Tadeusz Łomnicki – Wydobyć prawdę

Minęło ćwierć wieku od śmierci Tadeusza Łomnickiego. Nie sposób zrozumieć, dlaczego do tej pory nie ukazała się w Polsce monografia traktująca o dorobku tego najwybitniejszego polskiego aktora drugiej połowy dwudziestego wieku. Z archiwum przypominamy tekst Tomasza Miłkowskiego sprzed 15 lat, pisany w dziesiątą rocznicę odejścia Artysty.

Nie do wiary, że to już dziesięć lat minęło od chwili, kiedy odszedł na zawsze podczas próby Króla Leara w Teatrze Nowym w Poznaniu [na zdj.]. W Warszawie dla swego Leara nie znalazł miejsca. Nie zobaczyliśmy nigdy tej roli. Pamiętają jej rysunek aktorzy, ale my, widzowie, możemy sobie wyobrażać, jaki byłby Lear Tadeusza Łomnickiego.

Stary żydowski aktor Sager, bohater Stalina Gastona Salvatore, powiada, że każdy starzejący się artysta teatru marzy o zagraniu Leara. Traktuje spotkanie z tą postacią jako test możliwości i podsumowanie drogi twórczej. Tadeusz Łomnicki, który wypowiadał tę kwestię Sagera w telewizyjnej inscenizacji Stalina, bronił się przed określaniem swojej roli Leara jako „sumy artystycznej”.

Z Learem spotkał się Łomnicki wcześniej. Ściślej rzecz biorąc z Lirem Bonda, jedną z głośnych przeróbek Szekspirowskich, powstałą pod przemożnym wpływem Brechta i teatru absurdu. Łomnicki w tym spektaklu nie był, jak u Szekspira, okpionym przez los władcą, ale tyranem, któremu władza wymyka się z rąk i dopiero wówczas zaczyna postrzegać nędzę tego świata. Paradoksalnie, Lir ze sztuki Bonda to postać ulepiona tak, jak zrobiłby to uważny widz Stalina.

Lear Łomnickiego na pewno nie byłby rodem z opery. Ale chyba też nie rodem z Bonda, gdzie najpierw był katem, potem ofiarą, a wreszcie buntownikiem. Może byłby najbliższy Learowi, jakiego gra Sager w sztuce Salvatore. Learowi, który cierpi i poprzez cierpienie dociera do swego człowieczeństwa. To bez wątpienia interpretacja rodem z Becketta, ale Łomnicki po swojej wielkiej przygodzie z Beckettem (Ostatnia taśma Krappa) nie mógł przecież Króla Leara czytać jak melodramatu o starym ojcu wzgardzonym przez niedobre córki. W upadku, poniewierce, skargach i śmierci Leara może odnalazłby odrobinę otuchy. Tak jak w telewizyjnym Stalinie. Grał rolę aktora grającego przed tyranem błazna, który posługuje się tekstem Szekspira, aby wyrazić swój bunt i niezgodę na świat. W tym potrójnym teatrze nadzieję przynosił poniżony Lear. Lear błaznem podszyty.

Mimo że to już dziesięć lat od ostatniej próby Króla Leara z udziałem Tadeusza Łomnickiego, aktor jest nadal obecny w polskim teatrze. Telewizja przypomina jego spektakle i filmy, a w teatrach pojawiają się sztuki, w których kiedyś grał. Zawsze w takich wypadkach pojawia się pytanie-wspomnienie: a jak to grał Łomnicki? Trwa rodzaj pojedynku z cieniem: wielki Łom pozostał miarą, choć nie wszyscy go lubili i cenili za życia. Jak każdy wielki artysta, był skazany na samotność.

Szybko zdobył uznanie – już w parę lat po debiucie jego rolę w Szczęściu Frania Perzyńskiego porównywano do kreacji Jaracza. Paradoksalnie jednak sławę zyskał tytułową rolą w dramacie romantycznym (notabene był to jedyny „romantyk” w jego w karierze), w Kordianie w reżyserii Erwina Axera (1956). Pewnym odblaskiem Kordiana po latach jaśniał Michał w serialu wg Sienkiewiczowskiego Pana Wołodyjowskiego, która przyniosła aktorowi niebywałą popularność. Po latach o sławie i popularności mówił z wielką trafnością, że pierwsza zobowiązuje jak szlachectwo, a druga trąci banałem.

Zwrócił na siebie uwagę niezwykłą umiejętnością przemiany i oddania gwałtownych emocji. Aby przedstawić jakąś postać, wybierał charakterystyczność. Marta Fik z wielką słusznością wskazywała, że nie była to charakterystyczność typu Solskiego czy Świderskiego, aktor bowiem „zachowuje pewien dystans do postaci. Dystans polegający na tym, że przekazuje nie tylko cechy granej postaci, ale i swój doń stosunek”. Jednak tajemnica nowatorskiej charakterystyczności Łomnickiego tkwiła przede wszystkim w prawdzie i technice. Artysta dążył do wyrażenia prawdy postaci za pomocą jednorazowego odkrycia: zachowywał się jak badacz, poszukujący w swoim laboratorium formuły do jednorazowego tylko użytku. Uporczywe dążenie do wynalazków technicznych opłacał niekiedy prawdziwymi cierpieniami fizycznymi. Kto wie, czy odrzucając wszelkie bariery (w tym bariery ograniczeń biologicznych), nie dawał swym postaciom zbyt wiele, a tym samym i widzom zbyt wiele. Tak wiele, że z każdą rolą coś z niego ubywało.

Andrzej Łapicki wspomina, w jaki sposób Łomnicki wyczarowywał Edgara w Play Strindberg Dürrenmatta: „Zademonstrował wtedy niezapomnianą sztuczkę; kiedy Edgar dostaje ataku apoplektycznego, wstrzymywał oddech i czerwieniał, a potem fioletowiał. W końcu wypuszczał powietrze i robił się biały jak papier. Sztuczka ta kosztowała go podwyższenie ciśnienia i kurację. Ale efekt był”.

Takich nieprawdopodobnych efektów opracował Łomnicki dziesiątki, a wszystkie one zaskakiwały i porywały widownię. W Karierze Artura Ui jak szef gangu jarzynowego, nie naśladując Hitlera, stworzył postać rozhisteryzowanego kabotyna rodem z cyrku, który w Epilogu przemieniał się w Tadeusza Łomnickiego, niemal prywatnie komentującego spektakl. Działało to niczym niezapowiedziany grzmot. Jako Łatka w Dożywociu, przebrany nie do poznania, z głosem odmienionym, jakby z trudem odbywanym, budzący odrazę i śmiech, potrafił w jednej chwili ukazać człowieka złamanego. Jako Salieri w Amadeuszu, bez wspomagania charakteryzacji przemieniał się za jednym piruetem ze starca w mężczyznę w sile wieku. W sztuce Tankreda Dorsta Ja, Feuerbach… fruwał. Nie dosłownie, ale takie wywierał wrażenie. Grając aktora wyrzuconego za burtę, który mobilizuje całą swą energię, aby przed reżyserem pokazać swe możliwości, jego Feuerbach przedstawiał świętego Franciszka w rozmowie z ptaszkami. Trzeba pamiętać, że Łomnicki w latach 80. był otyły, o niemal kwadratowej figurze, schorowany, po ciężkiej operacji serca. I oto nagle ulegał przemianie, poruszał się lekko jak piórko, tańczył, wirował, niemal lewitował, jakby sam stał się ptakiem. Efekt był niezwykły: już nie widziało się fizycznych niedoskonałości starego aktora – widziało się cherlawego świętego młodzieńca, który jednoczy się z naturą.

Nie był to jednak efekt działania sił nadprzyrodzonych, ale katorżnicza praca nad techniką, nad warsztatem. Ideę takiej właśnie pracy wpajał Łomnicki swoim uczniom.”Jest coś takiego w pracy aktora – pisał – nad czym nieraz myślę przygotowując rolę. Nazwałbym to mikrodramaturgią samej gry aktorskiej. Jest ona zależna tylko od aktora. Związana z jego warsztatem, z jego techniką, która pozwala mu w sposób sobie właściwy wydobyć z danej roli to, co pozwoli uwierzyć w prawdę takiego rysunku”.

Łatwo powiedzieć, zrobić znacznie trudniej. Łomnicki miał w sobie dość sił, aby nie ustawać w poszukiwaniach i dlatego osiągał tak niezwykłe rezultaty. Okres jego twórczości, od pamiętnej roli Artura Ui, znaczyły już same sukcesy – aktor nie zadowalał się surogatami. Więcej, pracował niekiedy nad rolami, których już nie grał. Tak było na przykład z rolą Prisypkina w Pluskwie Majakowskiego, której premiery nie doczekał Konrad Swinarski – po śmierci reżysera w katastrofie lotniczej aktorzy sami dokończyli spektakl. Po kilkudziesięciu spektaklach dramat zszedł z afisza, ale Łomnicki nadal nad rolą pracował, rozmyślał o niej, szukał nowych rozwiązań.

Myślał także o rolach dla innych. Z tego myślenia narodził się Teatr Na Woli, któremu oddał kilka lat życia i któremu nadał osobiste piętno. To za jego kadencji odbyły się ważne premiery Pierwszego dnia wolności Kruczkowskiego, Galileusza Brechta, Przedstawienia „Hamleta” we wsi Głucha Dolna Brešana, Do piachu Tadeusza Różewicza, Amadeusza Shaffera. Tymi sztukami dyskutował o wolności, o tolerancji, o godności człowieka. Nie zawsze go rozumiano. To była często orka na ugorze.

Wiele pracował z młodzieżą. Nie tylko w teatrze, ale także w szkole – był prorektorem i rektorem warszawskiej szkoły aktorskiej. Przygotowywał z młodymi przedstawienia warsztatowe, uczył zawodu. Był dla nich Mistrzem. Zawsze powtarzał, że teatr wywiera skutki moralne. Brano to czasem za pozę, ale naprawdę tak myślał, podtrzymując swoim aktorstwem i swoją pracą, także reżyserską, godność polskiego teatru. Nawet jeśli błądził, jeśli popełniał pomyłki, czynił to z myślą o teatrze i sztuce aktorskiej. „Czymże bowiem jest teatr – pisał w swojej książce Spotkania teatralne – jeśli nie upoważnieniem danym przez jednych drugim – by stanęli przed nimi i wyrazili to, czego ci pierwsi wyrazić nie potrafią? Niech aktor wypowie to, co przepełnia nam serca, niech wypowie to, czego sami wypowiedzieć nie umiemy, niech nas rozśmieszy lub ośmieli trafnością spostrzeżeń na temat naszego wspólnego życia. Niech nas zdobywa, niech buduje naszą wyobraźnię – o tak, niech buduje naszą wyobraźnię, to chyba największe zadanie, jakie stoi przed współczesnym aktorem”. Że patetycznie? Tak, patetycznie. Tadeusz Łomnicki, objawiając swoje credo, mówił o tym, czym nas tak szczodrze obdarowywał. To on właśnie nas zdobywał, kusił, uwodził, straszył i śmieszył. I budował naszą wyobraźnię.

TOMASZ MIŁKOWSKI

Leave a Reply