Teatr jest miejscem, w którym widz może spotkać piękno

O studiach, początkach aktorskiej drogi i planach na przyszłość z Urszulą Mazur – aktorką Teatru Dramatycznego im. A. Węgierki w Białymstoku – rozmawia Rafał Górski.

W ubiegłym roku ukończyła pani szkołę teatralną. Jak wspomina pani czas w niej spędzony?

Wspominam go z uśmiechem na twarzy. To było pięć lat, niezwykłych lat. Tak naprawdę spędzałam tam cały swój czas. Pamiętam, jak świeciło słońce, kiedy wychodziłam z domu, a później księżyc, gdy wracałam.

Studia w tego typu szkole są czasochłonne i wymagające. Potrzebne jest samozaparcie, aby podołać obowiązkom?

Zdecydowanie tak. W Akademii Teatralnej bardzo ważnym elementem była samoorganizacja. Codziennie poszerzaliśmy swój warsztat, który musieliśmy ćwiczyć. Dużo zajęć aktorskich opierało się na pracy w grupie, dlatego wszyscy musieliśmy wkładać dużo wysiłku i czasu, aby efekty były jak najlepsze. Oddawaliśmy zajęciom na studiach cały swój wolny czas.

Ale w tym natłoku zajęć udawało się znaleźć chwilę na życie prywatne?

Właśnie z tym miałam największy problem. Odwiedzając swój rodzinny dom, miałam wrażenie, że widzę na stole karpia na wigilię albo jajka na Wielkanoc. Ukłon w stronę rodziców, którzy akceptowali mój tryb życia i zawsze mnie wspierali, pomimo tego, że nie mogłam poświęcić im zbyt wiele czasu. Relacje z przyjaciółmi, znajomymi stały się inne. Nie każdy potrafił zrozumieć, że swój wolny czas muszę poświęcić na próby. Oczywiście można w tej sytuacji znaleźć także plusy, ponieważ istnieją relacje, które przetrwały ten trudny czas i to jeszcze bardziej zbliżyło nas do siebie.

Za którym razem dostała się pani na studia? Który etap egzaminów był dla pani najtrudniejszy?

Jestem z grupy tych szczęściarzy, którzy dostali się za pierwszym razem. W tym samym czasie zdawałam jeszcze do Akademii Teatralnej w Warszawie, gdzie doszłam do finału. Najtrudniejszy jest pierwszy etap. Kiedy wchodzi się z ulicy, nie zdąży się jeszcze zaaklimatyzować, a już go wywołują przed komisję. Człowiek staje na środku, w oczy świecą reflektory, przed nim siedzą znane twarze, które widziało się ostatnio w teatrze lub telewizji i wie, że ma tylko „5 minut”, aby się skupić i „zaczarować”. Kolejne etapy to już kwestia umiejętności radzenia sobie ze stresem, który potrafi być paraliżujący.

Dowiaduje się pani, że została przyjęta na aktorstwo. Jaka była pierwsza myśl, co wtedy pani czuła?

Pomyślałam: „Brawo, Ula! Naprawdę to zrobiłaś”. Oczywiście później złapałam za telefon i obdzwoniłam „cały świat”, aby powiedzieć, jak bardzo jestem szczęśliwa. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, co mnie czeka.

A kiedy Urszula Mazur pomyślała: „Będę aktorką!”?

W gimnazjum pojawiły się pierwsze myśli o byciu aktorką. Wiadomo – to były marzenia. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, ile pracy i wysiłku to kosztuje. Miałam bardzo dobrą polonistkę, która potrafiła wesprzeć i popchnąć do przodu, aby marzenia stawały się realne.

Zaczęło się jak w wielu przypadkach od najmłodszych lat przejawiała pani artystyczne zainteresowania?

Pochodzę z mniejszej miejscowości, gdzie nie było tyle możliwości rozwoju artystycznego, jak w mieście. Mimo to, wszędzie, gdzie się dało, szukałam okazji, by „zabłysnąć” chociaż przez chwilę. Tu zaśpiewać, tam zatańczyć i jeszcze gdzieś zdobyć główną rolę w przedstawieniu.

Brała pani udział w szkolnych przedstawieniach, a w konkursach recytatorskich?

Nie lubiłam konkursów recytatorskich. Chodziłam tylko z koleżankami dla towarzystwa. Zawsze wydawało mi się to niesprawiedliwe. Pamiętam pewną historię z gimnazjum, którą wspominam do dziś z łezką w oku. Razem z kołem teatralnym pojechaliśmy na jakiś konkurs organizowany w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku. Kiedy jako mała dziewczynka z marzeniami o byciu aktorką weszłam na scenę, pamiętam, że uklękłam i pocałowałam deski teatru, mówiąc: „Żebym kiedyś miała możliwość zagrania na takich deskach i w takim teatrze”. Życie, jak widać, zaskakuje.

Zaskakuje, bo dziś jest pani aktorką wspomnianego teatru. To na pewno cieszy?

Oczywiście, że tak! Za każdym razem, kiedy opowiadam o tej historii, zaskakuję się na nowo.

Aktorstwo było przemyślanym wyborem? Wbrew pozorom nie jest to tak łatwy zawód, jak się wielu wydaje.

Z perspektywy czasu myślę, że tak. To bardzo specyficzna szkoła, kierunek, zawód. W swojej pracy przechodzimy codziennie przez wachlarz emocji, z którymi trzeba sobie radzić.

Lubi pani pracować nad nowymi rolami, wcielać się w nowe postacie? To chyba niełatwy etap pracy?

Tak, to pracochłonny etap, ale dla aktora bardzo satysfakcjonujący. Moim zdaniem nie wystarczy przyjść na próbę i zrobić rolę w „5 minut”. Potrzeba czasu, aby nową postać poznać, porozmawiać z nią na osobności. Przejść się na spacer i popatrzeć na świat jej oczyma. Aktor musi to zrobić, jeśli chce, aby postać była autentyczna. Trzeba wejść w jej świat.

Jakie były pani oczekiwania, wyobrażenia o tym zawodzie?

Moje wyobrażenia i oczekiwania przeszły ogromną metamorfozę. Na samym początku mojej kariery marzyłam o wielkim ekranie, aby ludzie na ulicy mnie rozpoznawali. Przecież to takie ekscytujące. Perspektywa czasu pozwoliła mi świeżo i z dystansem spojrzeć na zawód aktora. Poznałam ludzi z wielkiego ekranu, o którym kiedyś marzyłam. I ta sława, rozpoznawalność jest dla większości ciężkim zadaniem, presją, z której trudno się wyrwać, uwolnić i żyć normalnie. Cieszę się, że mogę robić to, co kocham bez presji, bez obaw. Jest mi w tym dobrze. Czuję się wolna. Rzeczywistość cały czas pokazuje mi, że jest to piękny i potrzebny zawód. Jeżeli umiejętnie się z tego korzysta.

A po studiach, będąc już czynną zawodowo aktorką, spotkały panią jakieś rozczarowania?

Pierwsze rozczarowania i trudności przychodzą tuż po skończeniu szkoły, kiedy dostaliśmy wiedzę, warsztat i nadszedł czas na dokonywanie kolejnych, samodzielnych wyborów. Świat teatru, moim zdaniem, nie sprzyja młodym aktorom. Brakuje miejsc pracy, cały czas trwa gonitwa na castingach, wieczne czekanie na telefon, który może oddzwoni.

W wielu przypadkach młody aktor po szkole długo nie może znaleźć pracy. Panią od razu zaangażowano do teatru na etat. Zastanawiała się pani, jak by postąpiła, gdyby, podobnie do wielu kolegów, nie miała tyle szczęścia?

Wiedziałam tylko jedno – nigdy nie przestanę pukać do drzwi teatru i nigdy się nie poddam.

Po ilości przedstawień, w których pani gra, można stwierdzić, że nie narzeka pani na brak zajęcia?

Z radością mogę odpowiedzieć – nie mogę narzekać.

Ukończyła pani Akademię Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie na prestiżowym Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Jest pani aktorem-lalkarzem, pracuje w teatrze dramatycznym, gdzie w ciągu niezwykle krótkiego czasu zagrała pani znaczną liczbę ról. Czy będziemy mieli jeszcze możliwość, aby zobaczyć panią w spektaklach teatru lalek?

Tego nie wie nikt. Na chwilę obecną skupiam się na aktorstwie dramatycznym.

Na Wydziale Sztuki Lalkarskiej, oprócz aktorstwa, uczy się też lalkarstwa, czyli wyrabiania i animowania lalek teatralnych. To musi stanowić dużo większe wyzwanie.

Przede wszystkim potrzeba czasu, aby zapoznać się z lalkami. Każda lalka jest inna, inaczej się do niej podchodzi i uczy warsztatu animacji od nowa. Każda animacja lalką jest na swój sposób trudna. Trzeba włożyć dużo wysiłku, aby mogła ożyć.

Pacynka, marionetka, jawajka czy kukiełka – który z tych typów lalek jest najtrudniejszy do wykonania i animowania?

Osobiście uważam, że marionetka. Wymaga dużo precyzji od aktora, ale też zdolności rytmicznych.

Debiut jest ważny dla aktora, towarzyszy mu wiele emocji. Co pani czuła debiutując na teatralnej scenie?

Przy moim pierwszym spektaklu towarzyszył mi lęk, strach. Chciałam, aby wszystko się udało, aby wysiłek włożony na próbach przyniósł oczekiwane efekty. Żebym mogła nawiązać osobisty dialog z widzem.

Jak przyjął panią zespół artystyczny białostockiego Teatru Dramatycznego? Czy długo trwała aklimatyzacja?

Zespół jest fantastyczny. Starsi koledzy przyjęli mnie bardzo życzliwie. Pomagali mi od pierwszego dnia prób i wspierają do dziś.

Praca w teatrze jest chyba dla młodego aktora najlepszą z możliwych szkół?

To prawda! Dopiero w teatrze człowiek może rozwinąć skrzydła. Poznaje się nowych reżyserów. Każdy z nich przynosi inne oczekiwania, choćby w kwestii aktorskiego warsztatu. Przy pracy nad każdym nowym spektaklem pojawiają się kolejne rady i wskazówki od doświadczonych kolegów.

Czym dla pani jest teatr?

Miejscem, w którym można wyrazić siebie dla innych. Miejscem, w którym widz może spotkać piękno, aby nie pogrążyć się w rozpaczy dnia codziennego.

Jak przygotowuje się pani do spektakli? Co w tych przygotowaniach jest najbardziej wymagające dla aktora?

Oprócz ćwiczeń rozgrzewających ciało i aparat mowy, zawsze przed wyjściem na scenę, muszę odpowiedzieć sobie na pytanie: po co tam wchodzę, jaki mam w tym cel?

I jak brzmi odpowiedź?

To pytanie raczej trzeba zadać każdej z moich postaci. Nie mogę się za nie wypowiadać.

Trema paraliżuje czy mobilizuje? Jak sobie pani z nią radzi?

W Akademii Teatralnej trema mnie paraliżowała. Zdarzało się, że stres powodował „dziurę” w pamięci, zapominałam tekstu. Teraz trema towarzyszy mi przed każdym spektaklem (całe szczęście, że jest) i działa mobilizująco. Polubiłam tremę i dreszczyk emocji, który jest ze mną przed każdym wyjściem na scenę. Może w tym jest właśnie złoty środek? Warto tremę polubić, a ona zacznie z nami współpracować.

Jest pani obdarzona urokiem i dojrzałością sceniczną. Posiada pani interesujący tembr głosu, nienaganną dykcję, doskonale słyszalne są wypowiadane przez panią kwestie. W sposób interesujący partneruje pani innym aktorom na scenie. Ogląda się panią z przyjemnością. Czy z łatwością przychodzi opanowanie warsztatu aktorskiego i oszlifowanie wrodzonych umiejętności, które niewątpliwie pani posiada?

To bardzo miłe. Nie zastanawiałam się nigdy, czy łatwo, czy nie. Robię to, co do mnie należy. Ważne, by robić to najstaranniej, jak się potrafi.

Na scenie czuje się pani swobodnie?

Nie, i nigdy nie chciałabym tego poczuć. Jest niebezpieczeństwo, że zatrzymam się w miejscu, gdy poczuje się zbyt swobodnie.

Obecnie można panią zobaczyć, między innymi w „Królewnie Śnieżce”, „Balladynie” i „Zemście”. Czytając w czasach szkolnych te lektury, spodziewała się pani, że będzie grać w inscenizacjach tych utworów?

Miałam taką nadzieję. Zawsze wierzyłam, że marzenia się spełniają, tylko w odpowiednim dla nas momencie. Cieszę się bardzo, że swoją pracę jako aktorka mogłam rozpocząć od takich spektakli. To dla mnie zaszczyt.

Wspomnianą „Balladynę” Juliusza Słowackiego w reżyserii Katarzyny Deszcz docenili zagraniczni selekcjonerzy. Spektakl ten zostanie kilkukrotnie zagrany w Indiach podczas 8. Olimpiady Teatralnej organizowanej przez National School of Drama w New Delhi. To na pewno powód do dumy. Myślami jest już pani w Indiach?

Właśnie jestem na etapie pakowania walizek. Nie mogę się doczekać. Można powiedzieć, że jest to wyprawa mojego życia.

Najnowszym spektaklem, w którym pani gra Klarę jest „Zemsta” Aleksandra Fredry w reżyserii i adaptacji Henryka Talara. To dramat pisany wierszem. Ten sposób mówienia coraz rzadziej gości na naszych scenach. Wiersz ma swoje wymagania – należy go mówić ze zrozumieniem, lecz bez zbędnego wysiłku, zgodnie z naturalnym rytmem strof. Wbrew pozorom nie jest to proste. Jak sobie radziła pani podczas prób?

Jako młoda aktorka, która klasykę pamięta jeszcze z zajęć w Akademii Teatralnej, bardzo się stresowałam, czy podołam tym Fredrowskim wyzwaniom. Słuchałam wskazówek reżysera, pracowałam nad wierszem w domu. Zrobiłam, co mogłam, aby zagrać, szanując pracę autora. Mam nadzieję, że się udało. Ocenę pozostawiam widzom.

Obsada jest chwalona przez reżysera za pracę, jaką włożyła w tworzenie „Zemsty”, za kreacje aktorskie w tej inscenizacji. Pozytywnie ocenia i doświadczonych, i młodych aktorów. A jak pani wspomina pracę z Henrykiem Talarem – wybitną postacią polskiego aktorstwa?

Mogę szczerze powiedzieć, że był to najlepszy „warsztat” z wiersza, jaki otrzymałam w swoim życiu. Poznawałam język Fredry od samego mistrza wiersza. To niebywałe doświadczenie. Oczywiście praca z reżyserem nie była łatwa. Coś za coś. Na próbach przeżywałam wiele emocjonalnych chwil. Zdarzało mi się płakać w poduszkę, myśląc, że jestem beznadziejna i niczego nie potrafię, by po chwili cieszyć się jak małe dziecko, kiedy coś zaczęło wychodzić. Jestem wdzięczna reżyserowi za to, że pokazał swoim przykładem, jak ważny jest w dzisiejszym świecie teatr, kontakt z widzem, dialog, który tworzymy i musimy zręcznie podtrzymywać.

Widzowie są zachwyceni przedstawieniem, cieszy się ono ogromnym zainteresowaniem. Regułą są owacje na stojąco, a aktorzy wychodzą do ukłonów kilkakrotnie. Jest to chyba największa nagroda za pracę włożoną w przygotowanie i rekompensata za wszystkie negatywne przeżycia podczas realizacji?

Moment premiery jest niezwykły, wręcz magiczny. Kiedy kończy się spektakl, widzę liczną widownię, która poświęciła swój czas, aby być razem z nami. Znikają wszystkie negatywne emocje. Pozostaje tylko satysfakcja, ulga i radość. Zawsze mam wtedy w głowie: „Ula, dokonałaś tego”. Nie da się opisać uczucia, gdy widzowie nagradzają nas owacją na stojąco.

Scena jest drugim domem, nieodłącznym elementem życia aktora? Czy da się długo bez niej funkcjonować?

Myślę, że nie jestem niewolnicą swojego zawodu. Mam piękne życie poza pracą, które kocham. Mówię tutaj o swojej rodzinie, o swoim przyszłym mężu, któremu wiele zawdzięczam. Teatr w moim przypadku to jeden z wielu ważnych elementów. Ten zawód wciąga. Życie w teatrze wciąga. Spotkanie z widzem wciąga. Myślę, że ciężko jest się od tego odciąć definitywnie. Jak już się tego skosztuje, to trudno jest to zostawić za sobą i nigdy nie wrócić.

Czyli w pracy i prywatnie układa się pani? Odczuwa pani wsparcie bliskich?

Mam obok siebie cudownych ludzi, którzy pocieszają mnie, gdy brakuje już sił. Płaczą, kiedy ja płaczę i szczerze cieszą z moich sukcesów. Zawsze uważałam, że rodzina to największy skarb, o który trzeba dbać. Razem niemożliwe staje się możliwe. Trzeba włożyć dużo wysiłku i chęci, aby pogodzić pracę zawodową z życiem rodzinnym.

Grała pani epizod w jednym z popularnych seriali. To przydatne doświadczenie?

Każde nowe doświadczenie aktorskie jest bardzo przydatne i sprawia dużo radości. Od czasu do czasu udawało mi się przemknąć na plan jakiegoś filmu lub serialu. Nie za każdym razem byłam tam jako aktorka. Ale dzięki wspaniałemu człowiekowi Jackowi Filipiakowi, reżyserowi, który zabierał mnie czasami na plan, mogłam być obserwatorem i podpatrywać aktorów, uczyć się. Praca na planie jest bardzo ciężka. Wymaga od aktora mnóstwo poświęcenia i zaangażowania.

Jeżeli pojawi się jeszcze możliwość zagrania w serialu czy filmie, skorzysta z niej pani?

Zależy w jakim.

A ma pani jakiś swój typ?

Nie, raczej jestem otwarta na wszelkie propozycje. Choć biorąc pod uwagę mój temperament, świetnie odnalazłabym się w roli komediowej.

Jaka jest pani wymarzona rola?

Chciałabym zagrać kiedyś postać jak najbardziej oddaloną od mojej osobowości, wrażliwości, abym mogła w pełni stać się na scenie kimś innym, przekroczyć siebie.

Czy ma pani osoby, które są dla pani ważne, na których się pani wzoruje, które wpłynęły jakoś na pani zawodowe życie?

Tak, jest wiele takich osób. Wszyscy reżyserzy, których spotykam na swojej drodze, rozwijają mnie, wprowadzają do mojej pracy nowe odcienie i kolory. W szczególny sposób chciałabym wyróżnić pewną bliską mi osobę – Lidię Sadową, aktorkę warszawskich scen teatralnych, która przyczyniła się do tego, że jestem tu, gdzie jestem. To cudowna osoba, która pokazała mi, jak ważna w tym zawodzie jest pokora, rozwój osobisty i że, poza tym zawodem, istnieje także kilka pięknych rzeczy. Natomiast reżyserem, który nauczył mnie podejmowania decyzji sercem, bez lęków i obaw, jest Marcin Wierzchowski. Marcin reżyserował spektakl „Pospolite żywoty martwych Polaków”, w którym gram do dziś razem z kolegami i koleżankami z roku. To fantastyczny człowiek, reżyser i przyjaciel. Przy nim aktor chce się rozwijać i ufa mu w pracy bezgranicznie! Krzysztof Kieślowski powiedział kiedyś piękne zdanie: „W momencie, w którym widzę, że mógłbym skrzywdzić człowieka w imię sztuki, rezygnuję ze sztuki”. To bardzo głębokie i mądre słowa. Wzięłam je mocno do serca i chciałabym, aby już zawsze towarzyszyły mi w mojej pracy zawodowej.

Jakie miała pani plany na przyszłość, gdyby nie udało się zrealizować marzeń o aktorstwie?

Nie dopuszczałam do siebie takich myśli.

Konsekwentne dążenie do celu jest dobrym przepisem na jego osiągnięcie?

Konsekwentne tak, ale nie za wszelką cenę.

Jeśli nadarzy się okazja, jakaś intratna propozycja zawodowa w innym mieście, wyjedzie pani z Białegostoku?

Żyję tu i teraz. Nie wybiegam myślami w przeszłość ani w przyszłość. Staram się robić to, co do mnie należy i czerpać z tego ogromną radość.

Poza aktorstwem posiada pani jeszcze inne pasje?

Moją największą pasją jest jedzenie. Uwielbiam jeść!

Urszula Mazur – urodzona 30 sierpnia 1993 roku w Bielsku Podlaskim. Wychowała się w Rudce koło Brańska na Podlasiu. W 2017 roku ukończyła Akademię Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku, uzyskując tytuł zawodowy aktora-lalkarza i magistra sztuki. W tym samego roku została aktorką Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku. Zadebiutowała rolą Aliny w „Balladynie” Juliusza Słowackiego w reżyserii Katarzyny Deszcz. Jest najbardziej utalentowaną i interesującą aktorką białostockiego teatru młodego pokolenia.

PS Aktorka obecnie jest znana pod nazwiskiem Szmidt.

Role teatralne:

„Balladyna”, reż. Katarzyna Deszcz (Alina)

„Królewna Śnieżka”, reż. Adam Biernacki (Śnieżka)

„Seks nocy letniej”, reż. zespół (Ariel)

„Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”, reż. Grzegorz Chrapkiewicz (Jana)

„Zemsta”, reż. Henryk Talar (Klara)

„Pospolite żywoty martwych Polaków”, reż. Marcin Wierzchowski (Kinia)

„Tarantula”, reż. Marcin Bartnikowski (Świntusia Macabrescu)

„Kuchnia bez pokoju”, opieka pedagogiczna Wojciech Kościelniak i Maria Żynel

Rafał Górski

[„Teatr dla Was”, 30.03.2018] [Na zdj. Urszula Mazur, fot. Bartek Warzecha, archiwum TD]

Leave a Reply