Czechow w smudze czasu

Jagoda Opalińska o spektaklu Trzy siostry Antona Czechowa w reżyserii Jana Englerta w Teatrze Narodowym:

Słowo u Czechowa od zawsze intrygowało krytykę. I to niezależnie od perspektywy oglądu. Bowiem idąc tędy owędy, dochodzi się do fenomenu werbalnej ekwilibrystyki, której nie widać, a jest. Zdania artykułowane albo w nadmiarze, albo w niedoborze. Składnia często niedopięta. Słowa ściśnięte, powtarzane na umór, rzucane w ruch jakby bez udziału mówiącego. A przecież kryje się za tym żar, sączy rozpacz, wycieka paraliżująca niemoc. Pauza, przemilczenie wdzierają się w rejony pozornej bylejakości komunikatu. I ta zaczyna pulsować, łapiąc po drodze metaforyczny odcień.

Pięknie o tej werbalnej maszynerii opowiada w programie Trzech sióstr Piotr Mitzner (prem. 27 lutego 2021, Teatr Narodowy). Wnikliwy esej spod znaku zmęczonych słów otwiera ramy inscenizacji Jana Englerta. Bo właśnie taki stan ducha charakteryzuje dom Prozorowów. Wszyscy są przemęczeni do cna. Nawet pytanie, dlaczego hula wymęczony tajfun ulega wymęczonej atrofii. Trwa tylko on jeden. Czas. Okaleczony, rozbity, ale wciąż czujny, skierowany w każdą sekwencję przemijania.

Czasowe cezury odbijają się wzdłuż i wszerz teatralnej narracji. Migają na planie światłem inkrustowanych perspektyw autorstwa Audriusa Jankauskasa. Słychac je w muzyce Piotra Mossa. W brzmieniach, pobrzmieniach i w chwili ciszy, która niczym sęp chwyta dźwięki. Wsparte scenograficznym konturem są obecne wśród oszczędnych plastycznych detali wprowadzanych przez Andrzeja Witkowskiego precyzyjnie, a równocześnie z zamysłem niedookreślenia.

Tak sens po sensie, między symbolicznymi wzlotami, psychologicznym zapętleniem, emocjonalną huśtawką, inscenizacja dotyka rejonów tragigroteski. Czasowy konstrukt zyskawszy wyrazisty ironiczny koloryt, poraża w dwójnasób.

Rany Boskie! To reżyserskie kaskaderstwo. Kiedy dzisiaj w tekstach teatru znajduje się coraz mniejsza procentowo ilość tekstu dramatu, semantyczne mikrocząsteczki literackiego tworzywa pędzą na orbicie przypadku, zaś dystans wobec jakiegokolwiek definiowania statusu postaci a priori usprawiedliwia każdy formalny patchwork – sceniczne eksperymenty bez strukturalnych fundamentów stają się normą. Tego konsekwencją jest fakt, iż precyzyjnie uszyty spektakl można uznać za artystyczny odlot, a Janowi Englertowi proponuję przyznać tytuł Wielkiego Kaskadera Reżyserii.

Przedstawienie powstało zimą, lecz dopiero teraz mogłam je obejrzeć. Pełna sala. Standing ovation. Czyżby dokonywał się hic et nunc powrót teatru współmyślącego z wizją dramatu? Kilku, no powiedzmy, kilkunastu kaskaderów widzę na horyzoncie. W każdym razie publiczność czeka!

Natomiast teraz wróćmy do aktorskiej przestrzeni kształtowanej przez wszechogarniające zmęczenie i wszechmocny czas. To autentyczna perspektywa całego zespołu, ale szczególne miejsce w obszarze nieuchwytnej tajemnicy zajmują trzy role. Masza – Wiktoria Gorodeckaja, Czebutykin – Mariusz Benoit, Tuzenbach – Piotr Kramer.

Siostrzane trio niesie prawdę, trzymając się kurczowo poranionej, cherlawej nadziei. Oldze Dominiki Kluźniak wierzymy w każdym kadrze wspartym charakterystyczną dla niej wiarygodnością. Irina Michaliny Łabacz we wzruszenie wpisała rzeczywisty niepokój, który ją z klarowną czasową kadencją okrąża, paraliżuje, niszczy. Jednak w toksycznym centrum tkwi Masza. Wizerunek aktorski dużego formatu. Mentalne unieruchomienie na linii wibracji słowa i gestu. Gorodeckaja obdarzyła Maszę specyficznym rodzajem żywiołowej autodestrukcji. Zarzucony bunt, pokiereszowana miłość, roztrzaskana tęsknota. Skondensowany emocjonalny zryw z pełną gamą środków ekspresji, które na przemian eksplodują i gasną. Perfekcyjna robota. Brawo!

A skoro mowa o intensywnych barwach, fantastycznie iskrzy Czebutykin Mariusza Benoit. Nie ma co gadać, po prostu artystyczny majstersztyk. Waga ciężka i średnia. Rozpity konował zagrażający życiu pacjentów. Śmichu warta ludzka mortadela. Niby wszystko oczywiste. Jednak ten szkic do portretu okazuje się góralską prawdą. Bowiem tuż obok farsowej maskarady swoim duktem maszeruje Czebutykin – strażnik pamięci szczęśliwego dzieciństwa sióstr. Widać, że aktor trzyma ten bagaż w garści i w czułym, choć farsowo wykoślawionym, towarzyszeniu kolejnym odsłonom domu Prozorowów. Swoją drogą – skoro wszystko się dzięki aktorskiej maestrii genialnie wiąże – pozwolę sobie na bajkową Vorgeschichte. Szaleńczo zakochany, młody rzutki lekarz Czebutykin, wszak o tej miłości stale gada, odbija narzeczoną Prozorowowi. Bajkowy ślub w stolicy i na świat przychodzą trzy córki. Olga. Masza, Irina… Oczywiście Mariusz Benoit by sobie z każdą wersją historii poradził, ale Czechow sentymentalnych pasteli nie tolerował. Dlatego zostańmy przy różnorakich tonach wybitnej roli, gdzie ostra drwina ukrywa gorzko – słodki smak zgubionego czasu.

W tej aurze, lecz po swojemu, wedle ściśle wytyczonych kierunków porusza się Baron Tuzenbach. Zapaleniec – idealista z objawami deklaratywnego pustosłowia. Pcha się do małżeństwa, w którym tylko on widzi światło. Pędzi na pojedynek, nie mając szansy, że zwycięży. Czyli pechowiec, nieudacznik, infantylny gaduła na planie czasowego bezruchu. Tak i nie. Tuzenbachowską niezborność przenika bowiem i wizja, i chęć zmiany. Właśnie ten kontrast znakomicie wydobył Piotr Kramer. Bardzo uważna, osadzona w detalach i w obrysie postaci rola. Wydobyte bez krztyny formalnej minoderii – sygnalizowane jakby mimo woli gestem i ruchem – samotnictwo Barona. Ciekawy, świetnie rokujący debiut.

Perspektywę solistów autentycznie dopełnia dalszy plan. Szczerze powiedziawszy, nie cały, lecz z serią wycyzelowanych zbliżeń. A więc komponowany w pół -, bądź w ćwierćnutach żartobliwych stylizacji Kułygin Grzegorza Małeckiego. Idący tropem przemyślanej figuratywności i konturu Prozorow Marcina Przybylskiego. Niańka Anfisa Anny Chodakowskiej w cudownej, baśniowo – rodzajowej ramie. Uchwycony w muzycznym błysku oka Konrad Żygadło, któremu towarzyszą dźwięki harfy celtyckiej (wyk. Zuzanna Federowicz) i fortepianu (wyk. Mirosław Jastrzębski).

A teraz zostawiając rejony gęstej kreatywnej ekspresji. Żal, że tak doświadczony aktor Jan Frycz unieruchomił Wierszynina. Jest status powalonego drzewa, ale zamiast ekstatycznego miłosnego spięcia blada kopia. Niestety znika bezpowrotnie smak demonicznej tajemnicy Solonego. I nie ratują sytuacji kolejne gimnastyczno-techniczne przerywniki w wykonaniu Karola Pochecia. Jeszcze słabiej wypada – genialnie usytuowana przez autora w krzywym zwierciadle sióstr – Natalia Marty Wągrockiej. Etiudy na temat nerwicy to nie ta dramaturgia.

Fakt, że wśród pereł znalazło się kilka chaotycznych aktorskich ujęć dziwi. Natomiast myślowy trzon, teatralna uroda, organiczny inscenizatorski ład sprawiają, że słychać jak bije puls czasu.

Leave a Reply