Historyja” – przynajmniej wśród maniaków teatralnych – wywarła naprawdę silne wrażenie i od tej pory jęli jego twórczość bacznie obserwować.
Także bogaty w twórcze odkrycia nurt inscenizacyjnie nęcących, a czasem celowo ascetycznych, oszczędnych w środki wyrazu przedstawień dla dzieci. Ma ich Piotr Cieplak w swoim dorobku wiele jak choćby zrealizowany przed laty cudowny spektakl na podstawie Kubusia Puchatka w warszawskim Teatrze Studio. Jego inscenizacja nie miała nic z infantylizmu czy też próby naśladowania przez dorosłych teatru kukiełkowego.
Wprawdzie u Milne’a Kubuś i jego przyjaciele to zabawki, ale tylko zewnętrznie. Cieplak przyoblekł te postaci w sceniczny kształt, kierując się duchem opowieści, a nie sugestywnymi rysunkami Ernesta Sheparda. O „zabawkowatości” bohaterów przypominają tylko wielkich rozmiarów meble – ogromniaste fotele z czeluściami wnęk, potężna komoda z przepastnymi szufladami, którą Kubuś zdobywa niczym doświadczony alpinista.
Kubuś (Maria Peszek) zwracał uwagę swymi za dużymi spodniami, misiowatymi ruchami i lirycznym, naiwnym wejrzeniem. Prosiaczek (Edyta Jungowska) łatwo się płoszył, niezdecydowany, co robić w trudnych sytuacjach. Sowa Przemądrzała (Irena Jun) poważnymi minami dawała do zrozumienia, jaka jest mądra. Królik (Andrzej Masztalerz) poklepywał nerwowo rękami, aspirując nie tylko do intelektualnego przywództwa, a sfora jego Krewnych i Znajomych przemykała przez scenę i widownię, naśladując swego wuja. Kłapouchy (Stanisław Brudny), w siatce na głowie, udawał mizantropa, zamykał się w swojej jamie i cierpiał, że nie jest kochany. Tygrys (Rafał Maćkowiak), chłopak w skórzanej marynarce z ćwiekami, wprowadzał odrobinę szaleństwa na scenę. Tacy byli bohaterowie ze Stumilowego Lasu, czyli my sami w różnych sytuacjach, radośni i smutni, ospali i rezolutni, rozczarowani i pełni nadziei, w spektaklu sprzed ponad dwudziestu lat (1999). Cieplak oprowadzał nas po kraju dzieciństwa, a jednocześnie sugerował, że ta kraina nadal w nas istnieje, że wystarczy tylko chcieć, aby się odezwało w nas jej echo.
W podobnym duchu przemawiała do wyobraźni jego inscenizacja Opowiadań dla dzieci (2008) – Cieplak sięgnął wówczas po pełne uroku, mądre opowieści Isaaka Singera, który snując proste historyjki, inkrustował je głębokimi refleksjami o życiu, o tym, co najważniejsze dla człowieka. Przewodnikiem po tym świecie fantazji i nostalgicznego wspomnienia z żydowsko-polskich miasteczek, których już nie ma, uczynił Cieplak zdziwaczałego profesora Szmiela z Nowego Jorku, niedorajdę, jak sam o sobie mówi, roztrzepanego myśliciela, którego łatwo okpić, ale który paradoksalnie podporządkowuje swojej wyobraźni otoczenie. Krzysztof Wakuliński po mistrzowsku prowadził tę delikatną rolę, w której łączył obowiązki przewodnika duchowego i komentatora z bezbronnością chłopca, oglądającego świat z zachwytem. I ten zachwyt się udzielał. Zwłaszcza że reżyser ze scenografem Andrzejem Witkowskim wyczarował fantasmagoryjny świat, w którym ożywają zabawki, wracają obrazy z przeszłości, a nawet Niebo i Księżyc ukazują się w całej okazałości, nie wspominając o Arce, pojawiającej się w formie potężnego transatlantyckiego statku.
W zachwyt wprawiał reżyser dzieci i starszych swym kolejnym spektaklem „dziecięcym” w Teatrze Narodowym, legendarną Królową Śniegu Andersena (2015). Wielka scena Narodowego domaga się wielkiej inscenizacji – i tak było tym razem: widać tu całe osiedle mieszkaniowe, barwny ogród warzywny, pałac książęcy, paradne karoce, a na koniec zimne piękno krainy Królowej Śniegu. Ale za sprawą fantazji inscenizatora, zachwycającej scenografii i porywających scen zbiorowych było i piękno gorące. W sercach bohaterów. Baśń Andersena ożywała z intensywnością, przygotowana z dbałością o każdy szczegół i maestrię wykonania.
Cieplak z równym talentem opowiada baśnie, dysponując znacznie skromniejszymi środkami – dość przypomnieć piękne spektakle Ach, jak cudowna jest Panama czy Lokomotywa (2013) wg Juliana Tuwima w Teatrze Powszechnym. To w tym spektaklu Sławomir Pacek z grającym bączkiem w rękach gramolił się z szuflady, aby z tęsknotą opowiadać o Grzesiu daremnie usiłującym donieść worek piasku. Rzecz toczyła się u stóp toaletki, z lewej strony widać było końcówkę mopa, w tyle sceny gniazdko i wtyczkę. Ktoś wypoczywał na szczotce do włosów, ktoś inny wychylał się z szuflady.
Zapewne spektakle tworzone z myślą o najmłodszym widzu sprzyjały krystalizacji autorskiego teatru Cieplaka. Bo obok wielu spektakli tradycyjnie dramatycznych (jak choćby nieodparcie zabawne Wesołe kumoszki z Windsoru czy Król Lear w warszawskim Teatrze Powszechnym albo Narty Ojca Świętego w Narodowym), zrealizowanych wedle gotowych tekstów dramatycznych, od lat pojawiał się w jego twórczości nurt inscenizacji autorskich, opartych na własnych poszukiwaniach, montażu tekstów i obrazów wraz ze współpracującym z nim scenografem Andrzejem Witkowskim. Rodziły się w ten sposób spektakle poetyckie, trochę enigmatyczne, niedopowiedziane, ale niepokojące i z wyraźnie własnym znakiem rozpoznawczym – niespiesznym rytmem, nawiązaniami do wielkiej literatury, wątków biblijnych, a jednocześnie silnie związane ze współczesnością. Twórcy nie chodziło o dawanie gotowych odpowiedzi czy recept, ale pobudzanie emocji i intelektualnych skojarzeń.
Taki był spektakl Nieskończona historia. Oratorium na 30 postaci, chór(gr. choros, łac. chorus), zespół osób wypowiadających ... More, orkiestrę i sukę Azę w Teatrze Powszechnym (2012). Metafora jasna jak słońce i już nieraz eksploatowana na różne sposoby (sam Cieplak przed laty stworzył spektakl o kamienicy, Taka ballada w Teatrze Studio, 1999) tu jednak brzmiała odkrywczo – kamienica, dom zamieszkany przez rozmaitych ludzi, stał się znakiem wspólnoty, a jakiej, to już zależy od patrzącego, czytającego i słuchającego. Spektakl Piotra Cieplaka, oparty na oratorium Artura Pałygi z muzyką Jana Duszyńskiego, zachwycał dyscypliną formalną i kryształową czystością tonu. Snute były tu zwykłe, codzienne opowieści, utkane z drobiazgów, przyzwyczajeń, rutynowych czynności, nieporozumień, nawyków – doskonale podpatrzonych i wkomponowanych w ten poemat o życiu i śmierci. Dźwięczały w nim zwykle niedostrzegana poezja, dziwne piękno, wyrafinowany humor, nawet jeśli nie brakowało sytuacji niezbyt przyjemnych dla bohaterów. Rzecz w tym jednak, że ani spektakl, ani sztuka nie miały na celu nikogo wyśmiewać, pouczać, tylko komentowały codzienność, w jej zwykłości odkrywając tajemne przejścia do spraw ogólnych, metafizycznych – tak jak w porywającej sekwencji, kiedy Cezary Kosiński cytował fragmenty eposu o Gilgameszu.
Zbliżoną metodę wykorzystał Cieplak w Elementarzu w Teatrze Narodowym. Tym razem jednak sam zamówił tekst u poetki Barbary Klickiej, podejmując się jego sprawdzenia na scenie. Przystępując do pracy miał dopiero wstępny pomysł – zarys, chodziło o sięgnięcie do książki pierwszej, czyli Elementarza jako bramy pamięci: miał to być świat porządkowany regułami elementarza Mariana Falskiego.
Razem z Alą (fascynująca Edyta Olszówka) przechodziliśmy kurs wedle abecadła, od litery „a” do „zet”, tyle tylko, że nie było tablicy, ale Falski w dwuosobowym wcieleniu pilnował postępów edukacji (Monika Dryl, Bartłomiej Bobrowski) bez kredy ani pisaniny w dość złudnym a słodkim przekonaniu, że to on/oni kształtują zdarzenia i osobowość Ali.
Wszystko odbywało się w uruchomionej pamięci od pierwszego zdania jak latarnia: „Ala ma kota”. Ale o kocie… później – jak zastrzegała się Ala. Zaraz okaże się, że ta Ala Alicją z Krainy Czarów jest podszyta, że elementarny świat abecadła przenika surrealistycznie splątany świat wyobraźni absurdalnej, a gry językowe wprowadzają bohaterkę i widzów w niejedną pułapkę. Prostotę wypierało więc formalne wyrafinowanie, poetyka snu.
Recenzenci toczyli spór o ten spektakl. Jedni gotowi uważać go za gorący politycznie manifest, inni za skargę liberała, jeszcze inni za niejasne do końca marzycielstwo. Jest tak, jak się państwu zdaje, jak sugerował Pirandello. Chociaż warto pamiętać, że cytuje się w spektaklu słowa Bertolta Brechta(1898-1956) niemiecki poeta, prozaik, dramaturg i inscenizat... More: „Co to za czasy, kiedy rozmowa o drzewach jest prawie zbrodnią” (tłum. Adam Kopacki).
Elementarz to jednak przede wszystkim spektakl poetycki powstały na Wyspie Cieplak. Można się poddać aurze tej opowieści, toczonym zaciekle grom językowym i muzycznym improwizacjom (świetnie sekwencje Jakuba Gawlika, Pawła Paprockiego i Marcina Przybylskiego, grane na żywo w koncertowej muszli jak w dawnej letniskowej rewii) albo pozostać obojętnym na urodę widowiska. Jednak kiedy Chór Abecadła wykonuje kantatę złożoną ze słów nikczemnych, wulgarnych, nieustannie słyszanych w przestrzeni publicznej, trudno słuchać tego z obojętnym dystansem. To dramatyczna kulminacja opowieści o języku, który wypadł z formy i popadł w niewolę hejtu. Publiczność wysłuchując tych wyzwisk, zamierała w milczeniu.
Natychmiast po Elementarzu Cieplak zmienia tonację i sięga po Ułanów Jarosława Marka Rymkiewicza. Przezabawna to komedia, napisana w czasach, kiedy Rymkiewicz był zgoła kimś innym. Wtedy nikogo nie chciał wieszać (choć siekanie armatniego mięsa już go bawiło), ale niczym gorszyciel Gombrowicz parodiował polskie ciągoty do szabelki i konika, prześmiewał się z romantycznych mitów, wzniosłości i czającej się za tym wszystkim impotencji. I tej metaforycznej, czyli niezdolności do kreacyjnego działania, i tej dosłownej, prokreacyjnej. O tym poniekąd są Ułani – bo panna nie może znaleźć wśród Polaków wojaków, ułanów nikogo, kto sprostałby ojcostwu. Wprawdzie ordynans może zrobić swoje, ale na ojca się nadaje i po pomoc trzeba iść do obcych, do austriackiego Feldmarszała. Tak przynajmniej postanawia Książę-Widmo za aprobatą Ciotuni.
Rzecz została napisana kunsztownym wierszem, w zdyscyplinowanym rytmie, inkrustowana niepoliczonymi cytatami z romantyków i nie tylko, bo prawdziwą perłą okazuje się cytat z Tuwimowskiej Lokomotywy. Cytat to zresztą o wiele dłuższy na scenie niż w tekście sztuki ze zrozumiałych względów – to autocytat ze spektaklu Lokomotywa Piotra Cieplaka, w którym także Mariusz Benoit błyszczał jako niezrównany interpretator tego błyskotliwego wiersza Juliana Tuwima.
Spektakl dosłownie błyszczał aktorskimi fajerwerkami – w roli dziewicy podbijała wdziękiem i przebojowością Dominika Kuźniak, jako Ciotunia przypominała dawne swoje komediowe kreacje Anna Seniuk, wzbogacając je nowym akcentem doświadczenia i delikatnego dystansu, rozochocony erotycznie Feldmarszał Jerzego Radziwiłowicza tryskał energią, Książę Mariusza Benoit celowo ociekał przyciężkawym dostojeństwem, a Major Piotra Grabowskiego okazywał się uszykowany na szlachciurę z dawnej gawędy. Był jeszcze przekomiczny jurny Ordynans Arkadiusza Janiczka, który imitując wsiadanie na konia budził prawdziwy entuzjazm publiczności i najmłodszy w tym gronie Hubert Paszkiewicz jako Lubomir, porucznik ułanów, o wyraźnie odmiennych niżby oczekiwano preferencjach seksualnych (Rymkiewicz ośmielił się na taki gender pół wieku temu!) oraz dwie panny pokojowe, Ania Pauliny Korthals i Frania Anny Ułas chętne do uciech gdzie popadnie.
Zabawa była przednia dodatkowo za sprawą dowcipnie zaaranżowanego we foyer i na scenie przy Wierzbowej Muzeum Wszech-Ułaństwa Polskiego i prawdziwego domowego bigosu, który jest serwowany podczas pierwszej przerwy. Zabawa zabawą, ale to nie tylko o klekot bocianów i selfie z ułańskim czakiem idzie. Gdzieś na spodzie igrał z nami Cieplak, zadając pytanie: A co, pozbyliście się tej ułańskiej fantazji, tego durnego samochwalstwa i mocno zalatującej naftaliną tężyzny? Już bezmyślnie nie swawolicie? Jesteście pewni?
Po tym swobodniejszym epizodzie – zgodnie ze swoim rytmem odmiany form i nastrojów – Cieplak sięgnął po mroczny dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More Büchnera „Woyzeck”. Powstał niezwykły, poetycki spektakl. Aż wierzyć się nie chce, że historii tak tragicznej Piotr Cieplak nadał formę przypowieści o daremnych ludzkich marzeniach. Baśniową atmosferę wprowadził fragmentami ze Szczęśliwej rodziny Andersena, rezonującej z nieukończonym dramatem(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More Büchnera. Baśń o rodzinie ślimaków to nieledwie subtelna i okrutna zarazem dobranocka, którą przez cały spektakl (z przerwami) opowiada Babcia (Sławomira Łozińska). Ślimaki królują w gęstwinie łopianów, wciąż marząc, że pewnego dnia zostaną ugotowane i podane na srebrnym półmisku w pobliskim dworze. Ale dwór popadł w ruinę i marzenie staje się równie nierealne, jak sen Woyzecka (Cezary Kosiński) o okruchu szczęścia. Tak więc bolesne doświadczenia bohatera, biednego niczym mysz kościelna żołnierza, ciułającego grosze na przeżycie jego kobiety i dziecka, nasączone zostały perspektywą wzniosłego i okrutnego zarazem kresu.
Traktowany jak przedmiot, strofowany przez Kapitana, wykorzystywany jak królik doświadczalny przez Doktora, poniżany przez Tamburmajora, Woyzeck nawet się nie buntuje. Trwa w tym bezwzględnym świecie, uporządkowanym hierarchicznie, zagoniony i pozbawiony nadziei, by tylko raz podjąć bunt. Zdarzy się to wówczas, kiedy zrozumie, że musi uchronić swoją kobietę przed złem świata. Scena, w której dochodzi do mordu, przejdzie do historii teatru polskiego jako najbardziej liryczne zabójstwo z miłości. Tu nie chodzi o zazdrość jak w Otellu czy zemstę jak w Hamlecie. Woyzeck zabija nieledwie tkliwie. Ten mord powtórzony trzykrotnie utrwala się w pamięci widza jak rytuał przezwyciężenia nadciągającej Apokalipsy. Omdlewające ciało ufnej do ostatniej chwili Marii (dojrzała rola Zuzanny Saporznikow, wtedy jeszcze studentki AT) i pożegnalny pocałunek mordercy tchną mimo wszystko liryzmem.
Jest w tym spektaklu wiele innych niezwykłości. Zaciekła musztra pod ręką Tamburmajora (Oskar Hamerski), pyszniącego się swoim ciałem i strojnym umundurowaniem samca. Śpiewane apokaliptyczne proroctwa natchnionego Dziada (Mariusz Benoit). Rozpasany pokaz dziwolągów z trupy wędrownych artystów, przelotna chwila wolności. Lekcja anatomii pedantycznego i niebezpiecznego Doktora (Paweł Paprocki). Niekończące się połajanki Kapitana walczącego z postępującymi trudnościami wymowy (Jerzy Radziwiłowicz), którymi smaga Woyzecka. Rozparty w fotelu fryzjerskim, strzelający do dzikiego ptactwa, wiecznie odęty i zniesmaczony widokiem ludzkiej poczwary, jaką widzi w swoim golarzu. Słowem galeria odrażających monstrów i prześladowców, które ciasnym kołem otaczają zagonionego żołnierza.
Piotr Cieplak działa obrazami i dźwiękami, w ścisłej współpracy z Andrzejem Witkowskim (scenografia) i twórcami muzyki tworząc emocjonalne sceny rozpięte między snem i brutalnością. Morderca Woyzeck w tym świecie sprawia wrażenie kruchej, zaszczutej ofiary.
Na koniec czas na pogodę, czyli Wieczór Trzech Króli albo Co chcecie Williama Szekspira z muzyką Jana Duszyńskiego i scenografią niezawodnego Andrzeja Witkowskiego (2021). Ależ to zachwycający spektakl! Przepełniony muzyką (z aluzjami do standardów, m.in. West Side Story), z płynnymi zmianami planu akcji i nastroju, galerią wyśmienitych kreacji z Wiktorią Gorodecką jako Oliwią na czele (choć wypadałoby się pokłonić całej obsadzie). Ten spektakl budzi żywiołowy śmiech, radość i poczucie przebywania w oazie, do której nie dociera szczęk mieczy wojowników ani różnej maści spraw zatruwających każdy dzień. Tutaj, w bajkowej, musicalowej Ilirii można oddychać pełną piersią (no, wtedy jeszcze w maseczce!) przez ponad trzy godziny bezpiecznie i przyjemnie. Bardziej dramatyczne sceny (np. „dobijanie” Malvolia) i całą sekwencję scen doprowadzających do wyjaśnienia nieporozumień reżyser skreślił, zadowalając się wytworzeniem nastroju święta oddechu z odrobiną melancholii.
Niepospolita tu parada wybitnych osiągnięć aktorskich, Więc najpierw panie – porywająca Wiktoria Gorodeckaja jako Oliwia o zdumiewającej skali głosu, grająca z kipiącą ekspresją divy opery buffo gorączkę ogarniających bohaterkę uczuć. Potem nieco łobuzerska, od pierwszego wejrzenia zakochana w księciu Viola jako domniemany Cesario Michaliny Łabacz, wspaniale liryczna, kiedy dekonspiruje się jako dziewczyna, także wokalnie wyśmienita. Wreszcie zawadiacka Monika Dryl w typowo męskich przebraniach Kapitana i wąsatego Antonia. I Joanna Kwiatkowska-Zduń, urodzona intrygantka Maria w celowo przerysowanej roli. Potem panowie: „Do zjedzenia” Jerzy Radziwiłowicz jako groteskowy Malvolio, serio do granic sensu, uformowany w zdyscyplinowanej manierze intendenta, a potem nieznośnego adoratora rzekomo zakochanej w niej hrabiny. Publiczność doprowadza do łez ze śmiechu. Zblazowany książę Oskara Hamerskiego, najwyraźniej zakochany w swojej roli odrzuconego nieszczęśliwego kochanka. Cudowna para dwóch próżniaków i pijaczynów, krewniaka hrabiny Sir Tobiasza Bartłomieja Bobrowskiego i kandydata do ręki hrabiny, nie bez powodu wątpiącego w swoje zalety Sir Andrzeja Mariusza Benoit. Wreszcie Chór Lowelasów (Jakub Gawlik, Paweł Paprocki, Hubert Paszkiewicz) – wymyślona przez Cieplaka postać zbiorowa, zastępująca m.in. sługę Księcia, malowniczo i dowcipnie podkreślająca ważne momenty akcji. Bliźniaczo podobny Sebastian Henryka Simona, choć całkiem odmienny od bliźniaczki Violi, wprowadzający odrobinę racjonalności do świata wywróconego na opak. I liryczny, mądry Błazen z łagodnym ciepłem i dystansem ukazany przez Cezarego Kosińskiego.
Piotr Cieplak potrafił uruchomić ten wyborny zespół i sprawić, aby przez trzy godziny widzowie mogli sycić się pięknem słowa, muzyki i światła. Prawdziwy odpoczynek od bitewnego kurzu polityki z krztyną nadziei na lepsze czasy. Jubilerska robota.
Tą apologią kunsztu kończę laudację, choć pewnie żal, że nie starczyło miejsca i czasu na przypomnienie innych niezapomnianych dokonań Laureata, by wspomnieć tylko Słomkowy kapelusz, Milczenie o Hiobie czy piękny w swojej kunsztownej prostocie spektakl Utwór sentymentalny na czterech aktorów. Bardzo to różne spektakle, różne nastroje, mnogość pytań, ale zawsze wielka dbałość o detal, o wykończenie szczegółu, o wydobycie aktorskiego kunsztu.
Tomasz Miłkowski
