Ach, ta piękna Lucynda

Tomasz Miłkowski o książce Patryka Kenckiego „Staropolski Molier” i spektaklu „Piękna Lucynda” Mariana Hemara w reżyserii Eugeniusza Korina w Teatrze 6piętro:

Ukazała się niedawno obszerna księga Patryka Kenckiego „Staropolski Molier”. Tymczasem na scenie warszawskiego Teatru 6piętro już od dwóch sezonów idzie „Piękna Lucynda” Mariana Hemara.

Czy coś łączy imponujące dzieło Kenckiego z pełną nieco anachronicznego uroku komedią Hemara? Na pozór nic, ale tylko na pozór. Hemar oparł bowiem swój utwór na „Natrętach” Józefa Bielawskiego, komedii wystawionej w dawnej saskiej Operalni 19 listopada 1765 roku, wykonanej przez pierwszych zawodowych aktorów polskich (data uznana za początek Teatru Narodowego). Bielawski z kolei inspirował się inną komedią, „Les Facheux” Moliera (Boy swemu przekładowi nadał tytuł „Natręty”), zaprezentowanej po raz pierwszy w ogrodach zamkowych Vaux-le-Vicaumte 17 sierpnia 1661 roku. I tak okazuje się, że „Piękna Lucynda” jest pastiszem „po kądzieli” Molierowskich „Natrętrów”, o których w swojej książce pisze szeroko Patryk Kencki. Wspomina więc o wcześniejszych przeróbkach czy nawiązaniach, jako to „Natręt” Wacława Rzewuskiego (1759), a zwłaszcza „Natrętnicy” Franciszka Bohomolca (1756), nota bene najbardziej zasłużonego autora sztuk przyswajających motywy i postacie Molierowskie.

Poza przeróbkami i nawiązaniami sztuka Moliera (z baletem, dodajmy), doczekała się przekładu i wystawienia w Teatrze Narodowym w roku 1820, a więc w epoce już nowożytnej też pod tytułem „Naręty” jako „komedyia we dwoch aktach z Moliera przerobiona przez Franciszka Salezego Dmochowskiego wystawiona pierwszy raz na Teatrze Narodowym dnia 5. sierpnia 1820”. Nie zadomowiła się jednak w repertuarze polskich scen i bodaj nigdy w XX wieku nie trafiła na afisz. Zresztą nic dziwnego, skoro sam wielki promotor Moliera Tadeusz Żeleński-Boy zaliczał ten utwór do „ubocznych produktów” jego twórczości, na którego jakości odcisnęło się piętno pośpiechu – na napisanie i przygotowanie sztuki miał Molier zaledwie dwa tygodnie, na co sam autor utyskiwał w przedmowie jako okoliczność tłumaczącą nie w pełni satysfakcjonujące go wykonanie: „jest to rzecz zupełnie nowa, aby ktoś obmyślił, napisał, wyuczył i wystawił komedię w ciągu dwóch tygodni”.

Bielawski też nie miał za wiele czasu, ale jednak więcej. Król Stanisław August ogłosił konkurs na polską komedię, zależało mu na nowym tekście, krojonym na miarę polskiej sceny komediowej, ale jak się okazało do konkursu stanął tylko Bielawski. Utwór miał swoje słabości, ale i mocne strony, co zresztą wnikliwie w swojej analizie Patryk Kencki udowadnia, zresztą premiera cieszyła się powodzeniem i komentowano ją także życzliwie, król podarował autorowi w podzięce złotą tabakierę. Ale Bielawski już sukcesu nie powtórzył, a jako człowiek teatru (został dyrektorem) nie zdał egzaminu, okazał się małostkowy i nieskuteczny. Tak więc tytuł „Natręci” przetrwał jedynie ze względu na pierwszeństwo – miejsce w historii autor ma wszak zapewnione, także i dzięki powstałej dwieście lat później przeróbce Mariana Hemara.

Sam Bielawski nie doczekał się dobrej pamięci – zapamiętany został gównie dzięki jędrnemu i złośliwemu epitafium Tomasza Kajetana Wegierskiego: „Tu leży Bielawski,/ szanujcie tę ciszę,/ bo jak się obudzi,/ komedię napisze”. No, może teraz jest nieco lepiej, od czasu, kiedy Patryk Kencki w „Pamiętniku Teatralnym” (2015 z. 3–4) Natrętów po latach opublikował z obszernym wprowadzeniem, ale nie łudźmy się – „Pamiętnik” nie należy do lektur pierwszego wyboru, a więc…

A więc ta wspomniana sympatyczna przeróbka Hemara zaprzyjaźnia z zapomnianą komedią, która wprawdzie kilka razy z okazji rozmaitych rocznic pojawiała się współcześnie na afiszu, ale bez sukcesu. Dodać warto, że „Piękna Lucynda” czyni to w sposób nieodparcie komiczny. Aktorzy bawią widzów przednio, a w szczególności Dorota Stalińska w roli wojowniczej Melpomeny, czyhającej daremnie na tragedię, i para niezawodnych złotych młodzieńców epoki stanisławowskiej, w którą wcielają się Sylwester Maciejewski i Krzysztof Tyniec, już samym swoim pojawieniem się na scenie wzbudzający salwy śmiechu. Ale i inni nie ustępują pola, tworząc przezabawne postacie, wśród których kochliwy a bojaźliwy bogacz Podkomorzy w podeszłym wieku w wykonaniu Piotra Gąsowskiego to prawdziwa perełka. Publiczność czuje się znakomicie, tak jak miało być, bo to premiera dedykowana widzom szukającym w teatrze chwili zapomnienia i wytchnienia. Teatr 6 piętro ma to w ofercie.

Eugeniusz Korin, który jako reżyser jest sprawcą tego zamieszania na 6. piętrze Pałacu Kultury, najwyraźniej czuje się przywiązany do tej okolicznościowej komedii Hemara, która napisana została z okazji 200-lecia Teatru Narodowego bez większej nadziei na obecność na scenach w ojczyźnie – prapremiera Pięknej Lucyndy miała miejsce w Polskim Teatrze ZASP w Londynie (1967). Kiedy już było można, komedia ta jednak pojawiła się w Polsce – Korin wyreżyserował ją w Teatrze Nowym w Poznaniu (17 listopada 1992). I choć żadna, jak przypomina Kencki, z późniejszych realizacji „Pięknej Lucyndy” nie stała się tzw. wydarzeniem, to warto zauważyć, że to pierwsze w Polsce wystawienie sztuki Hemara utrzymywało się na afiszu Teatru Nowego przez czternaście lat (ostatni spektakl miał miejsce 22 grudnia 2006 roku), a w doborowej obsadzie znaleźli się: Kazimiera Nogajówna, Sława Kwaśniewska, Bożena Borowska, Mariusz Sabiniewicz, Radosław Elis, Paweł Binkowski, Aleksander Machalica, Witold Dębicki, Janusz Andrzejewski, Agnieszka Różańska, Daniela Popławska, Zbigniew Grochal, Andrzej Lajborek, Waldemar Szczepaniak. Korin wracał później do tej komedii kilka razy (w Lublinie i Łodzi), a warszawskie przedstawienie jest już czwartym jego spotkaniem z „Piękną Luycyndą”.

O „Natrętach” Bielawskiego i przy sposobności o „Lucyndzie” Hemara pisze autor monografii „Staropolski Molier” pod sam koniec swojej książki. Opowieść o staropolskim Molierze (choć nie tylko o Molierze) wieńczy bowiem powołaniem Teatru Narodowego i jego pierwszą premierą. Opisuje także pierwsze składy pierwszego zespołu aktorskiego Teatru Narodowego, a nawet przypomina zarobki uzyskiwane przez pierwszych polskich zawodowych aktorów. Mnóstwo tu smakowitych szczegółów, świadczących, jak wielką uwagę skupiało na sobie to królewskie przedsięwzięcie, skoro angażowało nawet szpiegów obcych mocarstw. Niektóre meldunki aż proszą się o przypomnienie, dość będzie, jeśli zacytuję (oczywiście za Kenckim) fragment raportu agenta saskiego, Johanna Heinego, który charakteryzując jedną z zatrudnionych aktorek do pierwszego zespołu, Antoninę Prusinowską, pisze, że to „bezczelna flądra o jędrnych piersiach i pośladkach, jednakowo biegła w sztuce zalotności i zgrabnego przebierania nóżkami”. Niezbyt wyraźnie, jak widać, odróżniano wówczas profesję aktorki od najstarszego zawodu świata.

Rzecz o staropolskim Molierze rozpoczyna jednak Kencki od wydarzenia niemal sto lat wcześniejszego od premiery „Natrętów”, a mianowicie od pierwszej teatralnej obecności Moliera na polskiej scenie. Miało to miejsce jeszcze za życia Mioliera, w XVII-wiecznej Rzeczypospolitej, a konkretnie 5 marca 1669 roku w warszawskim pałacu przywódcy stronnictwa francuskiego, podskarbiego koronnego i wybitnego poety Jana Andrzeja Morsztyna, gdzie zagrano komedię „Sganarelle ou Le cocu imaginaire” (swój przekład Boy zatytułował „Sganarel, czyli rogacz z urojenia”). Warto zauważyć, że paryska prapremiera tej komedii wyprzedziła warszawską zaledwie o dziewięć lat, a w tytułową rolę wcielił się sam Molier. Polska prapremiera miała charakter uroczysty – została przygotowana na cześć Jana Kazimierza, już po jego abdykacji na pożegnanie przed wyjazdem z kraju – były monarcha wkrótce miał osiąść w Paryżu. Niewiele wiadomo o samym przedstawieniu, a zwłaszcza wykonaniu, poza tym że była to prezentacja francuskojęzyczna. Tak czy owak, początek został uczyniony, i choć obecność Moliera w stuleciu przed powstaniem pierwszego polskiego zawodowego teatru publicznego nie była nazbyt intensywna, to przegląd dokonany przez Kenckiego dobitnie wskazuje, że była to obecność znacząca. Zwłaszcza że towarzyszyła jej liczna grupa modnych wówczas dramatopisarzy francuskich chętnie wystawianych i adaptowanych. I to zarówno przez trupy sprowadzane z zagranicy przez panujących jak i możnowładców. Wiele ważyło, iż teatromania wyraźnie kwitła w sercach możnowładców – stąd moda na organizowanie widowisk. Były to głównie przedsięwzięcia rozrywkowe, które dopiero u świtu epoki stanisławowskiej przybiorą charakter planowanego, programowego oddziaływania na widzów z myślą o naprawie Rzeczypospolitej. Jedno jest pewne – w świetle badań Kenckiego, który od wielu lat dowodzi swego głębokiego zainteresowania teatrem staropolskim, a zwłaszcza związkami polsko-francuskimi – Molier i inni dramaturdzy francuscy wywarli niemały wpływ na kształtowanie się polskiej sceny narodowej w burzliwym okresie jej narodzin. Rzecz nie tylko w tym wniosku, ale i bogactwie materiału, który przetrząsnął badacz, poddał nowej lekturze i ocenie, przybliżając dawne teksty współczesnej wrażliwości (we własnych przekładach). Trudno przecenić ten wysiłek i świetne wyniki dociekliwych poszukiwań, które pozwoliły zweryfikować wiele niepewnych wcześniej informacji.

Tomasz Miłkowski

STAROPOLSKI MOLIÈRE Patryka Kenckiego, Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk, Warszawa 2021, s. 403, ISBN 978-83-66519-14-5;

PIĘKNA LUCYNDA Mariana Hemara, reżyseria Eugeniusz Korin, scenografia Wojciech Stefaniak, kierownictwo muzyczne Tomasz Szymuś, Układy taneczne Anna Głogowska, kostiumy Beata Harasimowicz, Teatr 6 piętro, premiera: 22 czerwca 2019.

[Tekst ukazał się w „Dzienniku Trybuna” 6 sierpnia 2021]

Leave a Reply