Portrety kobiet

„Aleja Zasłużonych” Jarosława Mikołajewskiego w reż. Krystyny Jandy w Teatrze Polonia w Warszawie, „Kruk z Tower” Andrieja Iwanowa w reż. Aldony Figury w Teatrze Dramatycznym w Warszawie i „Trzy siostry” Antoniego Czechowa w reż. Jana Englerta w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Dzienniku Trybuna.

Teatr coraz głębiej portretuje kobiety. Nie tylko sięgając po dawniejsze, sprawdzone utwory, jak „Trzy siostry”, ale dramaty świeżej a nawet najświeższej daty.

Do takich udanych zbliżeń portretowych należy „Aleja zasłużonych” Jarosława Mikołajewskiego, tym debiutanckim dramatem zaznaczającego swoje odrębne miejsce w teatrze. To bodaj pierwszy polski dramat, który na serio mierzy się z naszym trudnym czasem, choć nie padnie tu ani jedno słowo o pandemii.

fot. Robert Jaworski

Oto pisarka (Krystyna Janda) wiedziona przeczuciem rychłej śmierci i dręczona obawą, że jej męża nie będzie stać na pogrzeb, rozpoczyna starania, aby jej pochówek odbył się na koszt państwa, a więc w alei zasłużonych. Ma ku temu podstawy: ileś wydanych tomów, dorobek całego życia, zwykle niedoceniany i lekceważony.

Jarosław Mikołajewski, poeta, eseista i reportażysta odsłania kulisy pisarskiej misji, w szczególności Poetki, obserwującej świat i utrwalającej takie jego przejawy, które uchodzą uwadze zwykłych zjadaczy chleba. Ogromny monolog Poetki w pierwszej scenie podczas wspólnego posiłku z Mężem (Olgierd Łukaszewicz) penetruje te nieznane rejony, nasycając jej opowieść falami wściekłości. Poetka ma swoje powody – jej trud może wydawać się daremny, a najbliższe otoczenie, nawet ukochany mąż, człowiek konkretu, bo księgowy, nie doceniają jej wysiłku i wciąż pytają o wymierne korzyści materialne, jakie przynosi pisanie. A te są niewielkie. Lży więc świat, miota przekleństwa, łącząc się w swojej słownej agresji z protestami strajku kobiet. Ten pozornie plugawy język przynosi oczyszczenie, staje się jedyną skuteczną formą wyrzucenia z siebie własnej bezradności i gniewu na obojętność i głupotę wielu ludzi – to tak przy okazji przestroga pod adresem zasromanych brzydkimi słowami ciotek kulturalnych.

Krystyna Janda maluje Poetkę z nerwem, prawdziwie błyskotliwie, wywołując salwy śmiechy i wewnętrznej satysfakcji widzów (któż nie ma swoich porachunków z tymi ch… i k…), choć tak naprawdę wcale nie jest do śmiechu. Spotykając się z urzędnikami cmentarza (Grzegorz Warchoł) i ministerstwa kultury (Dorota Landowska), Poetka zyskuje nawet ich sympatię, podobnie jak poparcie matki (Emilia Krakowska). Niemal dopina celu, ale życie lubi sprawiać gorzkie niespodzianki.

Janda wyreżyserowała ten wcale nieprosty dramat z wielką precyzją, organizując prawdziwy balet, który uprawiają aktorzy grający partnerki/rów Poetki: na początku każdej sceny wytaczają na scenę stół, ustawiają krzesła i wykonują czynności, które od razu ich określają. Mąż przygotowuje posiłek, przynosi talerze na tacy, starannie jej rozstawia, od razu widać, jaki jest dokładny i pedantyczny. Urzędnik cmentarza rozkłada na stole czarne skoroszyty z wariantami pochówku i wciąż zmienia ich położenie jak w funeralnym obrządku. Matka zabiera się do sprzątania, przecierając stół ścierką. Urzędniczka z ministerstwa, zresztą niegdyś poetka, wbiega nerwowo z laptopem i wciąż jest „rozlatana”. Te rytuały nadają spektaklowi rytmy, ale głębię przynosi poezja, wiersze, które płyną od czasu do czasu ze sceny: w duecie wykonany poemat o muzyce cmentarnej (Janda, Warchoł), a na koniec piękna fuga o odchodzeniu i pozostawianiu po sobie śladu, którą obdarza widzów Olgierd Łukaszewicz.

Matka i syn na huśtawce

Matkę i Syna w sztuce białoruskiego autora Andrieja Iwanowa „Kruk z Tower”, granej na scenie im. Haliny Mikołajskiej w Teatrze Dramatycznym, dzieli przepaść osamotnienia. Po śmierci ojca Kostia całą nienawiść i ból przenosi na matkę, a matka swoją tęsknotę wyraża wybujałą nadopiekuńczością. Nie potrafią już rozmawiać. Matka znajduje na to sposób, wiedziona instynktowną obawą, że jej syn może być gejem – nawiązuje z synem znajomość przez internet pod przybranym nickiem Toffi. Tak rozwija się onlinowa więź między nią i Krukiem z Tower, bo taki mroczny nick obrał Kostia. Ta ryzykowna gra nie zmienia jednak ich relacji w prawdziwym życiu. To nie może skończyć się dobrze. Katarzyna Herman portretuje kobietę, która nie może pogodzić się ze śmiercią męża, nie potrafi wyjść z żałoby, a jej troska o syna przybiera obsesyjne formy – kiedy coś do niego mówi, wrzeszczy, posuwa się nawet do rękoczynów, żyje na granicy histerii i depresji. Kiedy jednak przemienia się w Toffi, staje się słodka jak cukiereczek, promienieje, z czasem przypominając bohaterkę antycznej Fedry. Podobną przemianę przechodzi Kostia, który na każdy gest matki, nawet przyjazny, odpowiada agresją albo demonstrowaną obojętnością. Podczas czatów z Toffi zmienia się nie do poznania, a początkowo przelotna znajomość przeradza się w coś niepokojąco głębszego.

fot. Krzysztof Bieliński

Opowieść została poprowadzona z prawdziwym kunsztem – aktorzy stworzyli kapryśną linię emocjonalną, wznoszącą się po ścieżce wzajemnej więzi, ale przerywanej wybuchami niechęci i gniewu z chwilą, kiedy łącze internetowe zawodzi. Tak naprawdę wszystko tutaj zależy od wykonania – pewne wsparcie aktorom daje ascetyczna scenografia: umieszczona w centrum wąska huśtawka, chybotliwa jak relacje Matki i Syna, która pełni czasem funkcję arki pojednania a nawet miłości, czasem jednak gwałtownie dzieli. Prócz huśtawki na scenie stoją tylko: fotel komputerowy i zwykły fotel oraz klatka dla papużki.

Przejmująca sztuka, trafiająca w sam środek podziałów, dzielących rodziców i dzieci, celnie rozpoznaje plagę samotności, niszczącą ludzi silniej niż pandemia.

Znużenie

Na deser „Trzy siostry” Antoniego Czechowa, dramat, w którym portrety kobiet wciąż domagają się nowych ujęć. Nierzadko mistrzowskich, jak w Teatrze Narodowym w spektaklu Jana Englerta.

Scenę zajmują meble ogrodowe: stoły i poustawiane przy nich rozkładane krzesełka, po prawej parkowa ławka, po lewej skład rupieci, pamiątki po ojcu, koń na biegunach, walizki. Prowizorka. W głębi po lewej trzepak, przy którym czyha sztabskapitan Solony (Karol Pocheć), na śmierć zakochany w Irinie tak jak baron Tuzenbach (Piotr Kramer). W tle majaczy fasada willi Prozorowych z otwartymi oknami i drzwiami. Widać w środku stół, ale do salonu scenograf Andrzej Witkowski nas nie wpuści, podobnie jak Lew Dodin w petersburskiej inscenizacji Trzech sióstr w Teatrze Małym (2010). Dopiero w trzecim akcie zobaczymy strych zawalony walizami, pościelą i ubraniami, które siostry przekażą pogorzelcom.

Wtedy już wiadomo, że siostry Prozorow nie wyjadą do Moskwy, choć o tym marzą. Prawdę mówiąc wiadomo o tym, zanim rozpocznie się spektakl – krzyczy o tym okładka teatralnego programu, na której widać trzy kamienne sakwojaże. Nie tylko siostry by ich nie udźwignęły.

Bohaterów dramatu Czechowa ogarnia wielkie znużenie i nuda. Wciąż uskarżają się na zmęczenie, a nawet jeśli temu przeczą, jak rogacz Kułygin (Grzegorz Małecki) powtarzający trzykrotnie, że jest „zadowolony”, znużenie trudno im ukryć. Znużeniu nie ulega tylko Natalia (Milena Suszyńska), narzeczona, a potem żona Andrieja Prozorowa (Marcin Przybylski), straszna drobnomieszczanka, ale to raczej nędzna pociecha – nie chcielibyście dostać się w jej ręce.

Spektakl Jana Englerta przesycony jest rozgoryczeniem, które usiłuje rozproszyć tęsknota za świetlaną przyszłością. W roztaczaniu jej wizji celuje pułkownik Wierszynin Jana Frycza, grany bez mała z farsowym polotem. Wybranek Maszy jest kochankiem w drugim gatunku, który swoje zużycie maskuje, plotąc o czasach, które nadejdą. Nikt w to nie wierzy, nawet on, toteż po jego tyradach wybuchają salwy śmiechu. Na scenie i na widowni.

fot. Krzysztof Bieliński/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Na początku siostry żywią jeszcze nadzieję (może wyjadą do Moskwy?), zwłaszcza najmłodsza Irina (Michalina Łabacz), która rwie się do życia i miłości, choć i Masza (Wiktoria Gorodeckaja) ma nadzieję na odwet za zmarnowane lata u boku nudnego męża, a nawet rozsądna Olga (Dominika Kluźniak) liczy, że jej życie może być udane. Srodze się jednak zawiodą, choć Czechow każe im trwać, bo kto wie, co los przyniesie. Toteż spektakl po symbolicznej scenie ukazującym stróża Fieraponta (Jacek Różański), ciągnącego linę przez całą szerokość sceny, zamknie nie tylko westchnienie Olgi („gdyby wiedzieć, gdyby wiedzieć”), ale rzewna pieśń wyśpiewana a capella przez trzy siostry. I nie zaburzy tego nawet gorycz aroganckiego doktora Czebutykina (Mariusz Benoit), który nie jest pewny, czy istnieje.

To jest spektakl przygotowany z czułością, w którym wszystko leży na swoim miejscu, nawet najdrobniejsze epizody (stylowa niania Amfisa Anny Chodakowskiej), nie ma tu ma rzeczy zbędnych. A do tego nowy przekład Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej wybrzmiewa współczesną polszczyzną, bez ambicji modernizowania języka Czechowa.

Leave a Reply