6 kwietnia 2024 w Domu Artystów Weteranów Scen Polskich w Skolimowie zmarła ZOFIA KUCÓWNA. Miała 90 lat.
Wybitną aktorkę wspominamy esejem Łukasza Maciejewskiego z jego książki „Aktorki. Spotkania” (2012):
LEPSZA STRONA WIOSNY
ZOFIA KUCÓWNA
Czas znowu mi się zatrzymał. Przygotowując się do napisania portretu Zofii Kucówny, ponownie przeczytałem jej debiutancką książkę, „Zatrzymać czas”. Odkurzyłem wspomnienia.
Zastanawiałem się nawet, czy mam jeszcze ten tom na półce? Tyle lat w końcu minęło, za mną tak wiele różnych – lepszych, gorszych – chwil i lektur. A jednak proza Kucówny była tam gdzie zawsze. Na górnym regale. Zatrzymał się czas.
Otwierałem „Zatrzymać czas” nieśmiało, niemal ze strachem, bo przecież coś się definitywnie skończyło. Czternastolatek, który na początku lat 90. ubiegłego wieku, zaczytywał się we wspomnieniach Zofii Kucówny, już nie istnieje. Trochę się postarzał, trochę posmutniał, odrobinę posiwiał.
Książka też jak gdyby posiwiała: pożółkła i wypłowiała. Tyle lat stała samotnie na półce, niewyciągana, nieodkurzana. A przecież od razu, kiedy tylko nadeszła chwila na spisanie rozmowy z Zofią Kucówną, postanowiłem odrestaurować własne wspomnienia, wrócić na nowo do czternastego roku życia.
To musiała być szkoła podstawowa, z perspektywy tarnowskiego marzyciela czytałem o marzeniach znakomitej aktorki, która znała wszystkich, przeżyła wszystko i w tym „wszystkim”, udało się jej opisać coś bardzo ważnego.
Zofia Kucówna, z ewidentnym talentem literackim utrwaliła chwilę, odmalowała momenty w życiu aktora, i szerzej – w życiu artysty, które zazwyczaj mijają niepostrzeżenie, gubią się i zamazują. A potem nie wraca się już nigdy do twarzy, spotkań i wyzwań, które były ważne. Nie wraca się, bo jest już za późno, a historie realne albo weszły w krąg ulubionej aktorskiej anegdoty, albo zniknęły zupełnie.
Tymczasem chyba tylko jedynej Zofii Kucównie udało się w tej pięknej książce bezinteresownie pochylić nad mijającym czasem, zatrzymać bieg.
To historia prywatna aktorki, której towarzyszą historie publiczne – polskie dole i niedole, kompleksy i feerie entuzjazmu. Ale w przeciwieństwie do licznych aktorskich memuarów, w których narracyjna obudowa służyła w istocie wyłącznie jako sceniczny makijaż utrwalający egocentryczne „ja”, Kucówna odmalowała przede wszystkim rozproszoną, niezwykle interesującą rzeczywistość, której była składową – częścią całości: ani najważniejszą, ani najpiękniejszą.
„Zatrzymać czas” to był (i jest) bezwiedny portret drugiej połowy dwudziestego wieku zarejestrowany przez czujnego i czułego obserwatora, który pisząc o sobie – przyjaźniach, miłościach, rolach scenicznych i życiowych – zauważał więcej. Dostrzegał horyzont innych twarzy, predylekcji i uczuć.
„Byle do wiosny!” – kończyła swój tom Zofia Kucówna. – „Na wiosnę znów wyruszymy w świat!!”
„Ciągle czekam na wiosnę, ale już bez tamtego optymizmu. W zasadzie nie jestem już aktorką. Czasami bywam.” – mówi dzisiaj.
„Świadomie przeszłam na zawodową emeryturę. Długo dojrzewałam do tej decyzji, nikt mnie nie popędzał, jednak uznałam że nadszedł już czas. Już wystarczy”.
***
„Moje dzieciństwo to obraz ojca, absolutnego autorytetu w niemal każdej dziedzinie, obdarowującego mnie bukiecikami konwalii.
Estetyczne katharsis, kiedy jako panienka obejrzałam album z reprodukcjami Boticellego. Rozpłakałam się wtedy ze szczęścia.
Pierwsze lata w domu, w Komorowie. Przynależność do świata natury, obserwowanie jej zmienności i kruchości tych zmian. Przedwiośnie zbyt szybko zamieniało się w lato, jesień sygnalizowała zimę. Pamiętam uganianie się na bosaka po polach, intensywny zapach kiatów i ziół, poczucie absolutnej wolności i radości życia”.
Przełomowe lata życia spędziła w Krakowie.
„Mam w głowie gotowe tytuły. Jednym z nich jest „Kraków – podarunek od Pana Boga”. I to wszystko niezależnie od czasów, w których znalazłam się w tym mieście.
Tam wszystko wydarzyło się po raz pierwszy. Pierwszy wiersz, pierwsza miłość, pierwsze rozczarowanie”.
„Do Krakowa przyjechałam w 1942 roku. Miasto było wówczas stolicą generalnej guberni, przez Niemców traktowane na specjalnych prawach. Na Wawelu rezydował Frank i było wiadomo, że Kraków jest pod specjalną ochroną.”
„Pomimo okupacji staraliśmy się żyć normalnie. Byłam radosnym, chociaż wstydliwym dzieckiem. Czytałam, haftowałam, szydełkowałam.”
„Po wojnie mieliśmy drugą okupację, tym razem sowiecką, ale pamiętam także zbiorowy entuzjazm. Ludzie wiwatowali na ulicach że Niemcy zostali wreszcie pokonani. Rosjan traktowano jako wybawicieli.
Zapamiętałam scenę, kiedy razem z rodzicami stałam na ulicy Starowiślnej, róg Berka Joselewicza, i oglądałam wjazd czołgów radzieckich od strony Poczty Głównej. Nie było polskich żołnierzy, tylko Rosjanie. Na ich widok ludzie krzyczeli z radości, śpiewali.
Obok mnie stała mama, zerwała z szyi szalik w kartkę, i zaczęła wołać: „Nasi wybawiciele, niech żyją!”, wtedy ojciec rzucił w jej kierunku słowa: „Cicho, głupia”. Zapamiętałam to zdanie, ponieważ nigdy wcześniej nie odnosił się do mamy w taki sposób.”
– Ojciec wiedział?
„Wiedział, był w AK. Służył w Szkole Podchorążych, która przed 1926 rokiem stacjonowała w Łazienkach, ale po przewrocie majowym, kiedy „Podchorążówka”, wierna wojskowej przysiędze, stanęła po stronie Wojciechowskiego, Piłsudski przeniósł Szkołę do Komorowa pod Ostrowią Mazowiecką. Podobno chodziło o zemstę marszałka, ale ojciec miał na ten temat inne zdanie. Twierdził, że w Łazienkach było im po prostu za ciasno, nie mieścili się”.
„Przed 1939 rokiem wojsko należało do najlepszej elity społecznej. Po 1918 roku, włożenie polskiego munduru wojskowego było wielkim honorem. Wszystko zmieniło się dopiero po wojnie”.
„Kończę właśnie książkę zatytułowaną „Szara godzina”, opisuję tam najwcześniejsze lata spędzone w Podchorążówce w Komorowie, ale także dramatyczne karty rodzinnych losów. Uwięzienie ojca, prowokację którą wokół niego stworzono. Czas zamknąć te wszystkie sprawy. Postawić kropkę nad „i”.”
W książce znajdą się również opisy radosnego, sielskiego wręcz dzieciństwa przyszłej aktorki, o których opowiadała mi, żywo gestykulując.
To gotowe filmowe obrazy: Ziemniaki pieczone w wielkim ognisku, ogród z kwietnym poligonem nasturcji; ogromny spichlerz w którym przechowywało się przetwory, suszyło zioła i grzyby, a na Wielkanoc wędziło szynkę. Rozbrajające uśmiechy dziadka i babci Zosi, stale ugniatającej zacierki, a także twarze ciotek, wujków i licznego kuzynostwa. Poziomkowe pola, po którym biegała z bratem. Proustowski raj utraconego dzieciństwa.
„Lata spędzone w Podchorążówce zaszczepiły we mnie przywiązanie do imponderabiliów, patriotyzmu, który jednak nie ma nic wspólnego z nacjonalizmem. Było szaro, ale było także kolorowo”
„Kraków był darem od losu, natomiast ludzie, z którymi się wówczas zetknęłam, stanowili moje prawdziwe uniwersytety.
Przez lata intensywnej zawodowej pracy zebrałam wiele nagród, miałam świetne recenzje, usłyszałam wszystkie odmiany komplementów. To bardzo mnie cieszyło, ale ile tak naprawdę z tego zostało?
Tak szybko zapominamy o zawodowych sukcesach. Nie mają w gruncie rzeczy wartości wymiernej. Dużo ważniejsze było godne przeżycie czasu.”
„Wydawało się, że nie spełniam odpowiednich warunków na aktorkę. Byłam szczupła, wysportowana, chodziłam do liceum plastycznego. Marzyłam raczej o Akademii Sztuk Pięknych. Na Szkołę Teatralną namówiła mnie polonistka.
Tak jest najczęściej: ktoś stojący obok, często nauczyciel, zauważa możliwości czy talent, którego istnienia nawet się nie podejrzewało.
Być może zdarzają się przyszli artyści, którzy wyssali pasję z mlekiem matki i od zawsze chcieli zostać aktorami, malarzami, albo pisarzami, jednak w dziewięćdziesięciu procentach chodzi o przypadkowe, przełomowe spotkania, rozmowy, decyzje”.
„Byłam klasowym lektorem. Miałam dobrą dykcję. Kiedy trzeba było przeczytać coś na głos, zawsze byłam o to proszona.
Moja polonistka, Mieczysława Romankówna, świetny pedagog, najwyraźniej wyczuła we mnie aktorski potencjał. Miała brata aktora, więc temat nie był jej obcy. Namówiła mnie na udział w konkursie recytatorskim. Mówiłam monolog Kordiana na Mont Blanc wystrojona w fartuszek z białym kołnierzykiem. Wygrałam. Startował wtedy ze mną inny licealista, nazywał się Jerzy Grotowski, ale także przyszli aktorzy – Jan Niwiński i Andrzej Gazdeczka.”
„Nadal byłam przekonana, że będę studiowała na ASP, ale pani Mieczysława coraz intensywniej zaczęła mnie namawiać do złożenia papierów również do Szkoły Teatralnej.
Powtarzała że w plastyce prawdopodobnie będę co najwyżej przeciętna, za to w aktorstwie mogę stać się kimś wyjątkowym.
Skontaktowała mnie z bratem, który uczył jak rozumieć poezję. Wciąż jednak nie byłam przekonana, wydawało mi się, że aktorką może być wysoka, pewna siebie dziewczyna w typie Rity Hayworth. W końcu dałam się uprosić. Startowałam zarówno na Akademię Sztuk Pięknych jak i do Szkole Teatralnej. O dziwo, dostałam się w oba miejsca.
Zwyciężyła ciekawość. Po liceum plastycznym mniej więcej czułam, co będzie mnie czekało na Akademii, natomiast Szkoła Teatralna to był wielki, fascynujący znak zapytania.
Poza tym, w PWST było niewielu studentów, to elitarne studia, tymczasem na ASP panował wówczas straszny tłok. Na wieczornych, wspólnych zajęciach z rysunku dla wszystkich roczników, nie wszyscy mieścili się na sali, natomiast w całej Szkole Teatralnej studiowało co najwyżej sześćdziesiąt osób. Ta perspektywa wydawała się ciekawsza”.
„Diametralnie zmieniły się motywacje. Dzisiaj bardzo rzadko ktoś decyduje się zdawać do szkoły teatralnej z nadzieją że po jej ukończeniu będzie spełniał się w teatrze. Podejście jest inne. Chodzi przede wszystkim o rozgłos, popularność, stałą obecność w telewizyjnych shows.”
„My nie braliśmy tego w ogóle pod uwagę. Zresztą, nie było o czym rozmawiać, telewizja jeszcze nie istniała, a kino dopiero się wykluwało. Byliśmy przygotowani że całe życie spędzimy w teatrze. To ostateczny i w zasadzie jedyny cel.
Teatr to misja. Nie brzmiało to wcale ani śmiesznie, ani pretensjonalnie. Chodziło o misję społeczną. Gall czy Osterwa przejęli tę misję po XIX-wiecznych, często anonimowych aktorach, którzy jeździli z przedstawieniami przez trzy zabory, żeby grać w języku polskim.
Zawiązujące i rozwiązujące się trupy wędrowne, krzewiły język polski i polską literaturę tam, gdzie dominowały języki zaborców. Przejęliśmy tę schedę w nieco innym wydaniu. Już nie wędrowne trupy, ale wciąż zawierzenie misji teatru. W Szkole Teatralnej doskonale czułam brzemię i rodzaj posagu, który mi przekazano.”
„Jednak lata studiów wspominam także gorzko. Początek lat pięćdziesiątych, apogeum socrealizmu, wieczna indoktrynacja, ideologowie za trzy grosze. A ja nie miałam najlepszych papierów. Ojciec, AK’owiec, po wojnie siedział w więzieniu, brat nie chciał zapisać się do ZMP, za co nie przyjęto go na studia, wysłano do batalionów pracy, a następnie do kopalni, gdzie stracił zdrowie.
Ja również byłam na cenzurowanym. Trzymałam się z paczką, do której należeli Andrzej Gazdeczka, poznany na licealnych konkursach recytatorskich, oraz Teresa Bielińska. We trójkę łatwiej było to wszystko przetrwać”.
Po ukończeniu PWST, 26 listopada 1955 roku, Kucówna debiutowała w krakowskim Teatrze Młodego Widza w przedstawieniu „Ballady i romanse” według Adama Mickiewicza w reżyserii Haliny Gallowej.
Sławomir Mrożek, wówczas dziennikarz „Dziennika Polskiego”, po jednym z pierwszych spektakli Kucówny w Teatrze Młodego Widza, pisał z entuzjazmem, że aktorka „ma dar wypełniania przestrzeni scenicznej, większej niż zasięg jej gestów i nośność słów”.
Dwa lata później, znalazła się w zespole Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, zagrała m.in. Norę w „Domu lalki” Henryka Ibsena w reżyserii Jerzego Golińskiego.
„Towarzysko Nora była moim przekleństwem. Miałam 25 lat, zagrałam tę rolę niemal z marszu, co wzbudziło złośliwe komentarze w zespole. Nie zostałam zaakceptowana.”
„Dzisiaj aktorzy rozpaczają, kiedy trafią na tak zwaną prowincję. Dla mnie Lublin nie był w żadnym stopniu zsyłką. Wyszedł jakoś naturalnie. Kiedy pojawiłam się w Lublinie, miałam przekonanie, że przyjechałam tutaj na wiele sezonów.
Niestety, po roku, pomimo świetnych recenzji, zostałam wyrzucona. Prawdopodobnie chodziło o sprawy osobiste. Nie odwzajemniałam zalotów kogoś, od kogo bardzo wiele zależało. Szczegóły tamtej historii poznałam dopiero po wielu latach, ale samo doświadczenie zadziałało jak zimny prysznic. Zrozumiałam, że nie wszystko w aktorstwie jest piękne i szlachetne, nie wszyscy koledzy są lojalni i bezinteresowni”.
Od 1959 roku, Kucówna nieprzerwanie związana jest ze scenami warszawskimi. Występowała w Teatrze Powszechnym, „Ateneum”, Narodowym, „Współczesnym”, w Teatrze Małym.
Nie musiała długo czekać na sukces. Zebrała świetne recenzje za rolę Gruszy Wachnadze w „Kaukaskim kredowym kole” Bertolda Brechta(1898-1956) niemiecki poeta, prozaik, dramaturg i inscenizat... More w reżyserii Ireny Babel w Teatrze Powszechnym w 1960 roku, a o tytułowej „Eurydyce” Kucówny ze sztuki Jeana Anouilha w reżyserii Jacka Szczęka zagranej w 1961 roku, wybitny krytyk, Andrzej Hausbrandt, pisał:
„Aktorkę drążyła sprawa, która stanie się świadomą osią jej twórczości: granie zawsze siebie, tyle że w danej, założonej sytuacji”.
„Irena Babel była cudowną osobowością. Poznałyśmy się jeszcze w Krakowie. Przed Hanuszkiewiczem była najważniejszym reżyserem w mojej biografii. Potrafiła pracować z aktorem, znała się na literaturze, inteligentna, z mocnym charakterem”.
Kucówna zagrała w teatrze większość ról z żelaznego literackiego kanonu. Była Panną Młodą w „Weselu” Wyspiańskiego, Sonią w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego, Dianą w „Fantazym” Juliusza Słowackiego, Gertrudą w „Hamlecie” Szekspira, Maszą w „Trzech siostrach” Czechowa(1860-1904), prozaik i dramaturg rosyjski. Pochodził z ubog... More, Żoną w „Nie-Boskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego, Lady Makbet w „Makbecie” Szekspira, Natalią Pietrowną w „Miesiącu na wsi” Turgieniewa, Kazimierą Wąsowską w „Pan Wokulskim” według „Lalki” Bolesława Prusa, Anną Wojnicew w „Płatonowie”, tytułową Fedrą w sztuce Racine’a, Panną Tooth we „Wszystko w ogrodzie” Edwarda Albee’go, oraz Jean Horton w „Kwartecie” Ronalda Harwooda.
Jedną z najważniejszych teatralnych ról w dorobku Kucówny była energiczna, pełna pasji Berta w „Wygnańcach” Jamesa Joyce’a w reżyserii Andrzeja Łapickiego (Teatr Narodowy, 1973). O brawurowo zagranej w 1980 roku komediowej Elwirze w „Seansie” Noela Cowarda, pisano natomiast, że Kucówna potrafi nawet płakać w rytmie melodii Duke’a Ellingtona.
Wybitna historyczka teatru, Marta Fik, pisała w „Trzydziestu pięciu sezonach”:
„Zofia Kucówna łączy niezwykłą prostotę i naturalność z doskonale opanowaną techniką. Jej bohaterki mają w sobie mądrość wynikającą ze zrozumienia wielorakich ludzkich cierpień, mądrość ta nie wywołuje jednak dystansu względem świata, odwrotnie – żywiołowe zaangażowanie w sprawy innych (Grusza w „Kaukaskim kredowym kole”, Sonia w „Zbrodni i karze”). Nie są to postaci zamknięte w sobie (nawet w rolach takich jak Diana w „Fantazym” czy Masza w „Trzech siostrach”), ich konflikty – nawet gdy dotyczą przeżyć Lady Makbet, Gertrudy z „Hamleta” czy Fedry – nie mają w sobie nic patetycznego, a odwrotnie pewną codzienność, która sprawia, iż między Kucówną a widownią zawiązuje się każdorazowo nieczęste w naszym teatrze porozumienie i sympatia”.
Przez całą dekadę lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, nazwisko Kucówny stało się synonimem teatru Adama Hanuszkiewicza.
„Hanuszkiewicz był czystą, niezapisaną kartą, dzięki temu mógł pozwolić sobie na wszystko, nie czuł lęku przed klasykami. Nie skończył studiów, miał kompleks wykształcenia, mówił że zazdrości nam że mogliśmy chodzić na zajęcia, zdawać egzaminy, Adam wszystkie egzaminy zdawał eksternistycznie.
Pochodził z Lwowa, tam nie było konspiracyjnych szkół średnich, gimnazjów, uczył się trochę na tajnych kompletach pod okupacją niemiecką, ale to wszystko było oczywiście na pół gwizdka. Od przypadku do przypadku.
Hanuszkiewicz należał do pokolenia, które szybko musiało dojrzeć. Nie było innego wyjścia. W 1945 roku, całe pokolenie wciąż młodych ludzi musiało natychmiast dorosnąć.
Adam w teatrze znalazł się przez szczęśliwy przypadek, za namową wuja. Był bardzo urodziwy, nadawał się na amanta. Tak się zaczęło.”
„Myślę że to właśnie jego niepełnemu wykształceniu zawdzięczamy, że literaturę czytał bez kompleksów, na świeżo. Jak gdyby po raz pierwszy. Miał odwagę i brawurę, dzięki której zakurzone utwory Słowackiego i innych romantyków brzmiały w teatrze nowatorsko i współcześnie”.
„Ciągle różni ludzie, których lubił i szanował, namawiali go do rozmaitych koniunkturalnych decyzji, ale Adam był inteligentny. Wiedział, w którym momencie trzeba powiedzieć „stop”. Nie cierpiał na amnezję, doskonale pamiętał stalinizm, lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku. Ten wredny, głupi, obrzydliwy czas.
Był jednak przenikliwy, dostrzegał plusy PRL’owskiej rzeczywistości. Natychmiast wyczuł, że socjalistyczny porządek jest wyjątkowo hojny dla kultury, zwłaszcza dla teatru. Jak bardzo by się to niektórym nie podobało, teatr był wówczas pupilem władzy. Sztuka wydawała się elitarna, stanowiła kwiatek do kożucha systemu.
To właśnie w tamtym czasie polski teatr zaistniał na forum europejskim i światowym, w Polsce odbywały się międzynarodowe festiwale, nie szczędzono środków na wyposażenie scen”.
W teatrze Adama Hanuszkiewicza, Kucówna stworzyła najważniejsze kreacje. Grając świętą Joannę w sztuce George’a Bernarda Shawa (1969), maksymalnie ograniczyła patos przypisany tej postaci, zagrała pełną prostoty, współczesną dziewczynę.
Jej Masza w „Trzech siostrach” Czechowa była chyba najdowcipniejszą interpretacją tej postaci we współczesnym teatrze.
Wielkie emocje wzbudziła przechadzająca się wśród prawdziwych chartów i po autentycznym, zielonym trawniku, powabna, tęskniąca za miłością Natalia Pietrowna w „Miesiącu na wsi” Turgieniewa w Teatrze Małym, przez samego Hanuszkiewicza uznawany za jedno z najważniejszych przedstawień w jego karierze.
„Hanuszkiewicz to ważny dla mnie temat. Nie tylko jako mąż, partner, ale także jako reżyser. Byliśmy małżeństwem przez dwadzieścia lat, i na pewno nie były to lata sielankowe, ale miałam szczęście że towarzyszyłam w pełnym rozkwicie talentu Adama.
Próby z Hanuszkiewiczem były doświadczeniem, którego nie mogłabym porównywać z pracą z kimkolwiek innym. To właśnie Adam uświadomił mi, że teatr może być najpiękniejszą przygodą życia. Tak właśnie było. Nie miałam przyjemności w biesiadowaniu, strojeniu się, kokietowaniu – zawsze najważniejszy był teatr.
Kiedy przestałam z nim pracować, pasja zetlała, zaczęło się zarabianie na życie”.
– Przecież grała Pani wciąż w znakomitych przedstawieniach, u świetnych reżyserów.
„Tak, ale to już nie było to. Nudziłam się, często męczyłam. Po latach pracy z Hanuszkiewiczem, trudno było mnie zadowolić.
Dla mnie, aktorki która mimo wszystko często miewała wątpliwości na własny temat, Adam był wymarzonym reżyserem. Miał tak entuzjastyczny stosunek do pracy, że zarażał nim wszystkich.
W zasadzie każda próba nadawała się do pokazania publiczności. To były gotowe przedstawienia. Przy Hanuszkiewiczu nikt nie śmiałby odpuścić sobie czegokolwiek. Pracowaliśmy na sto, na dwieście procent.
Widzowie doceniali nasz wysiłek. Nigdy nie było pustych sal: „Wesele” zagraliśmy pięćset razy, „Hamleta” i „Miesiąc na wsi” trzysta razy, zresztą niemal każdy spektakl miał co najmniej sto wystawień.
Który ambitny teatr może pochwalić się taką akceptacją widowni?”
„Po śmierci Adama Hanuszkiewicza pisano często o bawidamku, playboyu, trzpiocie. Pamiętam go inaczej. W pokoju, w którym teraz rozmawiamy, całymi godzinami pracował nad tekstem sztuk.
O trzeciej, wpół do czwartej rano wciąż paliło się światło. Nie odpuszczał. Tygodniami szperał po materiałach źródłowych, znosił do domu potężne księgi z bibliotek, cały stół był zawsze zastawiony papierzyskami.”
***
W 1975 roku, Kucówna zmierzyła się z monodramem Ireneusza Iredyńskiego. W sztuce „Maria” w reżyserii Hanuszkiewicza była jednocześnie postacią literacką, ale także sobą: Zofią Kucówną, występującą w prywatnym ubraniu, komentującą uwikłanie jednostki w historię.
W TVP Kultura oglądałem niedawno telewizyjny zapis spektaklu z 1980 roku. Kucówna opowiada o listach od tytułowej Marii, kobiety pracującej w poradni antyalkoholowej w małym mieście. Poznajemy jej historię, charakterystyczną dla całego pokolenia Polaków. Gimnazjum, druga wojna światowa, flirt ze „Związkiem Walki Młodych”, zaczadzenie komunizmem, tragiczne konsekwencje donosu na narzeczonego.
Patrzyłem na ten spektakl z rosnącym podziwem. Mała postać wielkiej historii w ujęciu wspaniałej aktorki zyskała rangę uniwersalnego uogólnienia. Maria niejednego miała imię.
Udanym eksperymentem telewizyjnym z udziałem Kucówny był także teatralny serial „Opowieści mojej żony” według opowiadań Mirosława Żuławskiego i w reżyserii Hanuszkiewicza (1972-1973). Podobnie jak w przypadku monodramu „Maria” w Teatrze Narodowym, widzowie utożsamiali bohaterkę opowiadań z aktorką.
To Zofia Kucówna przychodziła do nas na pogawędkę. Opowiadała o bolączkach codzienności, serwowała dobre rady, darowała nam delikatny uśmiech.
Po rezygnacji Hanuszkiewicza z dyrekcji Teatru Narodowego, aktorka trafiła do „Ateneum”, gdzie zagrała m.in Elwirę w „Cydzie” Corneille’a (1985) w reżyserii Hanuszkiewicza. Ostatnim dłuższym zawodowym przystankiem w karierze aktorki był Teatr Współczesny. Grała Myrtle Webb w „Naszym mieście” Thorntona Wildera (1998), Martę Lipkową w „Rozbitym dzbanie” Heinricha Kleista (1992) – oba spektakle w reżyserii Macieja Englerta, była także brawurową Wdową Drugą we „Wdowach” Sławomira Mrożka w reżyserii Erwina Axera(1917-2012), reżyser teatralny, wieloletni dyrektor (a uprz... More (1992), występowała w popularnych widowiskach w rodzaju: „Jak się kochają” Alana Ayckbourne’a (1983) albo „Letycja i Lubczyk” Petera Shaffera (1989), gdzie stworzyła gwiazdorski duet z Mają Komorowską.
Dla przełamania stricte komediowego wizerunku, Zofia Kucówna w 1991 roku przyjęła rolę groteskowej Starej w „Krzesłach” Eugene’a Ionesco w reżyserii Szczepana Szczykno w Teatrze Dramatycznym.
Od końca lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, rozpoczęła się współpraca aktorki z telewizją. Tutaj również najczęściej pracowała z Hanuszkiewiczem, ale występowała również w spektaklach Jerzego Antczaka, Stanisława Wohla, Ewy i Czesława Petelskich, Jerzego Gruzy, Jana Bratkowskiego.
Grała postaci z klasyki dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More (Panna Julia z dramatu Strindberga, Balladyna, Ksantypa), z powodzeniem występowała w widowiskach poetyckich i programach muzycznych, choćby w pamiętnych „Listach śpiewających” Agnieszki Osieckiej w reżyserii Olgi Lipińskiej.
W „Kabarecie Starszych Panów” zaśpiewała jeden z największych szlagierów duetu Wasowski-Przybora: „Kaziu, zakochaj się”.
Osiecka pisała wówczas:
„Objawiła się Kucówna, tak samo wdzięczna, ale w dodatku filuterna i ogromnie „z krwi i kości”.
„Przyjaźniłam się z Osiecką, ale potem coś pękło. Agnieszka była pod tym względem podobna do Hanuszkiewicza. Czarowała ludzi, uwodziła ich, ale potem szybko się nudziła. Adam również nie miał instynktu stadnego. Nie prowadził towarzyskiego stolika kawiarnianego, jak Holoubek czy Konwicki, nie posiadał dworu usankcjonowanych wielbicieli. Hanuszkiewicz – jak Osiecka – nudził się ludźmi. Wysysał z nich to, co było mu potrzebne do pracy, a potem zostawiał, nie pielęgnował, nie podtrzymywał przyjaźni. Był osobny. Może dlatego w gruncie rzeczy zawsze samotny”.
„Lubiłam śpiewać, bardzo. Może robiłabym to częściej, ale nigdy nie potrafiłam skupić się na wielu rzeczach jednocześnie. Urodziłam się w maju, pod znakiem byka. Byki nie mają podobno podzielności uwagi. Jestem potwierdzeniem tej teorii. Przez lata podziwiałam kolegów, którzy rano nagrywali słuchowisko, potem biegli do telewizji, dwie godziny na planie filmowym, wieczorem spektakl. Chyba bym zwariowała. Ja potrafiłam się skupić tylko na jednej rzeczy. Jeżeli próbowałam czegoś nowego w teatrze, a przez lata próbowałam właściwie nieustannie, nie chciałam rozpraszać się na nic innego. Nie potrafiłabym łączyć kilku spraw. Zbyt mocno angażowałam się emocjonalnie w tę pracę.
Poza tym dla mnie teatr to był zawsze rytuał. Przychodziłam wcześnie do garderoby, bardzo wolno wkładałam kostiumy, powtarzałam trudniejsze fragmenty roli. Żadnego pośpiechu, to by mnie zupełnie wytrąciło z równowagi. Smakowanie sensów”.
„Zawsze były chyba dwie Zofie. Pierwsza, otwarta, często radosna, typ społecznicy. Druga, zanurzona w pracę, trochę nieprzystępna, skoncentrowana na roli. Te dwa profile nie wykluczały się nawzajem. Im bliżej były premiery, tym druga Zofia zajmowała miejsce pierwszej. I odwrotnie.”
Teatr i telewizja wypełniały zawodowy kalendarz aktorki bez reszty, niewiele zostało czasu na kino czy seriale. Dlatego filmowy dorobek Zofii Kucówny to zaledwie kilkanaście ról.
Debiutowała wprawdzie wcześnie – w 1957 roku, występując w „Deszczowym żołnierzu” Leonarda Buczkowskiego, ale jej filmowa kariera układała się raczej kapryśnie i bez wielkich sukcesów. Kucówna zagrała w „Wianie” Jana Łomnickiego (1963), w telewizyjnych „Barierach dźwięku” Zbigniewa Kuźmińskiego (1968), czy – po latach – w „Sabinie” Kazimierza Tarnasa (1998), ale omijały ją najważniejsze nazwiska w polskiej kinematografii. Nie występowała w filmach Hasa, Wajdy czy Kieślowskiego, u Zanussiego zagrała jedynie w „Spirali”z 1978 roku.
„Rzeczywiście, kino mnie jakoś ominęło. Kiedy zaczynałam, w polskich filmach obowiązywał typ urody z przedwojennego kina. Wspaniałe aktorki teatralne o odmiennej aparycji, chociażby Irena Eichlerówna, w filmie w zasadzie nie zaistniały. Zdaję sobie też sprawę, że mnie jest trudno oświetlić. Nie mam „filmowej”, fotogenicznej twarzy, dlatego najczęściej proponowano mi do zagrania albo postaci z ludu, albo, za przeproszeniem, k…..
A skoro dokładnie w tym samym czasie miałam szansę mierzyć się w teatrze ze Słowackim, Dostojewskim czy Racine’em, bez żalu darowałam sobie kinowe występy.”
***
Zofia Kucówna grała często kobiety przeciętne, ograniczone w fizyczności, które rozkwitają pod wpływem miłości, lub dramatycznego impulsu. Jednak Kucównie do sztuki transformacji nie były wcale potrzebne skomplikowane zabiegi charakteryzatorskie.
Aktorka przejmuje charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i... More postaci zapisany w dramacie lub w powieści, gesty i nawyki, ale ma przy tym intuicję: wie, że nie wolno przesadzić. Dlatego jej kreacje aktorskie nie mają niczego z ekstatycznych histerii. Kucówna jest artystką na tyle świadomą, że nawet jeżeli jedna z cech granej przez nią postaci ewidentnie góruje nad pozostałymi, to charakter bohatera buduje również za pośrednictwem emocji przeciwstawnych. W ten sposób, grane przez nią gwałtowne bohaterki, często milczą, a sfrustrowane kury domowe nieoczekiwanie uzmysławiają sobie własną wartość. To może największy fenomen jej aktorstwa.
„Grając, czujemy energię widzów. Wiemy bezbłędnie, czy są dobrze, czy źle nastawieni. Jak reagują na przedstawienie. Są poruszeni, czy zniecierpliwieni.
Nie zawsze przecież udaje się zagrać na sto procent. Jesteśmy tylko ludźmi. Bywają przedstawienia, kiedy mamy obniżony nastrój i trudno wykrzesać z siebie tę nieludzką energię wewnętrzną, która pozwala zagarnąć widzów dla naszej sprawy. Wtedy jesteśmy nieszczęśliwi. Jednak ów wzajemny przepływ energii, to jedna z najlepszych, najpiękniejszych rzeczy w teatrze”.
– Czy aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More musi być pewny siebie, świadomy własnych możliwości?
„Wszyscy mamy wątpliwości. Na pewnym etapie zawodowej świadomości pojawiają się pytania: czy na pewno mamy prawo być na scenie, zawracać głowę publiczności?
To trudny temat, najlepszym weryfikatorem jest sukces, życzliwość widzów. To wszystko utwierdza człowieka w przekonaniu, że nie znalazł się na scenie przez przypadek, jest na swoim miejscu.”
„Pojawia się wówczas pewien rodzaj arbitralności, chyba jednak nieodzowny. Naturalnie są dni, kiedy aktor jest słabszy psychicznie, wówczas owa arbitralność maleje. To zawsze jest jednak wymiana energii między aktorem a widownią. Ona tworzy spektakl”.
„Mnie było pod tym względem trudniej. Nie lubię egzaltacji, narcystycznego rozmiłowania, które akurat w naszym zawodzie czasami się przydaje. Nieustannie weryfikuję własne możliwości. Jako „introwertyczna ekstrawertyczka” wymagam wiele zarówno od siebie, jak i innych. Nie znoszą taryfy ulgowej. Ma być albo dobrze, albo wcale.”
Oglądając Kucównę w jej późnych rolach teatralnych – Matki w „Bambini di Praga” Bohumila Hrabala w reżyserii Agnieszki Glińskiej, Connie w „Masz być szczęśliwa” Simona Burta w reżyserii Jana Bratkowskiego, wreszcie jako Panią de Rosemonde w „Niebezpiecznych związkach” Hamptona według Choderlosa de Laclosa w reżyserii Bartłomieja Wyszmoriskiego (2008) – kolejny raz poczułem podziw dla pani Zofii.
Komediowo szarżującej Kucównie, co pewien czas włączała się samokontrolka, tak jakby aktorka mówiła do siebie: stop kochana, co za dużo, to niezdrowo, zwijaj żagle. Wiedziała w którym momencie musi poluzować, żeby nie przesadzić i nie ośmieszyć: roli i siebie.
Niestety, w ostatnich latach na scenie pojawia się sporadycznie. Ciągle jeździ natomiast z programami poetyckimi. Recytuje poezję Julii Hartwig, w okresie Świąt Bożego Narodzenia czyta apokryfy, przypomina poetki zapomniane, na przykład Małgorzatę Hillar.
Właśnie po programie poezji Małgorzaty Hillar w wykonaniu Zofii Kucówny podczas „Krakowskiego Salonu Poezji” w Teatrze im. Słowackiego, krytyk teatralny, Paweł Głowacki, pisał ze wzruszeniem:
„W wierszach Hillar – ani krzty wściekłości, protestu, krzyku. Jest tylko to, co w dojmującej opowieści Kucówny. Falowanie słów jak falowanie traw. Co nam pozostaje? W południe niczym zmierzch, jasna pani cicho mówi o życiu tej, którą w dzieciństwie spotkała ciemność. Słychać pamięć jasnej pani o pani czarnej i ciemną wodę, schodzącą na miasto. Wszystko, co nam pozostaje, to nie zgubić tych dźwięków”.
Od czasu do czasu występuje w serialach: „Egzaminie z życia”, „Dwóch stronach medalu” czy „Domie nad rozlewiskiem”.
Zofia Kucówna bierze także czynny udział w życiu kulturalnym stolicy. Spotkamy ją na premierach, promocjach książek, wernisażach.
„Wszystko jeszcze mnie interesuje, ciekawi, ale to zainteresowanie dotyczy osoby prywatnej, już nie aktorki.
Jestem krytycznym obserwatorem życia teatralnego. Wielu rzeczy nie rozumiem. Przez jakiś czas w polskim teatrze nie było w ogóle klasyki, wróciła, ale niemal zawsze się ją uwspółcześnia. Teatr się zmienia, w niepamięć odchodzą żelazne reguły gry warsztatu aktora. Artykulacja, akcentowanie. Skłamałabym mówiąc, że czuję się z tym dobrze. Ale jestem ciekawa, co będzie dalej”.
– Zobaczymy Panię jeszcze na scenie?
„Nie chcę się zarzekać, ale nie. Już dziękuję bardzo. Już wystarczy. Nie chcę”.
Pod tajemniczym uśmiechem aktorki kryje się jednak smutek. A może to tylko nostalgia.
„Pan tego jeszcze nie wie i nie rozumie, ale starzenie się to mozół, udręka. Ni stąd, ni zowąd, ciało zaczyna nie nadążać za możliwościami ducha. To bardzo boli. Myślę że mimo to, bardzo racjonalnie podeszłam do problemów związanych ze starością.
Będąc na etacie, sama przeszłam na emeryturę. Maciej Englert, dyrektor Teatrudawniej (por.) anterprener, organizator pracy artystycznej z... More Współczesnego, wcale mnie nie popędzał, ale po wielu wahaniach, poczułam, że nadszedł ten moment kiedy trzeba zwolnić miejsce. Odejść z teatru. To oczywiście bolało, ale było konieczne.
Bolesna była także decyzja o zakończeniu pracy pedagogicznej w Akademii Teatralnej. Przez dwadzieścia lat poświęcałam się temu zajęciu z energią i pasją, na jaką było mnie stać, ale znowu na horyzoncie pojawił się zdroworozsądkowy hamulec. Zrozumiałam, że różnica wieku między mną, a wchodzącymi do zawodu studentami, stała się zbyt duża, krępująca dla obu stron. Cierpiałam, ale zrezygnowałam.”
Pedagog Zofia Kucówna wychowała kilka pokoleń aktorów.
„Broń Boże nie rzeźbiłam ich na własne podobieństwo, chuchałam i dmuchałam na każdą indywidualność, każdą iskrę wyjątkowości, osobowości.”
„Z całą powagą uważam, że sukcesy moich studentów cieszyły mnie bardziej niż własne. Kiedy ktoś nas docenia, bywa że czujemy się zaskoczeni. Aktor nie potrafi do końca obiektywnie spojrzeć na własną pracę. Nie widzimy siebie na scenie. Malarz również z reguły nie ma narzędzi, żeby na sto procent stwierdzić czy stworzył dobrą rzecz. Dopiero nagrody, uznanie koneserów sprawia że może stwierdzić: „Cholera, chyba rzeczywiście się udało”. Natomiast obserwując postępy studentów zachwycamy się młodymi ludźmi na szlaku poszukiwań, niejako łapiemy ich w drodze rozwoju. To cieszy, często także zachwyca.”
„Nie pracuję już jako pedagog, ale nasz kontakt wcale się nie urwał. Telefon często dzwoni. Moi byli studenci pytają mnie o radę, odwiedzają w domu. Rozmawiamy całymi godzinami. Siedzimy tutaj, przy tym stole. Wino zawsze w pogotowiu”.
***
„Ogromnie ważna była dla mnie również praca na rzecz Domu Aktora Seniora w Skolimowie. Poświęciłam tej sprawie trzydzieści lat życia. Budynek stoi, działa, wszystko sprawnie funkcjonuje. A ja miałam w tym spory udział. Dlatego, kiedy mam gorszy dzień, po prostu jadę do Skolimowa. Wszystko przechodzi. Wiem, że coś po mnie jednak zostanie. Jakiś konkret.”
„Będąc w Skolimowie, widzę miejsca i przedmioty, które powstały również dzięki mojej inicjatywie. Myślę wtedy – o, to była moja decyzja, to zrobiłam własnoręcznie, Skolimów jest także mój i nikt tego nie zabierze.
A role teatralne czy nawet telewizyjne? Gdzie się podziały? Co się z nimi stało? O niektórych sama zapomniałam.”
– Skąd Skolimów w Pani życiu?
„Nie znosiłam funkcji dyrektorowej. Jako żona Hanuszkiewicza byłam na językach wszystkich. Dyrektorowa to punkt zapalny w każdym teatrze, a jeżeli dodatkowo żona jest aktorką, animozji nie da się uniknąć. I nic tego nie zmieni.
Byłam bardzo samotna w Teatrze Narodowym, nie czułam się akceptowana. Jeszcze w Teatrze Powszechnym, do którego trafiłam jako młoda dziewczyna, panowała jakaś wspólnota. To było dziesięć radosnych lat.
W „Narodowym” spełniałam się jako aktorka, ale nie było mowy o jakiejkolwiek solidarności. Hanuszkiewicz był na cenzurowanym. Był rok 1968, wydarzenia marcowe. Przejął teatr po Dejmku(1924-2002), reżyser teatralny i dyrektor teatrów, m.in. N... More, legendarnych „Dziadach”, wciąż słyszeliśmy że zabiegał o ten teatr, co było absolutnym kłamstwem. Kiedy „Teatr Powszechny” został zamknięty na okres kilku lat na remont generalny, Adamowi chodziło wyłącznie o znalezienie sceny zastępczej dla jego zespołu. Tylko na takich warunkach przyjął tę ofertę, z zamiarem powrotu po remoncie do „Powszechnego”, ale środowiskowa plotka zrobiła swoje. Amplituda donosów była szeroka: od „pieszczocha władzy”, po „marcowego dyrektora”.
Do teatru trafiła wówczas liczna grupa zaproszonej przez Adama młodzieży, która – jak to młodzi ludzie – bez litości traktowała mnie jedynie jako dyrektorową. Zdaję sobie sprawę że nie jestem łatwą osobą, nie wzbudzam mimowolnej, natychmiastowej sympatii, a funkcja „żony dyrektora”, którą zostałam obdarowana, stanowiła dla mnie duży dyskomfort.
Bardzo mnie to drażniło, irytowało, czasami wręcz upokarzało. Byłam przecież jedynie aktorką, nie wtrącałam się do decyzji męża. Naturalnie, byłam świadkiem ważnych decyzji i spotkań, które odbywały się w naszym domu. I potem często przecierałam oczy ze zdumienia, jak te wydarzenia zostały przeinaczone, kłamliwie opisane, ale sama nie brałam w tym udziału.
Również dlatego czułam, że jestem w teatrze oceniana niesprawiedliwie. W pewnym momencie zrozumiałam, że muszę znaleźć sobie przestrzeń, która byłaby tylko i wyłącznie moja. W ten sposób odnalazłam Skolimów.”.
Kucówna nadzorowała budowę nowego pawilonu i modernizację dwóch istniejących. Urządzała wnętrza, dobierała nawet bibeloty, kupowała zasłony.
„Początkowo Dom był w tragicznym stanie, nie remontowany od lat dwudziestych ubiegłego wieku, zagrzybiony, z przeciekającymi dachami, kotłami grzewczymi które groziły wybuchem.
Razem z Olą Dmochowską uczyłam się wszystkiego od podstaw. Jak naprawić dach i jak namówić partyjnych kacyków na rzucenie groszem. Udało się i jedno i drugie.”
Gabriel Michalik, monograf Domu Artystów Weteranów Scen Polskich w Skolimowie, w książce „Hamlet w stanie spoczynku” pisał:
„Kucówna organizowała koncerty, kwesty, zabawy dobroczynne – a to na wymianę systemu ogrzewania, a to na reperację dachu czy remont kanalizacji. (…) Tym, czym dla zakopiańskiej „Atmy” i stołecznych Powązek był Jerzy Waldorff, czym dla Zamku Królewskiego profesor Aleksander Gieysztor, tym dla Skolimowa z całą pewnością stała się Zofia Kucówna”.
„Paradoksalnie, właśnie Dom Aktora Weterana był jedynym miejscem, w którym nadużywałam funkcji dyrektorowej. Kiedy na potrzeby Skolimowa trzeba było skorzystać z pracowni tapicerskiej czy stolarskiej, zawsze szłam z tym do Hanuszkiewicza. Nigdy nie odmawiał.”
Kucówna ma na koncie kilka książek: „Zatrzymać czas” (1990), „Zdarzenia potoczne” (1993), „Zapach szminki” (2000), zbiór felietonów „Opowieści moje” (2000). Przygotowuje kolejne.
O literackim jej debiucie, tomie „Zatrzymać czas”, tak pisała Agnieszka Osiecka:
„Książka jest dojrzała, mądra, miła. Siłą i słabością Kucówny jest jej poczucie sprawiedliwości, jej autodyscyplina. Kucówna ceni Marię Dąbrowską i idzie jej szlakiem, na złe, na dobre. Narzuca sobie coś, co bym nazwała duchowym pasem cnoty”.
„Czytałem, nie mogąc się oderwać, z radosnym uczuciem obcowania z czymś prawdziwym, czyli kimś prawdziwym, bo tekst literacki, to przede wszystkim człowiek” – pisał w liście do Kucówny, Jan Józef Szczepański.
„Kiedy postanowiłam wydać tę książkę, chciałam zwrócić się o ocenę do osoby, którą darzyłam wielkim zaufaniem. Kimś takim był Jan Józef Szczepański. Postać o nieposzlakowanej opinii w środowisku, znakomity pisarz, ale także rzetelny, prawy i nieugięty człowiek. Wiedziałam, że nie zbędzie mnie byle słówkiem, jeżeli go rozczaruję, na pewno o tym napisze. Jednak dostałam od pana Szczepańskiego naprawdę piękny list. Jan Józef zachęcał mnie do dalszej pracy literackiej, zwracał się do mnie jak wspaniały nauczyciel do chłonnego wiedzy ucznia.”
„Niektórzy tracą świeżość, ich wycyzelowane rzemiosło staje się rutyną – dowodził Jan Józef Szczepański.
I dodawał: – „O wszystkim decyduje w końcu stosunek do własnej prawdy. Do samego siebie. Ta, wspomniana przeze mnie radość obcowania z Pani tekstem stąd się właśnie bierze, że czuje się do Pani całkowite zaufanie – nie jako do układacza słów, ale jako do człowieka”.
„Zawdzięczam Szczepańskiemu więcej, niż mi się wówczas wydawało. Dzięki jego poparciu, uwierzyłam w siebie. Zaczęłam traktować pisanie poważnie. W dużym stopniu, po przejściu na emeryturę, pisarstwo wypełniło moje życie. W jakimś stopniu zawdzięczam Janowi Józefowi Szczepańskiemu to, że zagospodarował moje późne lata”.
***
Chyba nigdy nie było szczególnej mody na Kucównę. Budziła raczej podziw, niż ekstazę. Nic z histerii, którą obdarzamy dwu, lub dwudziestodwusezonowe gwiazdy filmu czy piosenki.
Status Zofii Kucówny jest constans. Ona po prostu jest.
W „Zdarzeniach potocznych” pisała:
„Odczuwam rozkosz w budowaniu własnej tożsamości i w wypełnianiu jej wartościami równoległymi do tych, które wyniosłam z domu, szkoły, harcerstwa, Kościoła, kontaktów z ludźmi. (…) Samotność nie jest miłą ani dobrą rzeczą, czasem każe żyć na marginesie, ale wiem już, że tylko ode mnie zależy, aby uczynić z niej wartość dodatnią”.
„Remedium zawsze była dla mnie praca. Dzięki wysiłkowi przepracowałam zarówno samotność jak i chorobę.
Zawsze starałam się być dobrym człowiekiem. Ale to trudne wyzwanie, ciągły wysiłek. Nie byłabym zadowolona, gdyby odmalował pan mój portret jedynie w jasnych, promiennych barwach. Sielanka nie bardzo do mnie pasuje. Nie, nie jestem ideałem. Na pewno niejeden raz nieświadomie kogoś skrzywdziłam, albo oceniłam niesprawiedliwie. Mnie też to spotkało. Trudno, jesteśmy ludzcy, a zatem grzeszni. Życie to pojemny worek: jest w nim miejsce na radości, euforię, ale także smutek, cierpienie. Wszystkiego się zmieści. Wszystkiego zasmakowałam”.
Dobrze spędza się czas w domu Zofii Kucówny na warszawskim Ujazdowie. Przedmioty usytuowane z artystyczną nonszalancją, a jednak według ściśle określonego porządku dobrego gustu. Srebrna patera z jabłkami i orzechami, brązowy szal, którym opatula się aktorka, obok koszyk z zasuszonymi kwiatami, fotel z ozdobnymi poduchami. Coś z klimatu Czechowa. Nostalgia i uśmiech, jedno i drugie.
„Rozmawiamy już tak długo, a na początku wydawało mi się, że nic z tego nie będzie, że pana rozczaruję. Taki przygnębiający, smutny dzień. Nie mam, a raczej nie miałam dzisiaj dobrego nastroju, nawet miałam do pana dzwonić, żeby przełożyć to spotkanie, a jednak opowieści o tym, co było, a co przecież bardzo głęboko we mnie zostało, sprawiły że się ożywiłam, nawet rozpromieniłem.
Potrafię docenić takie drobiazgi. Nie jestem skora do łatwych zachwytów. Z trudem poddaję się sentymentalnym nastrojom, jednak po dziecinnemu cieszę się z każdej dobrej godziny, a nawet udanego kwadransa. Z tego, że pan się teraz do mnie uśmiecha”.
Kiedy Kucówna była ciężko chora, a rokowania dotyczące jej zdrowia nie były pomyślne, usłyszała od lekarza:
„Pani choroba jest po słonecznej stronie ulicy”.
Lepsza strona wciąż obowiązuje.
[Na zdj.: Zofia Kucówna podczas promocji ksiązki „Aktorki”/arch. autora]
