Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Bez soli…Wanda Czubernatowa nie żyje

Wczoraj, 11 maja 2026 w szpitalu w Rabce umarła Wanda Czubernatowa (*26 X 1937)… Świat już przedtem wystarczająco paskudny, a teraz bez niej będzie miejscem, gdzie będzie trudno żyć. Przez ostatnie lata chorowała, cierpiała, więc jej odejście nie było czymś niespodziewanym, ani dla mnie, ani zapewne dla niej. Często o tym mówiła, wydawała się być pogodzona z nieuchronnością. Ja nie. Ja, psiakrew, nie.

Poznaliśmy się prawie 40 lat temu, u niej, na włościach w Stajaniu, koło rabiańskiego cmentarza, dokąd zawiózł mnie Zbyszek Ładygin, bo chcieliśmy Wandę zaprosić do współpracy przy tworzeniu jednego z naszych przedsięwzięć prasowych. Potem długo współpracowaliśmy, a ja ją przede wszystkim czytałem. Oczywiście, jej felietony Grule ze solom w „Dzienniku Polskim”, listy Babki Krzysia w „Tygodniku Podhalańskim”, czy teksty w „Gazecie Krakowskiej”, a także niekiedy w prasie pozalokalnej były komentarzami do rzeczywistości, ale jakieś takie były bardziej osobiste, oglądane z własnej perspektywy. Pisane przeważnie gwarą, ale i ta gwara była własna, osobista. Choć jednocześnie – i o tym często mawiała – gwara była dla niej tylko środkiem wyrazu, ważnym o tyle, że był to jej sposób przekazywania myśli. Żeby tekst dotarł do ludzi – musiał być podany prosto, zwyczajnie, bez etnograficznych wydziwiań w zapisie. A więc nie spoziyroł tylko spozieroł, żeby nikt, kto czyta, nie miał wrażenia, że tekst jest pisany „po góralsku”, a górale, wiadomo – i są lubiani, i cieszą się w wielu wypadkach taryfą ulgową. A nie o to w twórczości chodzi.

Przez wiele lat siadaliśmy obok siebie w jury Konkursu Poezji Religijnej w Ludźmierzu i wielokrotnie miałem okazję przekonać się o tym, że zarówno posługiwanie się gwarą, jak i tematyką religijną często usprawiedliwia nieporadność, błędy merytoryczne czy formalne, które mogą być urocze, ale nie koniecznie poetyckie… Ale Wanda zawsze była ogromnie tolerancyjna, wychodząc z założenia, że lepiej, gdy ludzie piszą wierszyki, nawet kiepskie, niż mieliby siedzieć w karcmie, bić żony i psy i marnować życie, sobie i innym. Nie zawsze podzielałem ten pogląd.

W dziedzinie zapisu gwary góralskiej także była tolerancyjna, ale nie tylko – była też cenną innowatorką. Uważała, że góralskość wypowiedzi to nie tylko mazurzenie i akcent na pierwszą sylabę, ale przede wszystkim specyficzne słownictwo. Język – w tym gwara podhalańska (a może lepiej: gwary podhalańskie) – jest po to, żeby nazywać rzeczy i czynności. Pewne wyrazy umierają, gdy zanikają rzeczy i czynności, które nazywały, a gdy powstają nowe rzeczy i czynności, wymagają nowych słów. To ona wymyśliła nazwę pytlorka na określenie telefonicznej komórki, emilek na e-maila, czy ogłupiac na telewizor…

Uwielbiałem jej wiersze. Pierwszy tomik, który czytałem, to chyba były Pastorałki krzesane. A może Koty za płoty. Było w nich tyle poezji… Bo w tzw. kulturalnym obiegu współczesnym wierszy jest mnóstwo, ale w tych wierszach poezji zwykle jest tyle, co – nomen omen – kot napłakał… Wanda doskonale wiedziała, że poezja to umiejętność niezwykłego mówienia o rzeczach zwykłych. Być może dla wielu czytelników poezja Wandy Czubernatowej skrywała się w gwarowym kostiumie, ale przecież to, że były pisane gwarą to nie był kostium, to była naturalna skóra… Czy ktoś ma pretensje do Dantego że pisał po włosku, a do Goethego, że po niemiecku? Innym kostiumem był często obecny w jej twórczości humor. Ludzie zazwyczaj oczekują od górali bezustannego dowcipkowania – irytujące. Wanda była wesoła, zdystansowana, dowcipna – ale nie za wszelką cenę. Może w tej dziedzinie zaspokajała ludzkie – pewno i swoje – potrzeby pisząc teksty dla kabaretu „Truteń”, ale to nie była główna cecha jej twórczości. Wiem coś o tym, bo kiedyś napisaliśmy razem musical Raj, czyli Bez co Jadom uciók z Raju. Jej dziełem był pierwszy akt: było to wesołe, dowcipne, aluzyjne, bez złośliwości i walenia na odlew. I bynajmniej nie rzekomo po góralsku wyśmiszne. Może wynikało to z faktu, że żyła długo, widziała dużo, znała ludzi i świat, pracowała tu i za oceanem nie zawsze tylko jako pisarka i jej główna cechą było to, że kochała ludzi. Najczęściej z wzajemnością, choć nie zawsze. To doskonale widać w jej korespondencji z ks. Tischnerem – której zresztą nie lubię, bo przy jej lekturze nie sposób zapomnieć o dystansie między tymi osobami, jakiego czytelnik oczekuje i najczęściej go znajduje, nawet tam, gdzie go w rzeczywistości nie ma. Znałem oboje i to mi wystarcza.

Osobną działką jej twórczości było kucharzenie. Pisała książki kucharskie i wspaniale gotowała. To też była prawdziwa poezja. Tego jej szczerze zazdrościłem. Często w emilkach pytałem: a co dziś było/będzie na obiad? Podawała menu, czasem przepisy. Czasem próbowałem ją naśladować, i w gotowaniu, i w pisaniu o jedzeniu. Niestety – wyniki w obu tych dziedzinach miałem jako takie, a potem mi przeszło i rozleniwiłem się. Wanda mimo choroby gotowała dla siebie i rodziny niemal do ostatnich dni.

Przez kilkanaście ostatnich lat uważałem ją za jedną z najbliższych mi osób. Pisaliśmy do siebie parę razy dziennie, rzadziej telefonowaliśmy, jeszcze rzadziej bywałem u niej w Rabie. Te rozmowy były dla mnie jak otwarcie okna w dusznym pokoju. Nie, nie dlatego, że miała zdrowe, ludowe podejście do życia, w przeciwieństwie do mojego inteligenckiego, bynajmniej. XIX wiek i epoka Chałubińskiego już dawno minęła. Rozmawialiśmy zwyczajnie, szczerze i o wszystkim. Zwykle jak osoby wiele o sobie wiedzące i akceptujące się nawzajem. Była chyba jedyną osobą, której mówiłem prawie o wszystkim i w wielu przypadkach prosiłem o radę. Była dla mnie jak starsza siostra, w wielu dziedzinach nauczycielka (bynajmniej nie chodzi mi o góralszczyznę), w wielu po prostu jak przyjaciółka.

I teraz odeszła. Oczywiście, do Wandy Czubernatowej, jak mało do kogo, będzie się stosować Horacjańskie Non omnis moriar, nie wszystek umrę. Poeci nie umierają, tylko przestają pisać. Ziemia się dalej będzie obracała, świat przetrwa, ludzie dalej się będą rodzić, dorastać, mądrzeć i głupieć, siać zboże, sadzić i jeść grule, budować domy i ulegać wypadkom w Tatrach. Ale zabrakło dobrego, mądrego człowieka. Takie czarne dziury, jakie robi w naszym życiu śmierć, zostają już na zawsze – do czasu, aż i my przejdziemy przez horyzont zdarzeń.

 
            Tylko grule dla mnie już będą bez soli.

Maciej Pinkwart

PS. Patrzę na to zdjęcie z promocji Raju w Bibliotece w Nowym Targu w 2015 r. Wanda, Renata Piżanowska i ja. Jedenaście lat… Epoka…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.