II Białostockie olśnienia aktorskie

Rafał Górski o swoich teatralnych olśnieniach w kończącym się roku 2020 w Białymstoku:

W minionym roku w białostockim teatrze można było doznać kilku interesujących i niesamowitych aktorskich olśnień. To – z pewnością – aktorzy, którzy wyraźnie zaznaczyli swoją obecność na scenie, obdarowując publiczność energią granych postaci. To do nich – bez wątpienia – należał 2020 rok.

Zacząć należy od aktorki Białostockiego Teatru Lalek, zjawiskowej Izabeli Wilczewskiej, posiadaczki niekłamanego talentu. W spektaklu Marka Zákostelecký’ego „Sen nocy miłości” na podstawie „Snu nocy letniej” Williama Szekspira, jako kochliwa i nieposłuszna Tytania już od początku wzbudza – samym wyglądem – zainteresowanie. I wiadomo, że za aktorką będzie się podążać wzrokiem przez cały spektakl, bo i aktorsko uwodzi, począwszy od feerycznej sceny dialogowej z Michałem Jarmoszukiem. Izabela Wilczewska ubrana jest w efektowny, świecący czarny kostium, imitujący suknię, na głowie nosi piękne uczesanie. Przypomina gigantki światowej opery, Zdzisławę Donat i Dianę Damrau, z ról Królowych Nocy. I chyba sama aktorka w tak cudownej oprawie czuje się dobrze. Jej subtelne jak u damy, a zarazem władcze gesty i pozy, hipnotyzujący ruch, wymowne spojrzenia, ponętna mimika (pełen uroku uśmiech) czy ciepły i bogato brzmiący głos, który pozwala aktorce na imponujące interpretacje w szerokim zakresie (niewymuszone forte, pociągające piano – stosowane adekwatnie do głoszonych treści) – zniewalają widza i wręcz wypełniają salę. Jak na postać fantastyczną przystało – aktorka fenomenalnie okrasza swoją bohaterkę nutą tajemniczości i magicznością, dając złudzenie, że jest się bezpośrednim uczestnikiem tej historii. Poprzez to postać ta idealnie wpisuje się w baśniową estetykę Jedne z najciekawszych scen są te, kiedy Królowa Elfów, pod wpływem podstępnego eliksiru Oberona, zakochuje się w jednym z bohaterów, zamienionym w osła. Wilczewska jest wtedy ujmująca, ukazując żarliwość uczuć czy szał miłości. Roztkliwia natomiast, kiedy zasypia do śpiewów Elfów. A nieoczekiwanym i zaskakującym momentem jest ten, gdy najpiękniejsza ozdoba BTL-u łamie na moment swoją rolę, zrywając na chwilę wierzchni kostium, by wskoczyć na gimnastyczne koło. A efekt jest taki, że na scenie objawia się wedeta z rewii w Las Vegas. Artystka zresztą ma dryg do występów w tego typu widowiskach. Rola Tytanii nie jest może obszerna (stanowi bardziej miłe przerywniki), ale pozwala dostrzec, z jaką artystką ma się do czynienia – bo na Wilczewską powinno się spojrzeć całościowo. Trzeba też wspomnieć, że Izabela Wilczewska zdumiewa swoim przygotowaniem i interpretacją (podobnie jak reszta artystów) podczas czytania (choć to trzeba nazwać czymś więcej niż czytanie) dramatu Dmitrija Bogosławskiego pod tytułem „13 podstawowych zasad koszykówki opracowanych przez Jamesa Naismitha” w ramach solidarności z Białorusią (akcja przygotowana przez Konrada Szczebiota, transmitowana ze sceny białostockiego Teatru Dramatycznego). Dodatkowo – prócz świetnego i świadomego posługiwania się głosem – jest sprawna w śpiewie i wyćwiczona ruchowo, o animowaniu lalkarskim nie wspominając, czego dość często można doświadczać podczas spektakli. Tej wartości artystycznej aktorka nie musi sięgać po nieuzasadnione odstępstwa, zaburzające konstrukcję postaci, by się wyróżnić – wystarczy, że wejdzie na scenę, a talent broni się sam. To świadczy też o szlachetnej cesze odpowiedzialności za pracę zespołową. A gdy wkradają się jakieś potknięcia – w przypadku takich artystek – nie mają większego znaczenia. Ta aktorka jest synonimem pracowitości i zaangażowania (prowadzi wiele aktywności także poza teatrem), a wrażliwość, analityczność i dbałość o mowę wynika – z pewnością – z tego, iż Wilczewska jest także filologiem polskim. Jej uniwersalne emploi pozwala na grę w szerokim repertuarze. Ma wszystkie warunki (tak fizyczne, jak i osobowościowe) do tworzenia wielkich kreacji. Wdzięk promieniujący ze sceny, klasa, uroda i świadome aktorstwo to wyróżnia Izabelę Wilczewską, którą po prostu trzeba zobaczyć i usłyszeć.

Kolejną, zasłużoną aktorką tej samej sceny jest, ostatnio nieczęsto widywana, Iwona Szczęsna. Szersza publiczność może ją pamiętać z roli Joli – córki burmistrza w filmach z serii „U Pana Boga…” w reżyserii Jacka Bromskiego. W „Kaszalocie” Marty Guśniowskiej, z repertuaru dziecięcego – wyreżyserowanym przez Annę Retoruk – wciela się w postać Pchły. Bohaterka dotrzymuje towarzystwa Kaszalotowi w pełnej przygód podróży w poszukiwaniu „swoich” i poznaniu, kim się tak naprawdę jest, a także odnalezieniu drugiej połówki. Szczęsna od początku świetnie konstruuje rolę. Najpierw prezentuje swoją bohaterkę jako obładowaną bagażami, zmanierowaną paniusię, stroniącą od przypadkowo poznanego w pociągu towarzystwa, tym bardziej kontaktu z dżentelmenem. Emocje i nastawienia Pchły do tytułowego bohatera celnie wyraża środkami pozawerbalnymi. Co ważne – „nie zawala” rekwizytami roli, tylko je starannie ogrywa. Niedługo okazuje się, że Pchła jest sympatyczna i gadatliwa, a co za tym idzie – nieco uciążliwa. Najważniejsze w tej roli są dynamika i płynność reakcji na wypowiedzi – zwłaszcza swoje i zmienność zachowania. Dobrym na to przykładem są momenty, kiedy Pchła natychmiast reflektuje się po wygłoszeniu niezbyt stosownych na daną chwile myśli czy po tym, gdy infantylnie ogłasza, że jest głodna. Raz potrafi dosadnie wyrazić swoją opinię, aby momentalnie popaść w zawstydzenie, które pojawia się, odkąd bohaterowie po raz pierwszy nawiązują dialog. Można przekonać się dzięki temu, że i Pchle brakuje kogoś bliskiego u boku, a tytułowy bohater – jak widać przez większość przedstawienia – nie jest jej obojętny. Podróż, jaką odbywa z nowo poznanym przynosi jej szczęście. W finale to właśnie Kaszalot staje się jej wybrankiem serca. Wszystko to, co Iwona Szczęsna ukazuje poprzez swoją grę, jest sprawne i efektowne dzięki temu, że aktorka nie wychodzi poza ramy rygoru rytmu i tempa, tak ważnych elementów w rolach żywiołowych. Dodatkowo akcentuje odpowiednie wyrazy i uroczo zawiesza charakterystyczny głos (przypomina głos Edyty Olszówki), by wydobyć z tekstu to, co ważne. Nie brakuje też świetnego lalkarskiego animowania, chociażby tak zwaną „żywą ręką” i piosenek, który artystka wykonuje z niezwykłą lekkością emisyjną. Swoją rolę Szczęsna dopełnia lekko drygającym ruchem, który w połączeniu z osobowością bohaterki, charakteryzacją i ubiorem (krótka, kręcona blond peruka i różowa sukienka) wzbudza dodatkową śmieszność. Jak dobrze, że najmłodsza publiczność ma szansę obcować z czymś tak dobrym i pięknym. I chodzi tu nie tylko o kreacje tej artystki, ale również o jakość intelektualną oraz artystyczną tekstów Marty Guśniowskiej czy oprawę plastyczną spektaklu i oczywiście pozostałych aktorów. Bez wątpienia, pełna uroku Iwona Szczęsna jest atrakcją tego przedstawienia. Niezwykle świadomie posługuje się techniką i – na szczęście – pokazuje swoje aktorskie atuty. Nie gra Pchły, ona jest po prostu swoją bohaterką – tak miłą w odbiorze. Cóż, dobrze przygotowany aktor, może z rolą robić, co chce. To cecha wielkich. Z taką Pchłą można podróżować bez końca.

Trzecią aktorką BTL-u jest Agata Soboczyńska, która występuje w „Piaskownicy” Michała Walczaka, w reżyserii Mateusza Tymury. Wydawałoby się, że po tym, co już zaprezentował Białostocki Teatr Lalek, nic ciekawego nie może wydarzy się w białostockim teatrze, cierpiącym na deficyt tak zwanego „poważnego repertuaru”. Jednak, znając wcześniejsze dokonania i świetne podejście do aktorów Mateusza Tymury (w ubiegłym roku zachwycił swoim „Wiśniowym sadem”), można było być pewnym, że i tym razem nie zawiedzie. Kiedy Agata Soboczyńska, która jest największym zaskoczeniem tego roku, pojawia się na scenie, momentalnie wzbudza zainteresowanie. Bo wprowadza ze sobą przedziwną aurę tajemniczości i niesamowitej przeszywającej prawdy. Tak pozostaje do końca spektaklu. Jej Miłka jest sympatyczna, ciekawa drugiego człowieka, którym jest poznany w tytułowej piaskownicy Protazek (świetny Błażej Piotrowski). Łaknie zainteresowania z jego strony, stara się nawiązać relację, próbując zagaić rozmowę i dyskretnie zbliżyć się. Choć wyraźnie widać, że jest zagubiona i nie do końca zdecydowana. Boi się go dopuścić do siebie. Ale i Protazek nie ułatwi jej tego, bo żyje w swoim świecie, bawiąc się nieustannie zabawkami w metaforycznej piaskownicy. Bohaterowie często, gdy dialogują, unikają kontaktu wzrokowego, wręcz patrzą w inne strony. Siłowanie się wewnętrzne i skomplikowane relacje między dwojgiem młodych ludzi ukazują – chociażby – sceny, gdy bohaterka stara się dotrzeć (tylko pozornie z łatwością) do bohatera po metalowych konstrukcjach (są znacznie złożone i zniekształcone, by symbolizować trudne relacje), dobrze znanych ze szkolnych czy osiedlowych placów zabaw. A gdy Protazek kolejny raz zaczyna przejmować inicjatywę, Miłka staje się obojętna i zdystansowana jakby nie chciała znów doświadczać zawodu, kiedy nieoczekiwanie chłopak – jak poprzednio – powróciłby do swojego bezpiecznego pancerza. Wygląda na to, iż jest już na innym etapie. W swojej grze Soboczyńska jest naturalna. Nie krzyczy agresywnie, by wydobyć swoje nagromadzone emocje, nie jest też przesadnie dynamiczna. Ma za to wyważone ruchy i kontrolowane poruszanie się, a także oszczędność głośności wypowiadanych kwestii. Zdawałoby się, iż zwłaszcza młoda aktorka, operując takimi środkami, może popaść w sztuczność, jednak Soboczyńska buduje swoją postać nad wyraz wspaniale – wymownie i konsekwentnie. Idealnie ukazuje złudny spokój. Wszystkie emocje i odczucia gromadzi w sobie, słychać to w smutnym, drżącym i poruszającym najczulsze struny tonie głosu. Ma się wrażenie, że Miłka wyczerpana wyniszczającym stanem, w jakim się znajduje, za chwile wybuchnie jak wulkan. Mimika malująca się na twarzy aktorki – szalenie absorbująca. Jest jakby bez życia, chłodna, kamienna, wręcz niepokojąca. Tak bardzo oddająca przeżycia i rozterki wewnętrzne bohaterki – ból, samotność, złość, niezrozumienie, zrezygnowanie. Postać wykreowana przez młodziutką aktorkę (debiutowała w 2018 roku) jest bardzo autentyczna. Porusza, wywołuje refleksje nad samotnością jednostki i skłania do zatrzymania się w codziennym pędzie, by zwrócić uwagę na relacje międzyludzkie, zwłaszcza partnerskie, które coraz częściej nie są proste lub nie ma ich wcale. Agata Soboczyńska prezentuje dojrzałe, świadome i wyważone aktorstwo, choć jest na początku swojej pracy scenicznej. Tym bardziej czeka się z niecierpliwością jej kolejnych – jakże zaskakujących i wyśmienitych – występów. To pocieszające, że Białostocki Teatr Lalek daje możliwość wykazania się młodym aktorom w ambitniejszym repertuarze, gdzie widać rzeczywistą pracę reżysera z aktorem. „Piaskownica” powinna stać się ważnym spektaklem na mapie teatralnej Białegostoku, a rola Miłki nie byłaby tak mocna bez delikatności, wrażliwości i psychologii, jaką nadaje postaci ta aktorka. Kreacje tak bardzo „wcieleniowe”, a także świetne duety jak Soboczyńska – Piotrowski zapamiętywane są na długo i – z czasem – stają się historyczne dla danej sceny.

Nie mogło też tu zabraknąć Marka Tyszkiewicza – artysty Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki. Ostatnio można go podziwiać w znakomitej formie aktorskiej jako Maurycego Stolnika w klasycznej farsie „Pensjonat Pana Bielańskiego” (Herbert Kaluza, Marek Gierszał, na podstawie sztuki „Pension Schöller” Carla Laufsa i Wilhelma Jacoby’ego), którą wyreżyserował Marek Gierszał. Jest to wystawny spektakl, gdzie dekoracje zmieniane są trzykrotnie, a ilość kostiumów sięga około siedemdziesięciu. Chyba w tym przedstawieniu nie można byłoby obsadzić w roli wiodącej kogoś innego niż aktor, który zaznajomiony jest dogłębnie z materią prezentowanego gatunku. Ulubieniec publiczności, kiedy wkracza na sceniczne deski, wnosi ze swoją postacią powiew ożywienia. Jego bohater to ziemianin przybywający do, znajdującego się w zaborze austriackim, Krakowa. Zainspirowany notatką w prasie, pragnie spędzić choć jedną noc w domu wariatów, by móc zaimponować – tym odosobnionym pomysłem – znajomym z prowincji. O swoich marzeniach mówi z wielką pasją jakby obiektem tych wizji było spotkania ze wspaniałą kobietą. Czasem przypomina dziecko, które chciałoby otrzymać jakiś wyśniony prezent. Podczas tej sceny można się już przekonać, że Marek Tyszkiewicz nie raz przyprawi o śmiech. O odpłatną pomoc w realizacji celu prosi Stolnik swojego kuzyna, który –za namową przyjaciela – postanawia zaprowadzić wuja nie do domu wariatów, a do tytułowego pensjonatu (by zdobyć pieniądze, a się nie wysilać). I właśnie tu Stolnik, poznając „zwariowaną” menażerię barwnych mieszkańców, przeżywa niezapomniane zdarzenia, wciąż myśląc, że obcuje z autentycznymi wariatami. W tym nieporozumieniu jest świadkiem i uczestnikiem wielu przedziwnych sytuacji. Przebywający na scenie, prawie przez cały stupięćdziesięciominutowy spektakl, aktor musi wchodzić w interakcję z najróżniejszymi typami postaci, reprezentowanymi przez różnorodnych aktorów. Od amatora i debiutantki poprzez młodych aktorów, a następnie doświadczonych artystów po temperamentne „aktorzyce” w postaci Arlety Godziszewskiej oraz Agnieszki Możejko-Szekowskiej. Chyba sceny z udziałem tych dwóch aktorek najbardziej zapadają w pamięć, bo ich bohaterki przytłaczają i onieśmielają Maurycego Stolnika wielkimi pokładami przerysowanej kobiecej sensualności. Podczas wszystkich tych intensywnych spotkań Marek Tyszkiewicz nie traci zapału i raczy widzów swoim niepohamowanym podekscytowaniem i lekkością w poruszaniu się po scenie, dającemu wrażenie jakby wręcz nad nią fruwa. Z niezwykłą starannością wypełnia rolę cieniowaniem głosu (bardzo plastyczny, świetnie postawiony) czy przyjemnymi dla oka subtelnymi, ale wyrazistymi klasycznymi gestami. Zaś zawstydzenie i skrępowanie ukazuje poprzez kulenie się. Nie braknie też swego rodzaju, jakże bezbłędnych i ujmujących, przerywników, kiedy to zwrócony do publiczności, wygłasza myśli i przeżycia wewnętrzne Maurycego Stolnika. Wtedy najbardziej można dostrzec szczerość i naiwność w jego spojrzeniu, gdzie oczy aktora przedziwnie spoglądają w jeden punkt. Natomiast w ostatniej części spektaklu wyraźnie widać, że w Stolniku zachodzi przemiana i – po niecodziennej wizycie u Bielańskiego – „schodzi na ziemię”. I nie jest już tak pełen entuzjazmem jak wcześniej. A gdy nieoczekiwanie w jego domu pojawiają się po kolei z wizytami owi „wariaci”, zakłopotanemu bohaterowi Tyszkiewicza chce się po prostu pomóc wybrnąć z tej niekomfortowej sytuacji. Aktorowi na pewno nie można odmówić młodzieńczej werwy, o której pisał przed dwoma laty krytyk Jacek Sieradzki słowami: „[Marek Tyszkiewicz] wciąż ma w sobie moc wejścia niczym młodzieniaszek”. Rolę tę buduje z pełną świadomością matematycznej precyzji, co do czasu, rytmu i tempa, bez której farsa nie może się udać. Co ważne rolę komediową „gra na poważnie”, a to jest – jak podkreślali specjalizujący się w tak zwanym „lekkim repertuarze”, wybitni polscy aktorzy – najlepszy przepis na sukces. Marek Tyszkiewicz błyszczy najjaśniejszym blaskiem w swojej wymagającej, popisowej roli na wielkiej scenie „Węgierki”, wzbudzając zachwyt i podziw publiczności. I trudno dziś sobie wyobrazić spektakle bez aktorskiego dowcipu tego artysty.

Rafał Górski

[Na zdj. Izabela Wilczewska jako Tytania – Królowa Elfów, fot. Krzysztof Bieliński/BTL]

Leave a Reply