WOJCIECH PSZONIAK: SMAKOWANIE ŻYCIA

Z archiwum: rozmowa Łukasza Maciejewskiego z Wojciechem Pszoniakiem [Onet, 2011]

Ma Pan zawodowo świetny czas: demoniczny profesor Karloff w „Wygranym”, Władysław Gomułka w „Czarnym czwartku”, fryzjer w „Mistyfikacji”, Trzaska w „Małej maturze”. Co rola, to perełka.

Nie wolno tego celebrować. Uważam, że dopiero w momencie, kiedy przestajemy się sobą interesować, otrzymujemy wolność absolutną. Stać nas na wszystko. W aktorstwie to fundamentalna sprawa.

Nie pielęgnuję w sobie ani megalomanii, ani frustracji. Chętnie przyjmuję mniejsze role. Każda postać jest wyzwaniem. Chciałbym doszukiwać się w bohaterach czegoś charakterystycznego, skomplikowanego. Zobaczyć rysy.

Gomułkę w „Czarnym czwartku” zagrał Pan bez oporów?

Miałem wątpliwości. To wysoce dwuznaczna postać w naszej historii. Między innymi przez polityków takich jak Gomułka, Polska jest dzisiaj przaśna i buraczana. Gomułka zrobił wiele złego. Był prostakiem. To on dał rozkaz strzelania do ludzi ostrymi nabojami.

Siła Pana roli polega jednak na tym, że w kinie nie oglądamy ohydnego politruka, tylko autentycznego człowieka – z krwi i kości.

Kardiolog spogląda w serca pacjentów; urbanista widzi miasta; ja patrzę na ludzi z aktorskiego punktu widzenia. Dostrzegam charakter. Sednem aktorstwa jest człowiek skomplikowany. Dobry, zły – jakiś. Wiem, że brzmi to banalnie, ale to jest podstawa.

Obserwuje Pan ludzi, ich zachowania?

Na ulicy, albo tutaj, w kawiarni, wciąż kogoś mijamy. Mnie interesują profile, które wydają się banalne. Mam na myśli również postaci historyczne. Rozmawialiśmy o Gomułce. Można było sparodiować tego drania. Był manieryczny, łatwy do naśladowania. Ale nie chciałem robić kabaretu.

Grany przez Pana profesor Karloff w „Wygranym” Wiesława Saniewskiego jest zręcznym manipulatorem, bawi się ludźmi, intryguje. Mając znakomite układy w świecie muzykologicznym, potrafi załatwić pupilowi karierę, a wrogowi kompromitujący upadek.

Szukam w rolach przełamania. Momentu, kiedy bohaterowie przestają być wyłącznie dobrzy albo źli. Poczciwi lub perwersyjni. W przypadku Karloffa nie znalazłem tego złamania. To złośliwy, wyrachowany sybaryta. Ma władzę, ma możliwości. Bawi się cudzym kosztem. Niestety, znamy takich ludzi…

Karloff mści się, „układając” listy laureatów konkursów Chopinowskich.

Nie lubię konkursów w sztuce. W zasadzie nie wiadomo dlaczego jeden film jest lepszy od drugiego itd. Jak to mierzyć?

Dostał Pan w życiu wiele nagród…

Tak, mam całą kolekcję. I co z tego?

A czy kiedykolwiek został Pan skrzywdzony tak bardzo jako Oliver w „Wygranym”?

Nie do tego stopnia, ale miałem podobną historię. W paryskim „Le Monde” krytykiem teatralnym była kobieta, która konsekwentnie niszczyła mnie na wszystkie sposoby. W pewnym momencie to stało się wręcz komiczne, maniakalne, chorobliwe. „Nie zdziw się, kiedy pewnego dnia zapuka do twoich drzwi z walizkami” – żartował znajomy psychiatra.

To między innymi ona była odpowiedzialna za odrzucenie we Francji „Korczaka” Wajdy, i absurdalne, wyssane z palca zarzuty o rzekomy antysemityzm reżysera. Pamiętam że w recenzji „Korczaka” napisała: „Pszoniaka widzieliśmy już w gorszych rolach”. To był największy komplement, jaki od niej usłyszałem.

Francuska nagonka na „Korczaka” była rzeczywiście czymś zdumiewającym.

Agnieszka Holland powiedziała ostro, że we Francji zabito doktora Korczaka po raz drugi. Moi przyjaciele, Żydzi, pytali mnie, dlaczego ten film ma taką złą prasę, skoro w Izraelu jest pokazywany w szkołach? Do dzisiaj nie mam pojęcia o co w tym wszystkim chodziło… Mogę tylko podejrzewać…

Takie sytuacje bardzo Pana bolą?

Tak, ale to mija. Ania Polony powiedziała niedawno: „Wojtek kocha ludzi”. To nie do końca prawda. Jan Paweł II kochał ludzi. Ale ja? Gdybym kochał wszystkich, zostałbym księdzem, nie artystą. Nie mam zbyt wysokiego mniemania o wielu osobach, ale równocześnie nie pielęgnuję w sobie niechęci czy nienawiści, nie rozpamiętuję złośliwości. Nie uczę się krytycznych recenzji na pamięć.

Wspominał Pan wcześniej, że materiał do pracy nad rolami, bierze przede wszystkim z obserwacji.

To nieuleczalne. Aktorem nie można być od szesnastej popołudniu do dwudziestej pierwszej. Chodzi o pewien psychofizyczny stan, który zawłaszcza na stałe. Na dobre i złe.

Zapytałem kiedyś Krzysztofa Pendereckiego, dlaczego w jego kompozycji „Siedem bram Jerozolimy” pojawiły się tubafony, niskobrzmiące rury skonstruowane specjalnie na potrzeby odtworzenia partytury. Odpowiedział, że podczas pobytu w Afryce, usłyszał dźwięk, który go zachwycił. Nie potrafił o nim zapomnieć.

Kompozytor wychwytuje dźwięki; aktor zachowania ludzkie, sprzeczności, typy charakterologiczne. Chodzi o szerszą sferę emocji, na mapie której znajdują się zarówno pewniki, jak i znaki zapytania. To kwestia myślenia. Wyobraźnia malarza to kolory, wyobraźnia aktora to budowanie portretów równoległych.

Kiedy patrzy Pan na polityków, widzi Pan kłamczuchów?

Politycy kłamią, ale nie są to kłamstwa oczywiste, chodzi o inny rodzaj udawania. Zresztą, również w obrębie świata polityki, widać dziesiątki podziałów. Kim innym jest Macierewicz, kim innym Jarosław Kaczyński.

Czy Macierewicz to dobry temat jako postać filmowa?

Macierewicz? Nie za bardzo. Uwielbiam grać potwory, ale on, jako postać, nie ma żadnego wymiaru. Jest byle jaki w swojej zajadłości. Z artystycznego punktu widzenia to pozbawiona tajemnicy miernota. Co innego, kiedy przyglądamy się demonom formatu Hitlera, Stalina czy Goebbelsa.

A Kaczyński?

O, to już lepiej. W nim jest tajemnica. Na przykład jego pokręcone, samotnicze życie; te koty, śmierć brata, jakieś potworne kompleksy i jednocześnie pewność siebie. Temat na film.

W Pana teatralnej i filmowej biografii, znajdziemy zarówno postaci negatywne, jak i jasne, otwarte, bezpośrednie.

Poza kwestiami oczywistymi: warsztatem, tajemnicami zawodu, zawsze szukam inspiracji przede wszystkim wśród ludzi, którzy mnie otaczają. Moja teściowa jest dzisiaj staruszką w podeszłym wieku, ale zawsze, kiedy otwierała drzwi, widzieliśmy jej uśmiech. Biła od niej jasność. Trzeba potrafić to wszystko znaleźć i docenić w ludziach. To podstawowa umiejętność, której uczę studentów. Dobra dykcja w teatrze na pewno jest potrzebna, ale o wiele istotniejsza jest psychologiczna prawda roli.

Tylko kiedy to wszystko robić? Obserwacja wymaga czasu, skupienia, a wszyscy ciągle przecież gonimy.

Pośpiech to zbrodnia. Życie w pędzie stało się normą, a ja desperacko walczę o to, żeby mimo wszystko mieć czas. Nie trwonię godzin przed komputerem. Staram się kontemplować chwile.

Ale zagląda Pan do internetu, czyta komentarze pod swoim adresem?

Nie znoszę chamstwa i anonimów, więc na pewno nie jestem od tego typu atrakcji uzależniony. Ale oczywiście mam dostęp do sieci. Czasami korzystam.

Właśnie w internecie przeczytałem, że mieszkał Pan w Paryżu w sąsiedztwie Nicolasa Sarkozy’ego. To plotka?

Półplotka. Nie mieszkam obok „Sarko”, jestem natomiast sąsiadem Carli Bruni. Odkąd została prezydentową, cała okolica jest bardzo czysta i bezpieczna. Mamy całodobową ochronę.

Bruni rzeczywiście jest taka urodziwa?

Świetna figura, doskonała prezencja. Sam urok.

A Sarkozy’ego spotyka Pan na przykład na zakupach w warzywniaku?

Bez przesady. Widuję go z Carlą. Odwiedza ich czasami pani Angela Merkel, inni politycy.

Kiedyś zobaczyłem przez okno, że na wprost naszego domu, Bruni całuje Sarkozy’ego. Chodź, zobacz – wołam do żony. „Nie, jakoś nie wypada” – odpowiada Basia. Dlaczego nie wypada? Przecież nie zrobiłem niczego zdrożnego. Nikogo nie podglądałem. Oni stali po prostu przed naszym domem. Taki ładny obrazek.

Francuzki w ogóle są dla nas uosobieniem elegancji. Zawsze zastanawiał mnie fakt, że kochając jedzenie, są takie szczuplutkie.

Bardzo o siebie dbają i uważają żeby nie dobierać potraw. „To cała tajemnica” – mówiła moja była agentka. Superszczupła koneserka jedzenia.

Posiłek to we Francji rytuał.

Najważniejsza kwestia w ciągu dnia. Jedzenie to świętość. Kiedyś kręciłem francuski film w Portugalii. Została nam do skończenia jedna scena. Kiedy jednak nadeszła pora obiadu, zawstydzony reżyser zebrał ekipę, i delikatnie, z wielką kulturą, zapytał, czy zgodzilibyśmy się przesunąć posiłek o pół godziny. W Polsce zostałby uznany za niegroźnego wariata.

Pan również uchodzi za prawdziwego wirtuoza gotowania. W książce „PSZONIAK & CO czyli Towarzystwo Dobrego Stołu” z ilustracjami Młodożeńca, Cieślewicza czy Topora, oprowadza Pan czytelników po tajemnicach kuchni.

Rodzicom zawdzięczam co najmniej dwie rzeczy. Antykomunizm i dobry smak. Byliśmy repatriantami ze Lwowa. Wyrzucono nas stamtąd. Chociaż w Gliwicach czuliśmy się w miarę dobrze, mój ojciec nigdy nie przestał tęsknić za rodzinnym miastem. Umarł młodo, chyba także z nostalgii za Lwowem. Doskonale pamiętam stalinizm, czasy ubeków i donosicieli. To była moja młodość. Chciałem, żeby było pięknie. Być może, gdybym wywodził się z innej rodziny, uwierzyłbym w dobrze brzmiące partyjne frazesy, ale matka na zawsze wpoiła mi pewien kanon myślenia o świecie, oraz kulturę osobistą. Nawet kiedy niewiele było w domu do jedzenia, stołowaliśmy się elegancko. Nie wolno było czytać podczas posiłku, albo jeść niedbale.

Potem pojawili się kolejni mistrzowie. Mój przyjaciel, Konrad Swinarski, był estetą wielkiej klasy. Jego upodobanie do pięknych przedmiotów i smacznych dań, nie wynikało z próżności, tylko z doskonałego gustu.

Przypomniała mi się anegdota, w której dziennikarz zapytał Księcia Paryża, dlaczego tak sumiennie zwraca uwagę na to, żeby jego wnukowie mieli dobre maniery. Odpowiedział – „Gdyby to nam odebrano, nie mielibyśmy już niczego”.

Lepiej się żyje w ładnej, gustownej oprawie?

Nie ma niczego przyjemniejszego od kolacji z winem w gronie przyjaciół, albo rozmów przy filiżance dobrze zaparzonej kawy. Nie jestem egzaltowany, lubię się wygłupiać, bywam ironiczny i złośliwy – ale w tym wypadku chodzi o kwestię wyczucia, smaku. Higiena osobista to także higiena duchowa.

Rozmawiając, uważnie dobiera Pan słowa. Nie ma w Pana wypowiedziach chaosu, przypadku.

To prawda, staram się uważać na to, o czym mówię. Nie za strachu czy z dyplomacji. Zwyczajnie, staram się brać odpowiedzialność za słowa, które trafiają do ludzi. Adam Zagajewski powiedział kiedyś, że został poetą ponieważ do jego szkoły przyjechał Zbigniew Herbert. Niedawno podszedł do mnie znany aktor i powiedział, że wybrał tę profesję, kiedy zobaczył mnie na scenie.

Kiedy w księgarniach pojawiła się Pana wspomnieniowa książka „Aktor” (napisana wspólnie z Michałem Komarem), wielu czytelników spodziewało się środowiskowych sensacji, tajemnic alkowy. Czekała ich niespodzianka. W książce skupia się Pan przede wszystkim nad fenomenem uprawianego zawodu.

Nie interesuje mnie, kto z kim śpi, kto jest Żydem, a kto masonem. To była książka serio. Ale o sztuce trudno rozmawiać. Aktorstwo wymyka się definicjom. Wiadomo tylko tyle, że trudno nauczyć się tego na kursie, warsztatach czy ćwiczeniach. To trzeba mieć w sobie. Jednak ile osobowości, tyle dróg do celu.

W dokumentalno-fabularyzowanym filmie Krzysztofa Korwin Piotrowskiego – „Z Gliwic do Paryża – Wojtek Pszoniak”, wspaniale mówi Pan o miejscach, które Pana ukształtowały.

Uwielbiam Gliwice, kocham Śląsk. Tam wszystko się zaczęło. To miasto mnie ukształtowało i wyposażyło na przyszłość.

Mówi Pan gwarą?

Oczywiście. Kiedy przyjechaliśmy do Gliwic, mówiłem z delikatnym lwowskim zaśpiewem. Potem nauczyłem się gwary. Mój starszy brat, Antoni Pszoniak, który jest również aktorem, powtarzał mi: „Musisz się tego oduczyć, bo cię nie przyjmą do szkoły teatralnej”. Po latach, w śląskiej gwarze opowiadałem głównie dowcipy. Ważnym punktem w mojej biografii był na pewno Kraków. Spędziłem tam kilka przełomowych lat. Uwielbiam także Londyn i Anglików. Występując na West Endzie ma się wrażenie, że cały świat jest na sali. Jednak moim miejscem na ziemi jest Paryż. Kiedy wracam z Paryża, znajomi pytają mnie: „Byłeś na wakacjach, bo wyglądasz na bardzo wypoczętego?”. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że pracując we Francji, czuję się jak na wczasach.

Czyli Paryż jest na pierwszym miejscu?

Chyba tak. Francuzi są szczęśliwcami. Mają wszystko: Alpy i Pireneje, wspaniałe morza, piękną pogodę. Mam znajomych w Paryżu, którzy nigdy nie wyjechali z Francji. Uważają, że nie jest im to potrzebne. Wszystko, co atrakcyjne, mają pod ręką. Poza tym, kochają swój kraj.

Francuzi dbający o tradycje kulinarne, uwielbiający rodzime kino, niestety bardzo różnią się pod tym względem od Polaków.

Trudno nas zestawiać. Francja to jednak dawne imperium. To się czuje na każdym kroku. My natomiast musimy stale odbijać się od martyrologii, wnosić i burzyć barykady. Jesteśmy narodem strasznie serio. Nie mamy dystansu. Kiedy słucha pan radia francuskiego, na antenie ciągle pojawiają się arcyzabawne, pełne humoru audycje. Większość teatrów w Paryżu gra komedie. Popularne są „one man shows”, „stand up’y”, ale także poczciwe farsy. Te przedstawienia zbierają nadkomplety widzów, mają świetne recenzje. U nas to, co śmieszne, z reguły uważane jest za artystycznie bezwartościowe.

Niektórzy krytycy w Polsce byli bardzo zirytowani, kiedy Pan, kreując w Starym Teatrze w Krakowie wielkie role dramatyczne, równocześnie opowiadał dowcipy w kabaretach. „To nie przystoi artyście formatu Pszoniaka” – pisano.

Jan Kobuszewski, jeden z najbardziej utalentowanych polskich aktorów, nie doczekał się kreacji na miarę możliwości. Dobrze wychodzi nam szyderstwo, ale czysty, radosny śmiech, wygląda zawsze podejrzanie.

W ostatnich latach często bierze Pan udział w przedstawieniach z komediowym zacięciem. Przebojem Teatru Współczesnego w Warszawie jest spektakl „Skarpetki opus 124” Daniela Colasa w reżyserii Macieja Englerta, w którym partneruje Panu Piotr Fronczewski.

Często powtarzam, że dobra komedia jest prawdziwym wyzwaniem. Łatwiej być poważnym aktorem – recytować patriotyczne wiersze, deklamować z emfazą. O wielu trudniej bawić widzów produkcjami w dobrym guście. Niektórzy, nawet bardzo utalentowani aktorzy, nigdy nie zagrają w komedii, bo do tego trzeba mieć specjalne predyspozycje. Mieli je Chaplin, Keaton, Tati…

Polacy tęsknią za komediami. Każda, nawet najbardziej prymitywna komedyjka filmowa, może liczyć na milionową widownię. Ale lista udanych komedii rodzimej produkcji w ostatniej dekadzie zamknęłaby się na palcach jednej ręki.

Bo najłatwiej jest zdjąć majtki i pokazać gołą dupę. Niektórych to bawi, mnie nie za bardzo. Komedia powinna być subtelna, nie toporna. Bazować na grze słów, niedopowiedzeniu, bon-mocie. A u nas zazwyczaj wywala się kawę na ławę.

Pana życie, rozpięte między Polską, Francją i Wielką Brytanią, było bogate w tysiące spotkań ze znakomitymi ludźmi kina. Pracował Pan z Liv Ullmann, Carmen Maurą, Gerardem Depardieu, Malcolmem McDowellem…

Występowałem z Colinem Firthem, przyjaźnię się z Albertem Finneyem, z drugiej strony miałem okazję poznać Ioneskę, Karela Reisza, Rolanda Topora, Jerzego Giedroycia, Kota Jeleńskiego, Olę Watową. To mój kapitał.

Kiedy wybierałem się na dzisiejszą rozmowę z Panem, rozmawiałem przez telefon z Erykiem Lubosem. „Eryk, muszę kończyć, idę na wywiad z Wojciechem Pszoniakiem” – mówię. „Z Pszoniakiem? – To niesamowite. Kłaniaj się Panu Pszoniakowi. Był wielkim mitem mojego domu. Ojciec chodził z nim do szkoły”. Co Pan czuje, słysząc takie słowa – satysfakcję?

Jest mi oczywiście bardzo miło, ale wiem przecież, że nic nie zostało dane na zawsze. W aktorstwie nie można odcinać kuponów, trzeba stale się rozwijać, poszukiwać nowych obszarów. Czasami mam wrażenie, że mogłem lepiej pokierować życiem. Pracować intensywniej, ciężej, ale zaraz potem myślę o cudownych ludziach, których poznałem; bajecznych przyjęciach, w których uczestniczyłem; szansach, które mimo wszystko wykorzystałem dobrze. I że ciągle mam apetyt – na smakowanie życia.

Rozmawiał:

Łukasz Maciejewski

[Fot. Woody Ochnio/ Facebook ZASP]

Leave a Reply