WSPOMNIENIE
Była Stasią.
Stasia – nie chodziło tylko o spoufalanie się, o szczególny rodzaj familiarności, chodziło o coś więcej.
Była Stasią, chociaż niewiele miała z płochliwości, zgoła nic z kokieterii.
Była Stasią, bo wcześniej bardzo mocno, bardzo ostro, zaznaczyła swoją obecność jako Staszka, jako Stacha.
Przez imię do reszty.
***
Kochana nie tylko za role, za aktorstwo, za śpiew, za recitale.
Może z czasem przede wszystkim za życiową mądrość.
Opowiadała nam w ostatnich latach piosenkami, a wcześniej serią poruszających wywiadów, że życie to coś bardzo trudnego i wspaniałego zarazem.
Była kiedyś słaba, była trudna, piła, tym bardziej doceniała, że tamto minęło, dawała świadectwo.
Parę lat temu, na festiwalu w Zielonej Górze, wspaniałym Kozzi Film Festivalu, zafascynowany słuchałem jej recitalu. Stasia siedziała na stołeczku, i śpiewała, i opowiadała o życiu, i dodawała nam wszystkim sił, a czasami skrzydeł. I była w tym wielka. Prosta i wielka.
Rolami opowiedziała życie wszystkich kobiet trudnych, czasami złośliwych, czasami gruboskórnych, a ostatnie dekady to było wyśpiewywanie nam miłości. Wyśpiewywanie czułości. Wyśpiewywanie sensu.
***
Te wszystkie pożegnania, zawsze bardzo bolesne, są dla tych, którzy zostają, a zostają również po to, żeby pamiętać.
I nie trzeba się tego wstydzić. Że o innych poprzez siebie. Bo to postrzeganie właśnie jest Obecnością. I owa Obecność ma znaczenie.
Długo się znaliśmy, wiele lat.
Była jedną z najwybitniejszych polskich aktorek, i teatralnych, i filmowych, i miała tego świadomość.
Pani Stanisława. Stasia.
Polskie kino było także jej imienia. Od Wajdy, był najważniejszy – po wszystkich innych. A grała pasjonacko, dekadami. Pracowała ze wszystkimi prawie. Królowa epizodu, tak się czasami pisze, ona z tych epizodów robiła mondramy. Najlepsza ciotka polskiego kina. Złośliwa, dowcipna, zawstydzona. Uwielbiałem tyle kreacji Stanisławy Celińskiej, że na wymienienie ich brakuje miejsca.
Pracowała z Wajdą (Panny z Wilka, Krajobraz po bitwie, Korczak, Katyń, Panna Nikt), z Zanussim (Życie jako śmiertelna choroba, Hipoteza, Słaba wiara, Cwał, Serce na dłoni, Obce ciało), Antczakiem (Dama kameliowa, Noce i dnie), Barańskim (Kramarz, Dwa księżyce), Wosiewiczem (Kroniki domowe, Taniec śmierci), Bareją (Zmiennicy, Nie ma róży bez ognia, Alternatywy 4), Falkiem (Joanna), Barczykiem (Nieruchomy poruszyciel, 51 minut), Kutzem (Sława i chwała, Straszny sen Dzidzusia Górkiewicza), z Glińską (Wszystko gra), z Andrzejem Kondratiukiem (Córa marnotrawna), Januszem Kondratiukiem (Złote runo), Machulskim (Pieniądze to nie wszystko), Januszem Majewskim (Złoto dezerterów), Wylężałkiem (Balanga), Grzegorzkiem (Rozmowa z człowiekiem w szafie), Szulkinem (Femina), Sass (Historia niemoralna, Tylko strach), Marczewskim (Klucznik)…
Kochaliśmy ją za role serialowe – w „Alternatywach 4”, w „Nocach i dniach”, w „Zmiennikach”, „Złotopolskich”, „Bulionerach”, „Mamuśkach”, ostatnimi laty grała Amelię w „Barwach szczęścia” – i za niezliczone kreacje w Teatrze Telewizji.
Teatr Współczesny – Axer, Hübner, Maciej Englert, Zaleski, Prus. Najważniejsze, przełomowe spotkanie z Bohdanem Cybulskim. Kiedy grała u niego w 1984 roku w „De Profundis” to grała także wszystko to, co wówczas było w niej kalekie, niedoskonałe, o czym wiele lat później odważyła się nam wszystkim powiedzieć.
Kolejne wielkie nazwisko – Krzysztof Warlikowski.
Odkrył Stanisławę Celińską na nowo.
Kiedyś była najodważniejszą aktorką polskiego kina („Krajobraz po bitwie”), a u Warlikowskiego matką wszystkich odważnych. Pięknych, bo niedoskonałych. Gertruda z „Hamleta”, Kobieta z „Oczyszczonych”, Trinkulo z „Burzy”, Matka z „Kruma”, Hannah Porter Pitt z „Aniołów w Ameryce”, aż po role w „Kabarecie warszawskim” i „Opowieściach afrykańskich według Szekspira”. Najważniejsze spektakle Warlikowskiego to były spektakle Celińskiej.
Kilkanaście lat temu powiedziała jednak – basta, wystarczy. Zło przestało mnie interesować. Wadzenie się ze złem – nawet w najlepszym teatrze. Teraz zaśpiewam wam kołysanki, modlitwy, teraz będę przyglądała się tylko jasnej stronie życia. Z ciekawością i wzruszeniem.
Kiedy pisałem „Aktorki”, nie wyobrażałem sobie tego tomu bez Stanisławy Celińskiej.
Przyjęła mnie w domu, u siebie, rozmowa w kuchni. Pies zaakceptował dziennikarza i to też było ważne. Akceptacja. Swój do swego. Tak się czułem.
Kiedy wiele lat później przeszliśmy na „ty”, przypomniałem sobie niektóre nasze spotkania. Na przykład kiedy siedzieliśmy po „Oczyszczonych” z Krzysiem Krauze i z panem Warlikowskim w jej garderobie i Stasia tak wzruszająco opowiadała nam o miłości do teatru i do Warlikowskiego.
Albo jej esemesy bożonarodzeniowe, nie wstydziła się w tych życzeniach Boga, bożych przykazań i swojej wiary. To dzisiaj tak rzadkie, że prawie nierealne. Mnie to wzruszało.
Była odważna w swojej skromności.
Chorowała ostatnio, niecierpliwiła się tym, chciała śpiewać, koncertować, chciała wracać.
Wierzyła w lepszy świat.
Ten nie był wcale taki znowu dobry.
Ale Stasia widziała słońce.
Bo nim była.
Łukasz Maciejewski
HYMN O MIŁOŚCI . STANISŁAWA CELIŃSKA
WSPOMNIENIE
Była Stasią.
Stasia – nie chodziło tylko o spoufalanie się, o szczególny rodzaj familiarności, chodziło o coś więcej.
Była Stasią, chociaż niewiele miała z płochliwości, zgoła nic z kokieterii.
Była Stasią, bo wcześniej bardzo mocno, bardzo ostro, zaznaczyła swoją obecność jako Staszka, jako Stacha.
Przez imię do reszty.
***
Kochana nie tylko za role, za aktorstwo, za śpiew, za recitale.
Może z czasem przede wszystkim za życiową mądrość.
Opowiadała nam w ostatnich latach piosenkami, a wcześniej serią poruszających wywiadów, że życie to coś bardzo trudnego i wspaniałego zarazem.
Była kiedyś słaba, była trudna, piła, tym bardziej doceniała, że tamto minęło, dawała świadectwo.
Parę lat temu, na festiwalu w Zielonej Górze, wspaniałym Kozzi Film Festivalu, zafascynowany słuchałem jej recitalu. Stasia siedziała na stołeczku, i śpiewała, i opowiadała o życiu, i dodawała nam wszystkim sił, a czasami skrzydeł. I była w tym wielka. Prosta i wielka.
Rolami opowiedziała życie wszystkich kobiet trudnych, czasami złośliwych, czasami gruboskórnych, a ostatnie dekady to było wyśpiewywanie nam miłości. Wyśpiewywanie czułości. Wyśpiewywanie sensu.
***
Te wszystkie pożegnania, zawsze bardzo bolesne, są dla tych, którzy zostają, a zostają również po to, żeby pamiętać.
I nie trzeba się tego wstydzić. Że o innych poprzez siebie. Bo to postrzeganie właśnie jest Obecnością. I owa Obecność ma znaczenie.
Długo się znaliśmy, wiele lat.
Była jedną z najwybitniejszych polskich aktorek, i teatralnych, i filmowych, i miała tego świadomość.
Pani Stanisława. Stasia.
Polskie kino było także jej imienia. Od Wajdy, był najważniejszy – po wszystkich innych. A grała pasjonacko, dekadami. Pracowała ze wszystkimi prawie. Królowa epizodu, tak się czasami pisze, ona z tych epizodów robiła mondramy. Najlepsza ciotka polskiego kina. Złośliwa, dowcipna, zawstydzona. Uwielbiałem tyle kreacji Stanisławy Celińskiej, że na wymienienie ich brakuje miejsca.
Pracowała z Wajdą (Panny z Wilka, Krajobraz po bitwie, Korczak, Katyń, Panna Nikt), z Zanussim (Życie jako śmiertelna choroba, Hipoteza, Słaba wiara, Cwał, Serce na dłoni, Obce ciało), Antczakiem (Dama kameliowa, Noce i dnie), Barańskim (Kramarz, Dwa księżyce), Wosiewiczem (Kroniki domowe, Taniec śmierci), Bareją (Zmiennicy, Nie ma róży bez ognia, Alternatywy 4), Falkiem (Joanna), Barczykiem (Nieruchomy poruszyciel, 51 minut), Kutzem (Sława i chwała, Straszny sen Dzidzusia Górkiewicza), z Glińską (Wszystko gra), z Andrzejem Kondratiukiem (Córa marnotrawna), Januszem Kondratiukiem (Złote runo), Machulskim (Pieniądze to nie wszystko), Januszem Majewskim (Złoto dezerterów), Wylężałkiem (Balanga), Grzegorzkiem (Rozmowa z człowiekiem w szafie), Szulkinem (Femina), Sass (Historia niemoralna, Tylko strach), Marczewskim (Klucznik)…
Kochaliśmy ją za role serialowe – w „Alternatywach 4”, w „Nocach i dniach”, w „Zmiennikach”, „Złotopolskich”, „Bulionerach”, „Mamuśkach”, ostatnimi laty grała Amelię w „Barwach szczęścia” – i za niezliczone kreacje w Teatrze Telewizji.
Teatr Współczesny – Axer, Hübner, Maciej Englert, Zaleski, Prus. Najważniejsze, przełomowe spotkanie z Bohdanem Cybulskim. Kiedy grała u niego w 1984 roku w „De Profundis” to grała także wszystko to, co wówczas było w niej kalekie, niedoskonałe, o czym wiele lat później odważyła się nam wszystkim powiedzieć.
Kolejne wielkie nazwisko – Krzysztof Warlikowski.
Odkrył Stanisławę Celińską na nowo.
Kiedyś była najodważniejszą aktorką polskiego kina („Krajobraz po bitwie”), a u Warlikowskiego matką wszystkich odważnych. Pięknych, bo niedoskonałych. Gertruda z „Hamleta”, Kobieta z „Oczyszczonych”, Trinkulo z „Burzy”, Matka z „Kruma”, Hannah Porter Pitt z „Aniołów w Ameryce”, aż po role w „Kabarecie warszawskim” i „Opowieściach afrykańskich według Szekspira”. Najważniejsze spektakle Warlikowskiego to były spektakle Celińskiej.
Kilkanaście lat temu powiedziała jednak – basta, wystarczy. Zło przestało mnie interesować. Wadzenie się ze złem – nawet w najlepszym teatrze. Teraz zaśpiewam wam kołysanki, modlitwy, teraz będę przyglądała się tylko jasnej stronie życia. Z ciekawością i wzruszeniem.
Kiedy pisałem „Aktorki”, nie wyobrażałem sobie tego tomu bez Stanisławy Celińskiej.
Przyjęła mnie w domu, u siebie, rozmowa w kuchni. Pies zaakceptował dziennikarza i to też było ważne. Akceptacja. Swój do swego. Tak się czułem.
Kiedy wiele lat później przeszliśmy na „ty”, przypomniałem sobie niektóre nasze spotkania. Na przykład kiedy siedzieliśmy po „Oczyszczonych” z Krzysiem Krauze i z panem Warlikowskim w jej garderobie i Stasia tak wzruszająco opowiadała nam o miłości do teatru i do Warlikowskiego.
Albo jej esemesy bożonarodzeniowe, nie wstydziła się w tych życzeniach Boga, bożych przykazań i swojej wiary. To dzisiaj tak rzadkie, że prawie nierealne. Mnie to wzruszało.
Była odważna w swojej skromności.
Chorowała ostatnio, niecierpliwiła się tym, chciała śpiewać, koncertować, chciała wracać.
Wierzyła w lepszy świat.
Ten nie był wcale taki znowu dobry.
Ale Stasia widziała słońce.
Bo nim była.
Łukasz Maciejewski
