Przejdź do treści
tinder polska

W Teatrze Wybrzeże gęsto od nowości

W Teatrze Wybrzeże kilka nowych spektakli budzi żywe emocje. Zacznę od ostatniej premiery.

Iwona księżniczka Burgunda” w reżyserii Adama Orzechowskiego

Gombrowicz niezbyt często gościł na scenie Teatru Wybrzeże, tym bardziej na ten spektakl publiczność miała apetyt. „Iwonę księżniczkę Burgunda” przed czterdziestoma siedmioma laty reżyserował Ryszard Major, który trzykrotnie w naszym teatrze mierzył się z różnymi tekstami Gombrowicza.

Reżyserem aktualnej wersji ” Iwony…” jest dyrektor Adam Orzechowski, którego największym osiągnięciem ostatnich lat był potężny remont teatru. Duża scena imponuje supernowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi. Sztukę Gombrowicza oglądamy początkowo na foyer głównego budynku teatru. Po dłuższym „wstępie” reżyser prowadzi widzów na jedną z mniejszych scen – do Starej Apteki. Szambelan, król Ignacy, królowa Małgorzata, książę Filip i część gombrowiczowskiego dworu: Iza, Cyryl i Cyprian właśnie na foyer rozpoczynają szaloną zabawę z publicznością. Na balu bliżej nieokreślonej monarchii główną rolę odgrywa kwintet – cztery dęciaki i perkusja z wpadającą w ucho rytmiczną, swingującą frazą dostosowaną do klimatu gombrowiczowskiego tekstu. Muzyka Marcina Nenko nawiązuję do tradycyjnych brzmień muzyki rozrywkowej i grana jest na żywo w tym spektaklu. To ona wyznacza rytm i formę przedstawienia, czasami w nadmiarze i ze zbyteczną siłą, choć trzeba przyznać, że piątka muzyków ma świetną instrumentalną formę.

Adam Orzechowski w tym spektaklu jest wierny tekstowi Gombrowicza. Zachowuje sarkazm, groteskę i ironię, zredukował jedynie, z korzyścią dla tempa przedstawienia, liczbę postaci drugoplanowych, a wprowadził wątek balu, który na początku spektaklu jest szaloną zabawą, a na końcu – stypą z tańcami. Obowiązkowe klękanie widzów razem z aktorami, by wyrażać szacunek i hołd, to element dodatkowej teatralizacji i swoistej gombrowiczowskiej gry z publicznością. Balujący aktorzy są uwodzicielscy i pełni energii. Tylko Szambelan pokrzykuje niczym ekonom na dworze, a nie dyrygent wydarzenia. Publiczność powoli zajmuje miejsca na widowni, na której przycupnęła Iwona (Magdalena Gorzelańczyk) wraz ze swoim pierwszym wybrankiem, mało wyrazistym Inocentym (Jakub Nasiadek). Dwór cały czas pląsa, choć wyraźnie jest coraz bardziej zmęczony i spocony. Z roztańczonego gremium tylko królowa Małgorzata (Katarzyna Kazimierczak) zachowuje świeżą twarz. Upojony tańcem książę Filip (Robert Ciszewski) rozpoczyna flirt z siedzącą na widowni Iwoną, której początkowo nie dostrzega publiczność.

Iwona jest sparaliżowana „duserami”, którymi obdarza ją Filip i jego dworscy kompani. Upokarzają ją również pozostali członkowie dworu, bo przecież mają władzę i mogą bezkarnie ranić i obrażać tę odmienną, nieprzystosowaną i przypadkowo wybraną dziewczynę. Jej przerażone milczenie podjudza atakujących. Linczowana słowami Iwona wybucha tylko raz.

Zaskoczeniem jest wyjście z cienia Iwony w ostatnich scenach spektaklu. Jej transowy taniec rytmizowany muzyką zadziwia, ale nie porusza. Nieszczęsne karasiowe ości, które mają ją uśmiercić, powodują wręcz fizyczny bunt Iwony. Zrywa ona ciężkie kotary – symbol dworskiej władzy i przepychu, odsłania mur, przez który jednak nie może się wydostać. Jest więc ostatecznie osaczona. Winni są temu „stanowi rzeczy” wszyscy, także ci, którzy siedzieli razem z Iwoną na widowni i nie próbowali jej pomóc. Winny jest oczywiście król Ignacy, władca niezbyt lotny, z paskudnymi grzechami z przeszłości (w tej męczącej roli bez specjalnych uniesień Grzegorz Gzyl) i naiwna królowa Małgorzata zakochana obsesyjnie w swoich grafomańskich wierszykach. No i oczywiście książę Filip, bezpośredni sprawca. Nawet spocony, po szaleńczych tańcach Robert Ciszewski czuje siłę tekstu Gombrowicz i sprawnie w przezroczystej, czarnej koszuli i skórzanych spodniach demonstruje cielesne zaloty. Nieźle też śpiewa przebój Elvisa Presleya. Winni są również jego przyjaciele – dworacy Cyryl (Grzegorz Otrębski) i Cyprian (Piotr Chys) z lubością rozpustni i okrutni wobec Iwony, choć czasami zbyt dosłowni. A Szambelan, którego gra Robert Ninkiewicz, zaskakuje zniuansowaną rolą. Iza, niby dama dworu a właściwie współczesna girls w błyszczącym, obcisłym uniformie (w tej roli Agata Woźnicka) ma tolerować hejtowanie Iwony, ale próbuje jej współczuć, choć jest upokarzana przez rozbestwionego księcia Filipa.

Scenografię i kostiumy przygotowała Magdalena Gajewskiej, z którą Adam Orzechowski pracuje od wielu sezonów. Czerwone ozdobne kotary z imponującymi złotymi frędzlami zasłaniają mur, a kilka rekwizytów: świeczka, fotel, kieliszek dopełniają wystroju dworskiego salonu. Więcej finezji znaleźć można w kostiumach, ale plastyczna oprawa spektaklu nie rzuca na kolana, mimo podjętych prób zmuszania do przyklękania i rozdawania widzom złotych, papierowych koron, które być może miały wpisać publiczność w dworską socjetę i przy okazji obdarzyć odpowiedzialnością za grzechy tych, którzy mają władzę.

Tę „Iwonę…” w Teatrze Wybrzeże warto obejrzeć dla przypomnienia sobie żądła jadu tkwiącego w gombrowiczowskim tekście. A poza tym Rok Gombrowicza zobowiązuje również widzów.

Ciemności kryją ziemię” wyreżyserował w Teatrze Wybrzeże Tomasz Fryzel

Ciemności kryją ziemię lud we śnie leży/ lecz dlaczego śpią ludzie, żaden z nich nie bada. / Przebudzą się bez czucia, jak bez czucia spały? można by zapytać cytatem z „Dziadów”, wszak z tego arcydramatu Jerzy Andrzejewski zaczerpnął tytuł do swej powieści. Na spektaklu w Teatrze Wybrzeże nikt nie śpi, natomiast widownia zastyga dosłownie w dojmującej ciszy, którą kilka razy przerwa lekki, drwiący szmer. Do miasteczka Villa Real w piętnastowiecznej Hiszpanii wjeżdża orszak Milicji Chrystusowej, który budzi popłoch. Bo Święta Inkwizycja i jej działania, fanatyzm i terror sieją strach, tak samo jak Tomas de Torquemada – Wielki Inkwizytor. Nie bez powodu dominikanin, brat Diego wyznaje, że gdyby mógł się modlić „za tego człowieka”, prosiłby Boga, aby usnął Torquemada spośród żyjących. Próba zabójstwa Wielkiego Inkwizytora okazuje się nieskuteczna. Inkwizytor Torquemada buntującego się zakonnika wyznacza na swego sekretarza. Diego powoli staje się godnym następcą inkwizytora, niszczy bliskich sobie ludzi. A kiedy zostaje sekretarzem Królewskiej Rady Inkwizycji postanawia nie spełnić prośby umierającego Wielkiego Inkwizytora i nie podpisuje dekretu o rozwiązaniu Świętej Inkwizycji.

Spektakl według prozy Jerzego Andrzejewskiego wyreżyserował w Teatrze Wybrzeże Tomasz Fryzel. Debiutował on przed czterema laty w Teatrze Łaźnia Nowa. Potem w Sopocie na festiwalu Non -Fiction w ramach work in progres pokazał widowisko zatytułowane „Możliwe” we współpracy z Mirą Mańką, z którą również przygotował premierę „Tajemniczego ogrodu” ponownie w Łaźni Nowej. Był również Fryzel asystentem Remigiusza Brzyka („Królestwo”) i Marcina Wierzchowskiego („Nadchodzi chłopiec”) w Starym Teatrze w Krakowie i rezydentem w TR Warszawa. Praca w Teatrze Wybrzeże stała się nowym, ciekawym doświadczeniem młodego reżysera. Gdański spektakl jest powściągliwy, wręcz ascetyczny, bliższy teatrowi rapsodycznemu niż inscenizacjom teatru postdramatycznego. I z taką reżyserską formą widowiska, w którym najważniejsi są aktorzy i wypowiadane treści, dobrze współgra oszczędna, zatopiona w mroku scenografia Anny Oramus, która jest również pomysłodawczynią kostiumów. Niestety, właśnie uwspółcześnione kostiumy wydają się chybionym pomysłem. Broni się ubiór inkwizytora. Ale w tym pustym niemal półmroku toczone są rozmowy, zarówno te najważniejsze, jak i te wyciszane, by przypadkiem w tajemnicy wypowiadane słowa nie trafiły do niepowołanych uszu. Bardzo ważną funkcję pełnią w tym spektaklu dźwięki, które są nie tylko zapisem muzyki Nikodema Dybińskiego, ale również efektowną i znaczącą sferą audio podkreślającą przestrzenny zapis sytuacji – miejsca i czasu. Dziwne zatem szmery, szepty, stukoty znaczą. Niepokój narasta. Aktorzy przemieszczają się po wąskich, labiryntowych przejściach zaznaczonych podestami. Zatrzymują się, kiedy bezpośrednio do nas, uczestników tego ascetycznego misterium, mówią tekst.

Udaną adaptację prozy Andrzejewskiego przygotował Piotr Froń, trzydziestoletni dramaturg, doświadczony już w teatralnych poczynaniach. Publikował w „Dialogu”, startował w konkursach, dotarł do półfinału Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej.

Adam Orzechowski, dyrektor Teatru Wybrzeże przyjął ofertę repertuarową zaproponowana przez młody duet twórców. I okazało się, że Froń i Fryzel potraktowali kultowy tekst Andrzejewskiego (przynajmniej dla mojego pokolenia) z uwagą i szacunkiem. I choć zrezygnowali z kilku ważnych wątków zawartych w powieści „Ciemności kryją ziemię”, to zachowali istotę relacji między Wielkim Inkwizytorem Królestwa Kastylii i Aregonii Tomasem de Torquemada a bratem Diego de Manente. Odtwórcy tych dwóch ról tak naprawdę prowadzą ten spektakl. W roli inkwizytora oglądamy Mirosława Bakę, który z wnikliwą powściągliwością skupił się na tekście i wyartykułował po mistrzowsku to, co u Andrzejewskiego najważniejsze. Pozornie wyciszony, z dystansem, ale pewny swoich racji „kształtuje na swoje podobieństwo” młodego dominikanina Diego de Manente. Inkwizytor Baki jest statyczny, skupiony i skuteczny. Piotr Biedroń jako Diego ciekawie partneruje Bace – początkowo przestraszony i uległy, ale gdy przekonuje się, że może osiągnąć więcej, niszczy przewagę inkwizytora. Inteligentna metamorfoza Baki jest poruszająca w tym spektaklu.

Baka i Biedroń precyzyjnie i starannie przekazują ideę tekstu Andrzejewskiego. Ich narracja w tej „kronice wydarzeń” brzmi przejmująco i wciąga magnetycznie widzów. Perfekcyjnie wydobywają wątki dramatyczne, posługując się wydarzeniami niczym kontrapunktem. Kolejne persony dramatu dobudowują napięcie. Blasco de la Cuesta (ciekawa rola Jarosława Tyrańskiego) jest przerażony zmieniającą się sytuacją, co demonstruje w rozmowie z Torquemdą. Zimny i wycofany Mateo Dara (Maciej Konopiński) zatrzymuje bezwzględnie niezręczną sytuację. Również widoczny i przejmujący jest Carlos de Sigura (Cezary Rybiński).

„Ciemności kryją ziemię” to przejmujący i udany spektakl. Zaufanie reżysera do aktorów zaowocowało ciekawym, artystycznym napięciem, które dobrze rezonuje. Dobrze, że jest w repertuarze Teatru Wybrzeże spektakl podkreślający autentyczną fascynację wagą i znaczeniem wypowiadanych ze sceny słów.

Piękna Zośka” w reżyserii Marcina Wierzchowskiego

Ten spektakl z sukcesami trafia od kilku miesięcy na różne festiwale, bowiem był wydarzeniem sezonu w Teatrze Wybrzeże i został wybrany Spektaklem Roku z okazji międzynarodowego święta teatru. Scenariusz spektaklu „Piękna Zośka” napisali Justyna Bilik i Marcin Wierzchowski, który również wyreżyserował to przedstawienie. „Piękna Zośka” to opowieść o zniewoleniu, przemocy i okrucieństwie, o miłości i nienawiści. W dwudziestoleciu międzywojennym w podkrakowskiej wsi zostaje zamordowana Zofia Paluchowa, piękna chłopka, która była muzą bohemy krakowskiej. Mordercą według wszelkich poszlak jest jej mąż Maciej – szewc i rolnik, który wpierw jest szaleńczo zakochany w pięknej kobiecie, a z czasem zaczyna ją z równie wielką siłą nienawidzić. Maciej nie przyznaje się do winy.

Historia tego ponurego zabójstwa wpisana została w kontekst wojenny i obyczajowy. Spektakl jest gesty od napięć i zwrotów akcji. Bezradność Zośki, jej osamotnienie i niemoc w wyrwaniu się z mężowskiego wiejskiego okrucieństwa, przeplata się z próbą dochodzenia swoich praw przez kobietę zafascynowaną sztuką. Karolina Kowalska, młoda, urodziwa i utalentowana aktorka od dwóch sezonów w zespole Teatru Wybrzeże, która gra piękną Zośkę, jest w tym przedstawieniu wręcz perfekcyjna. Opalizuje jej uroda, ale również z pełną konsekwencją i aktorskim kunsztem różnicuje namiętności, panuje nad ekspresją i emocjami. Nic dziwnego, że również ona zbiera laury za tę rolę. Również Piotr Biedroń jako Maciej Paluch tworzy w tym spektaklu dynamiczną kreację. Pijacka natura Palucha wyzwala zło, mizoginiczne obsesje unieszczęśliwiają piękną żonę, a wojenne wspomnienia pogrążają go w rozpaczy. Piękna Zośka nie umie żyć w zgodnie z wiejskimi kanonami, co wytyka jej matka – Marianna Franczakowa, która z trudem radzi sobie ze skomplikowaną sytuacją w życiu obu córek (drugą gra Katarzyna Dałek). Matkę pięknej Zośki gra Marzena Nieczuja-Urbańska. To jedna z najlepszych ról tej aktorki w ostatnim sezonie. Jej chłopska, szorstka troskliwość jest bezwzględna, potrafi bez namysłu skarcić, ale jest również bezradną i smutną matką, która wie, że jej córki przegrywają życie, a nie umie temu zaradzić.

Gęstość dramaturgiczna spektaklu buduje rangę każdej postaci w tym przedstawieniu. Nie ma w nim osób zbędnych, a spektakl aktorami stoi, a także konsekwentną i mądrą koncepcją pracy reżysera, który dał szansę aktorom na improwizację i interpretację. Mroczną historię opowiada więc Wierzchowski precyzyjnie, z dbałością o każdy szczegół. Ważne są i sceny w sądzie, od których zaczyna się spektakl, jak te późniejsze, pełne dramatycznych napięć w rodzinnej chacie, bowiem dramat osobisty bohaterów ma ogromną moc. Ciekawą scenografię zaproponowała Magdy Muchy w pełni utrzymaną w krakowskim i góralskim kolorycie widowiska, choreografia Anety Jankowskiej bardzo wsparła spektakl (weselny taniec jest mistrzowskim popisem), precyzyjnie punktują sytuacje sceniczne światła Szymona Kluzy, a muzyka Marty Zalewskiej świetnie wtapia się w klimat „Pięknej Zośki” i podkreśla zróżnicowane nastroje spektaklu.

Ten spektakl wędruje teraz po festiwalowych prezentacjach – warto go zobaczyć. Zostanie on również pokazany w Teatrze Telewizji w TVP Kultura, bowiem w kwietniu zrealizowano nagranie tego przedstawienia.

Puste miejsca” – rumuńska psychodrama

„Puste miejsca” w reżyserii Leny Frankiewicz nie ma już mocy wcześniej, opisywanych spektakli. Teoretycznie sztuka Claudii Cedo porusza ważny i głęboko emocjonalny temat cierpień kobiety w zagrożonej ciąży. Sztukę katalońskiej pisarki, psycholożki z wykształcenia, przetłumaczyła z hiszpańskiego Zuzanna Bućko i jest to tekst – w moim odczuciu – dość płaski, w którym autorka sztuki stara się dokonać swoistej katharsis – uwolnienia, odreagowania. Jest to bowiem opowieść osadzona w osobistych dramatycznych przeżyciach, przetwarzająca boleść i traumatyczne doświadczenia. Niestety, takie korzystanie z własnych doświadczeń w pisaniu nie jest jednoznaczne z sukcesem dramaturgicznym.

Historia Julii, kobiety w zagrożonej ciąży, która może spodziewać się śmierci dziecka, obudowana jest w medyczną terminologię. Fachowe opisy nie tworzą jeszcze autentycznych napięć, a co najwyżej technicyzują trudny moralnie wybór. Podjęcie decyzji staje się koszmarem i równocześnie sądem nad własnym sumieniem. Kto jest ważniejszy: matka, która może umrzeć na skutek powikłań czy dziecka, które może urodzić się martwe. Dokonania wyboru, podjęcia decyzji nikt nie ułatwi kobiecie, nawet najbardziej kochający mężczyzna. W tej sztuce Paula gra Piotr Biedroń.

Spektakl rozpoczyna się niczym oswajanie ducha, który powoli acz systematycznie przeczesuje palcami czerwony (krwisty) piasek rozsypany na scenie. Ten motyw powtórzy się w spektaklu kilka razy. Powoli zapełnia się widownia, która powoli poznaje medyczne perypetie ciężarnej Julii. W tej roli Katarzyna Dałek, która stara się jak najlepiej zagrać tę rolę. Jej sumieniem albo alter ego, Julią 2 jest postać przesypująca piasek na początku sztuki, którą gra Dorota Androsz. Obie aktorki w tym spektaklu tworzą dziwny duet. Czy miały ułatwić widzowi zrozumienie swoistego rozdwojenia osobowości (jaźni) bohaterki? Dałek jest Julią w rozpaczy, strachu i bólu, Androsz – Julią podpowiadającą, w działaniu, która wspina się na wyimaginowany szczyt. Autentyczne akrobacje aktorki w scenach na ścianie wspinaczkowej, która stanowi element scenografii, są imponujące. Czy takie połączenie dwóch osobowości daje szansę przekraczania jakiś granic albo pomoże w podjęciu trudnej decyzji?

Cierpiącą i zagrożoną nieszczęściem Julię wspiera właśnie Paul. Ale czy ją rozumie? W tej sztuce wydaje się dość bezradnym pocieszycielem. Jest to rola powierzchownie nakreślonym przez pisarkę i reżyserkę. Paul uczestniczy w procedurach medycznych, jest przy badaniach USG, ale nie umie zmniejszyć bólu i rozpaczy Julii

Pozostałe postacie dramatu odgrywają kilka ról w tej teatralizacji. Personel medyczny przypomina sztuczne postacie z komiksów, które z „troską” pochylają się nad cierpiącą kobietą. To „odgrywanie” świata medycznego ma w sobie zakodowany fałsz. Reżyserka Lena Frankiewicz jako rodzaj ucieczki od dramatu proponuje „wizję szczęśliwą” na wyspie rodem z kiczowatego teledysku. Postacie dramatu wpadają nagle w rytualny trans na jakiejś plaży, w takt rozpoznawalnej anglosaskiej muzyki. Szaleje oczywiście nieszczęsna Julia z Paulem, szaleje też matka Julii i nawet „przeistoczony” personel szpitalny, bowiem w tym przedstawieniu drugoplanowi bohaterowie dramatu grają kilka ról. Wiją się więc zbiorowo w jakimś rytualnym tańcu. Czy taka ucieczka „na chwilę” pomoże wyrwać się ze świata koszmaru? Wątpię.

Finałem przedstawienia reżyserka „kupuje” sobie publiczność, obdarzając widzów dodatkowymi emocjami. Wyświetlany Na ścianie wyświetlony zostaje końcowy tekst sztuki. Widzowie czytają go w skupieniu i ponoć ze łzami w oczach. Następuje uspokojenie po przebodźcowaniu. Dla mnie w spektaklu „Puste miejsce” za dużo jest psychologii i medycyny, a za mało literatury. Za dużo też reżyserskich udziwnień i pomysłów na wyrost, żeby się działo, a za mało, jeżeli już taki tekst bierze się na warsztat, różnorodnie i wszechstronnie zinterpretowanego studium przypadku.

Alina Kietrys

[Zdjęcia – mat. Teatru Wybrzeże]

Leave a Reply