Monodram wraca do opowiadania historii, najchętniej do opowieści biograficznych.
Na zwołanych niedawno 40. Toruńskich Spotkaniach Teatrów Jednego Aktora (26-29 marca 2026) w Baju Pomorskim dominował bioteatr, jak nazywa swoje monodramy Agnieszka Przepiórska, która sięga do historii zapomnianych bohaterek. Prawie wszyscy uczestnicy toruńskich historii przypominali takie właśnie historie, przy czym większość oparta była w mniejszym lub większym stopniu na rzeczywistych wydarzeniach.
Toruńskie spotkania to najwytrwalej, bo od pół wieku organizowany przegląd monodramów w Polsce. Niech nikogo nie zmyli kolejny „numer” tych spotkań (czterdziesty) i informacja, że odbywają się od pół wieku – miały bowiem dziesięcioletnią przerwę, po której znowu wróciły do kalendarza wydarzeń teatralnych. Ten powrót zawdzięczają Wiesławowi Gerasowi, który przez ostatnie 20 lat patronował przeglądowi jako dyrektor artystyczny, a na 40. urodziny odznaczony został złotym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis (serdecznie gratulacje!). Bywalcy spotkań zgotowali mu gorącą owację, bo dobrze wiedzą, że to właśnie Geras przed wielu laty jako młodziutki szef toruńskiego klubu Iskra pierwszy w Polsce zapraszał na spotkania twórców spektakli jednoosobowych i z tych nieśmiałych początkowo prób wykluł się najpierw wrocławski przegląd monodramów, a potem ten toruński.
Program festiwalu aż pękał od wydarzeń i może dlatego organizatorzy nie znaleźli czasu na rozmowę o tych 40. już spotkaniach w Toruniu, a szkoda wielka, bo byłoby o czym gadać. Nie starczyło też czasu na promocję książki, którą Baj Pomorski wydał na swoje 80-lecie. Może uda się naprawić ten brak w przyszłym roku.
Najważniejsze i tak były spektakle (i rozmowy po nich), starannie dobrane, wyraźnie akcentujące osobiste historie bohaterek/ bohaterów monodramów. Widać to było nawet w nieudanym spektaklu młodziutkiej Julii Arkiensztejn, jeszcze licealistki, za wcześnie dopuszczonej do udziału w spotkaniach, która najwyraźniej rozminęła się ze swoją bohaterką.
Ale to wypadek przy pracy. Pozostałe 9 monodramów trzymało poziom, wzbudzając niekłamany aplauz widowni. Wspomniałem, że źródłem scenariuszy większości monodramów były rzeczywiste, często zapomniane postacie i wydarzenia. Wprawdzie Ernest Hemingway utrzymywał, że
fikcja bywa prawdziwsza niż życie,
ale podczas spotkań spotkań toruńskich w pełni sprawdziło się to tylko raz. Przemysław Bluszcz otwierający przegląd błyskotliwym „Belfrem”, wywiódł wszystkich w pole, wiarygodnie ukazując historię nauczyciela, który od kat psychicznie poniewierany nie wytrzymał poniżenia i wymordował połowę uczniów maturalnej klasy. Tymczasem historia opowiedziana przez Bluszcza (na podstawie dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More Jean-Pierre Dopoagne’a, w reż. Jacka Bończyka) nie wydarzyła się (na szczęście!) nigdy, choć wpisuje się w budzące trwogę relacje o przemocy i hejcie w szkole.
Inna opowieść, snuta przez Adama Ferencego, „Sprzedawca życzeń”, to kompozycja dramatyczna Jacka Cygana, który połączył dziesiątki charakterystycznych dowcipów żydowskich z opowieścią o samotniku z getta – to zresztą usytuowanie bohatera zasugerował aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More, tworząc aurę przypominającą opowiadania Brunona Schulza. Mimo niemałej energii i humoru przywoływanych przypowieści żydowskich, całość jednak odsłaniała swoje literackie zaplecze – tytułowy sprzedawca życzeń pozostawał do końca w tym spektaklu postacią nierzeczywistą.
Inaczej rzecz się ma z pozostałymi monodramami, które odsłaniały bohaterki i bohaterów w sytuacjach granicznych, przy czym bohaterki najwyraźniej należały do kategorii określanej przez Agnieszkę Przepiórską jako
te, którym należał się głos,
a bywały go pozbawiane. Jadwigę Stańczakową, bohaterkę monodramu „Jadwiga” (tekst Piotra Rowickiego, reż. Anna Gryszkówna) znaliśmy wcześniej jako „niewidomą od Mirona”, która pomagała Mironowi Białoszewskiemu(1922-83), polski poeta, prozaik, a także tłumacz i autor ... More, przepisywała jego wiersze i pozostawała na każde skinienie poety. Choć wcześniej podejmowano próby przywrócenia Stańczakowej prawa do podmiotowości, to dopiero w tym spektaklu poznajemy głębiej jej dokonania, tragiczne doświadczenia i walkę o szczęście.
Równie dobitnie widać to w monodramie Ewy Ziętek (tekst Remigiusza Grzeli, reżyseria Wawrzyńca Kostrzewskiego). „Nieostrość widzenia” wydobywa z zapomnienia postać Zofii Książek-Bregułowej, utalentowanej aktorki, której wróżono wielką przyszłość, Wypadek pozbawił ją wzroku, a mimo to z uporem uprawiała ukochany zawód. Grzela umiejętnie włączył w opowieść o heroicznej aktorce przypadki zawodowe Ewy Ziętek, która przebojem wspięła się jeszcze na studiach na aktorski Parnas. Powstał dzięki temu spektakl gorzko-słodki, grany na szerokiej klawiaturze emocjonalnej.
Do zapomnianych bohaterek należy też Janina Lewandowska, zawołana pilotka, jedyna kobieta uwięziona i zamordowana w Katyniu. Jej życiorys pełen jest punktów niejasnych, które próbowała wypełnić Karolina Sadowska w monodramie „Lot” (reż. Aga Błaszczyk). Spektakl zrealizowany w Olsztyńskim Teatrze Lalek odwołuje się do instrumentarium teatru formy, tworząc iluzje wielu przestrzeni i poetyckich zderzeń – miała w tym swój udział także monstrualnych rozmiarów lalka hybrydowa ucieleśniająca samo zło i sugestywnie ukazany przez aktorkę skok ze spadochronem.
Środkami teatru formy posłużył się debiutujący Miłosz Sadowski, który w swoim dyplomowym spektaklu ukazał
dorastanie do wolności
posługując się oryginalną adaptacją powieści „Gnój” Wojciecha Kuczoka, przygotowaną ze swoim bratem Kornelem Sadowskim (reżyserem i scenarzystą). To opowieść w pół drogi między literaturą a prawdą reportażu. Sadowscy zbudowali na stole miniaturowy teatr, w którym zagrały dziesiątki maleńkich laleczek podglądanych przez kamerkę z obrazem wyświetlanym na ekranie na horyzoncie sceny. Obserwujemy sceny w poniemieckim domu, zaludnianym po wojnie, w którym przemocowy ojciec tresuje swego syna. Aktor stawia pytanie o możliwość przerwania tej dziedziczonej pokoleniami traumy.
Złowrogie oblicze wolności, ignorującej dziejące się zło, i ucieczkę w świat własnych pasji odsłania zatrważająca opowieść Grzegorza Sierzputowskiego osnuta na biografii esesmana-ornitologa z Auschwitz, Günthera Niethammera. Bohater monodramu „Ptaki krzyczą nieustannie” po wojnie wyparł z pamięci oświęcimskie doznania, ale na scenie wraca do lat próby, kiedy granica między dobrem i złem została dotkliwe przekroczona.
Na prawdziwych faktach oparta jest też „Hibernacja” (produkcja Teatru Małego w Tychach) Krystiana Durmana o himalajskiej wyprawie Tomka Mackiewicza, budząca silne emocje wśród entuzjastów wypraw wysokogórskich, choć w istocie jest to rzecz o dążeniu do wolności. Mackiewicz należał do postaci uznawanych za kontrowersyjne, chodził własnymi ścieżkami, nie zawsze w zgodzie z nawykami „zawodowych” himalaistów. Jego zwycięska zimowa wyprawa na szczyt Nanga Parbat (8126 m n.p.m.) zakończyła się tragicznie. Durman odtwarza to przejmująco, a reżyser Beniamin Bukowski (także autor scenariusza) wraz ze scenografem i autorem ilustracji muzycznej tworzą ku temu mocne tło.
Największy entuzjazm widowni wzbudził poruszający intymne struny tożsamości spektakl Łukasza Lewandowskiego (reż. Aldony Figury), monodramatyczna wersja dramatu „Historia Jakuba” Tadeusza Słobodzianka. Po raz pierwszy w historii Spotkań trzy pracujące niezależnie kapituły: Dziennikarzy, ZASP-u i Nagrody im. Antoniego Słocińskiego nagrodziły tego samego aktora.
To opowieść inspirowana doświadczeniami biograficznymi ocalonego z getta, który o swoim pochodzeniu dowiedział się jako człowiek dorosły, co więcej: ksiądz katolicki. Jego walka o prawo wyboru własnej drogi trwa nadal. Echem tej walki jest ten budzący głębokie emocje monodram, wykonany z brawurą przez aktora, który łączy umiejętność powoływania na scenie dziesiątków postaci, nierzadko z akcentem parodystycznym, z budowaniem subtelnego portretu głównego bohatera, dążącego do akceptacji otoczenia.
Toruńskie spotkania nie uciekały od tematów trudnych, od sytuacji granicznych, w których człowiek staje przed pytaniem, kim jest albo kim chciałby być. Te pytania to bodaj główna pokusa, która wciąż nęci aktorki/ aktorów podejmujących przygodę z teatrem jednoosobowym.
Tomasz Miłkowski
