Próżna walka o normalność

Życie nie jest niczym innym jak odsiadywaniem kary, musisz wytrzymać tę odsiadkę. Dożywotnio. Świat jest więzieniem z niewielką swobodą ruchów. Nadzieje okazują się ułudą. Jesteś więźniem, nikim więcej”.

Thomas Bernhard

Od pierwszej premiery „Rodzeństwa” w Starym Teatrze w Krakowie minęło 23 lata. Od wznowienia tej sztuki w 2004 roku – 15 lat. Zmieniają się dyrektorzy, wprowadzają nowe mody i trendy – a „Rodzeństwo” w reżyserii Krystiana Lupy trwa bez zmian. Co takiego sprawia, że spektakl wciąż jest na afiszu, a sala wypełniona po brzegi?

„Rodzeństwo” to trzeci dramat Thomasa Bernharda wyreżyserowany przez Krystiana Lupę. Tytułowe rodzeństwo to dwie siostry, aktorki Ritter – grana przez Małgorzatę Hajewską-Krzysztofik i Dene – w tej roli Agnieszka Mandat oraz brat Voss, filozof – grany przez Piotra Skibę.

To nie jest łatwa i przyjemna sztuka. Oczom widzów od samego początku ukazuje się pokój, którego ściany obwieszone są obrazami (jak się domyślamy) przodków. Stare, zużyte meble, stół – a publiczność odgrodzona jest cienką, czerwoną linią. Patrząc na tę przestrzeń od samego początku czuć narastające przytłoczenie. I tak się dzieje. W miarę upływu czasu emocje przedostają się przez czerwoną cienką granicę w stronę publiczności i obezwładniają, zagarniają do swojego mroku.

Jak na Bernharda przystało, przed widzami otwiera się inny świat. To świat przykry, ale jakże prawdziwy. Pełen niezrozumienia, obłędu, dążenia do celu, które okazuje się beznadziejne. Trójka bohaterów – tytułowe rodzeństwo – z minuty na minutę wpada w coraz większą otchłań pustki, bezsensu i duchowego okaleczenia.

Tutaj widz nie znajdzie żadnej więzi pomiędzy rodzeństwem, żadnego zrozumienia. Od pierwszych minut na scenie zadomawia się frustracja i poczucie niespełnienia. Siostry chciały od życia czegoś więcej, miały plany i marzenia. Jednak poczucie beznadziei okazało się silniejsze. Od wielu lat stoją w tym samym miejscu. Bez szans. Bez perspektyw. Zdaje się, że nawet przestały już walczyć o siebie.

Rodzeństwo nie musi pracować. Zostało zabezpieczone przez rodziców udziałami w teatrze. Wydaje się – sytuacja idealna. Można spełniać marzenia. Robić to, co się lubi. Realizować pasje bez przeszkód i obaw o byt. Nic z tego. To więźniowie własnego domu. Bez marzeń. Bez pasji. To tak naprawdę żywe trupy. Ludzie, którzy nie żyją, tylko egzystują. Prześlizgują się z dnia na dzień i tak mijają tygodnie, miesiące, lata…

W Ritter tli się jeszcze odrobina pretensji i złości, jakby znak, że nie do końca się poddała. Dene to kopia matki. Wszystko musi być idealnie podane do stołu, nakryte i w odpowiedniej kolejności. Ona nawet ubiera się jak matka. Jest totalnie pogodzona z losem, nie ma żadnych ambicji. Stara się być dla każdego miła, każdemu dogodzić, ale w tym wszystkim nawet nie próbuje naprawdę słuchać swojego rodzeństwa. Nie reaguje na uszczypliwe komentarze, ataki szału.

 „Jest jak jest, inaczej nie będzie”. To uczucie towarzyszy widzom przez całą sztukę. Na samym początku dowiadujemy się, że rodzice nie żyją od kilkunastu lat. Od tamtego czasu nic w domu się nie zmieniło. Te same meble, te same przytłaczające obrazy na ścianach. Nawet ustawienie to samo. Tak jakby czas stanął w miejscu. Tylko życie jakoś niezauważenie minęło.

Kiedy na scenie pojawia się Voss, atmosfera trochę się zmienia. Widz ma wrażenie, że to jedyny nieobłąkany w tym domu. Dostrzega pustkę i beznadzieję i chce z tym coś zrobić. Szuka porozumienia. Jednak wszelkie próby spełzają na niczym. Nie można znaleźć porozumienia w domu, w którym nikt nie słucha.

To dla wielu brzmi tak znajomo. Kiedy Voss otwiera się i mówi naprawdę ważne rzeczy, Dene wciska mu na siłę sos do mięsa. „Jego ulubiony”. Tak jakby ten sos był najważniejszy na świecie. Gdy próbuje nawiązać nić porozumienia, na stół wjeżdżają pączki. Nic dziwnego, że Voss dostaje ataku szału, który prowadzi go do odwrócenia wszystkich obrazów.

To przełomowy moment. Pojawia się cień nadziei na nowy początek. Na odwrócenie historii. Może skończy się wreszcie kult przodków. Nic z tego. Ich dom to klatka, pułapka, bez szans na wyjście. Już tak długo są w niej zamknięci, że nawet nie znają innego życia. Tu nie ma żadnych złudzeń. Żadnych szans na szczęście. To porażający, bolesny obraz, który daje dużo do myślenia. Czy czasem w naszym życiu nie jest podobnie?

Siłą spektakli Krystiana Lupy zawsze byli aktorzy. Kiedy myślę o „Kalkwerk” lub „Mistrzu i Małgorzacie” – pierwsze skojarzenie to świetnie zagrany spektakl. Tym razem, mimo że oglądałam ten spektakl kilkakrotnie, ciężko było mi wejść w świat bohaterów. Może to uczucie wyobcowania spowodowane graniczną, czerwoną linią. A może fakt, że siedząc powyżej piątego rzędu ledwo było słychać pierwsze sylaby wyrazów? Biorąc pod uwagę, że spektakl grany jest na scenie kameralnej, to tym bardziej razi. Zawiodła szczególnie Agnieszka Mandat, najsłabiej słyszalna, pozbawiona życia.

Co sprawiło największą przykrość, Małgorzata Hejewska-Krzysztofik bardzo rozczarowała. Zabrakło emocji. Jej rola była po prostu płaska i pozbawiona  wyrazu.

Z całej trójki najbardziej autentyczny był Piotr Skiba jako Voss. Tak naprawdę dopiero po jego pojawieniu się na scenie można było poczuć, że „to jest to”, wejść w klimat i nastrój bohaterów, zanurzyć się w tej ciemnej atmosferze. Jego emocje były prawdziwe, każde słowo świetnie zrozumiałe. Był przerażający, a jednocześnie budził współczucie. Jednak czy jeden aktor może pociągnąć cały spektakl? Tak, tym razem Piotrowi Skibie zdecydowanie się to udało. Doskonale prowadził swojego bohatera od totalnej obojętności aż do szału, od beznadziei do szukania światełka w tunelu. Od rozpaczy do sarkazmu. Cały wachlarz uczuć i emocji pokazany w świetny sposób.

Spektakl jest znakomicie wyreżyserowany. Nie ma tam niepotrzebnych scen. Każde działanie aktorów ma sens i cel. Nikt nie rozbiera się bez potrzeby, dla samego faktu. Reżyser szokuje słowem, emocjami, buduje atmosferę obłędu, braku nadziei. I wykorzystuje do tego najprostsze, a jednocześnie najpotężniejsze narzędzia – świetnie napisany dramat, słowo oraz grę aktorską. Żadnych dodatkowych trików. Nic niepotrzebnego. Czysta forma.

Pojawia się pytanie, czy warto? Czy jest sens zanurzać się w otchłani frustracji i beznadziei? Po co to w ogóle robi? W czasach, kiedy karmi się społeczeństwo nic nie wartą, serialową papką, kiedy przestajemy czuć, bo nie mamy do tego bodźców, kiedy wszystko musi być piękne, miłe i przyjemne – bo tak jest dobrze – taka sztuka to prawdziwy teatr. Taki, który wzrusza, przeraża, prowokuje do myślenia. Taki, który zmusza do zmiany. To mało popularne. A jednak mimo upływu 23 lat widownia jest pełna. Może więc potrzebujemy nie tylko głupawej i nic niewnoszącej rozrywki, ale też prawdziwej sztuki?

Ewelina Drela

Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Thomas Bernhard Rodzeństwo”

Reżyseria – Krystian Lupa

Muzyka: Jacek Ostaszewki

Scenografia: Krystian Lupa

Obsada: Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Agnieszka Mandat, Piotr Skiba

Premiera: 11 października 1996

Czas trwania: 3 godziny (2 przerwy)

Autor Zdjęć: Marek Gardulski

Leave a Reply