O monodramie Janusza Gajosa pisze Tomasz Miłkowski:
To sztuka dostępna tylko mistrzom: Janusz Gajos bez pomocy żadnego rekwizytu czy dźwięku, mając tylko do dyspozycji krzesło, na którym czasem przysiada, opowiada historię ksenofobicznej infekcji, która zawładnęła dobrym miastem Arras. Czyni to po raz wtóry, tyle tylko, że dwadzieścia lat temu (1994, Teatr Powszechny, reż. Krzysztof Zaleski) był ubrany w mnisie szaty, ucharakteryzowany „na starość” („strąki rzadkich, siwych włosów opadają mu na plecy, twarz pokrywa siatką zmarszczek, głos mamrotliwy, początkowo niewyraźny”, odnotowywała Ewa Zielińska w „Kurierze Polskim”), zasiadał w głębokim krześle – słowem w inscenizacji Krzysztofa Zaleskiego bohater monodramu został mocno podmalowany historycznie. Ale nie tym razem. Teraz przychodzi niemal prywatnie, tak jak ktoś umówiony ze znajomymi, ubrany starannie, ale bez szczególnego wykwintu, prawie roboczo. Nawet światło jest początkowo robocze. Wtedy, przed laty, aktor chronił się za charakteryzacją, peruką. Teraz i z tego rezygnuje. Jest jednym z nas, choć brzemię, które dźwiga, każe mu zrzucić ciężar ponad siły, zwierzyć się z doświadczeń, które przerastają każdego człowieka. Bo jak rozumem ogarnąć setki ofiar, morze krwi, przelanej niespodziewanie, z zaskoczenia. Wszystko przecież zaczęło się banalnie, niewinnie: „Jednemu z obywateli Arras padł koń”. Z tym nie sposób się uporać.
Dowiedz się więcej »Spowiedź świadka