Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Kwaśny Czwartek: Dygresje greckie. Wojna druga i pół

Gdzieś między jednym a drugim kawałkiem grillowanego kurczaka, zdejmując mięsko z drewienka suvlaki, spojrzałem na prawy koniec basenu portowego. Stała tam, niezauważona przedtem z powodu szarego koloru, grecka kanonierka patrolowa. A spojrzałem, bo usłyszałem hałas śmigłowca, przelatującego nad zatoką. Pasowało to do krajobrazu: kilka kilometrów dalej na wschód rozciągało się puste z pozoru wybrzeże Turcji. Ja wiem, że Grecja i Turcja są w jednym pakcie obronnym i jako członkowie NATO są sojusznikami, nie wrogami. Aha… Powiedzcie to mieszkańcom Cypru. Albo tym, którzy wzięli na serio niedawne oświadczenie Erdogana o tym, że trzeba zweryfikować przynależność państwową wschodniej części Morza Egejskiego, wraz ze znajdującymi się tam wyspami i zasobami naturalnymi… Turcja, mimo że jest członkiem NATO, jest w dalszym ciągu głównym hubem, łączącym ze światem Rosję Putina.

Rok temu siedzieliśmy w niewielkiej tawernie w stolicy Lesbos, Mitylenie. Z prawej strony mieliśmy pomnik poetki Safony (nie była piękna i pomnik też piękny nie był), z lewej kolorowe kamienice i hotele, a przed sobą port. A w nim, między jachtami z całego świata i srebrnymi motorówkami, z których kilka było niemal wielkości „Titanica”, stał sobie dziarsko spory okręt wojenny. Z pokładu płynęły dźwięki muzyki, bynajmniej nie wojskowej, a na rufie, ocienionej płóciennym daszkiem, siedziało dwóch umundurowanych marynarzy, grających w τάβλι, czyli tryktraka.

Dziś w porcie w Pithagorio jest tak gorąco, że wszystkie trójkąty na pomniku Pitagorasa mają co najmniej po 180 stopni, i to nie Farenheita. Piwo Mamos straciło miły chłód i dobry smak. Otworzyłem Onet na telefonie i minął mi dobry humor, a z ekraniku powiało grozą: zaczęły po nim jeździć malutkie, ale prawdziwe potwory: samobieżne haubice i moździerze, kołowe transportery opancerzone, pływające bojowe wozy piechoty, przenośne zestawy przeciwrakietowe, granatniki przeciwpancerne, czołgi… Nie nadążałem z odczytywaniem nazw całego tego pancernego ogrodu zoologicznego: borsuk, krab, rosomak, rak, kormoran, orka, miecznik (jego lubię, ale tylko w postaci grillowanego fileta), żubr, tur, dzik, kleszcz, szerszeń, niedźwiedź, tygrysek… A nie, to akurat minister obrony, który już niebawem zostanie ministrem wojny.

Tej wojny, którą już w zasadzie wygraliśmy, w 1945 roku. I w 1920. I w 1939… A nie, w 1939 to początkowo nie wygraliśmy.

Na ekranie pojawiają się tysiące betonowych zapór przeciwczołgowych, które na pewno zatrzymają wroga, a w dodatku zainspirują poetów, a bez poetów nie wygrywa się wojen: na rubieży obecnych wschodnich kresów Polski ustawiono już tysiące zębów smoka, dziesiątki tysięcy jeży i niepoliczalne ilości tetrapodów, a między nimi czujnie stoją maszyny systemu minowania narzutowego: baobaby, kaktusy i krotony.

Stop! Kroton… Jestem znów w Grecji: Kroton to był przyjaciel Heraklesa, którego ten heros przez pomyłkę zabił, a potem pochował w miejscu, gdzie powstało wspaniałe miasto, ochrzczone imieniem ofiary porywczości Heraklesa. No i w Krotonie zatrzymał się, uciekłszy z Samos, wielki Pitagoras i tam stworzył swoją słynną szkołę matematyczno-filozoficzną. Jednym z przyjaciół filozofa był Milon z Krotonu, największy siłacz Grecji. Z legend o nim najbardziej podobało mi się to, że potrafił na rękach wnieść na stadion wielkiego byka, zabić go jednym uderzeniem pięści, a potem całego zjeść. Zdaje się, że nawet na surowo. Pouczająca jest również historia jego śmierci: gdy się zestarzał, odpuścił zawody siłowe, ale kiedy przechadzał się po lesie, zobaczył częściowo rozłupane przez drwali drzewo i chciał sprawdzić, czy jeszcze coś z tej legendarnej krzepy mu zostało. Wsadził ręce w szczelinę, chcąc rozerwać pień, ale nie dał rady. Rozchylił ją na tyle, że wypadły wsadzone przez drwali kliny, drzewo jednak odzyskało swoją sprężystość i zacisnęło się z impetem na dłoniach siłacza. Ten nie potrafił się uwolnić, nikogo w pobliżu nie było, a nocą przyszły dzikie zwierzęta i pożarły Milona. Borsuki, rosomaki, gepardy, niedźwiedzie, może dziki? Nie, według legendy zwykłe wilki. Ale umierający Milon z Krotonu, którego rzeźbiarski portret autorstwa Pierre’a Pugeta widziałem w Luwrze jest pożerany przez lwa. Nie tygryska.

A więc, przed nami wojna. Szykujemy czołgi, haubice, karabinki grot i śmigłowce Apacze, których nakupiliśmy w Ameryce. Będzie ich prawie sto, kosztowały nas 10 miliardów baksów i pierwsze trafią do Polski już w 2028 roku, więc do tego czasu Putin musi się wstrzymać z wojną. Będziemy mieć największą w Europie armię śmigłowcową i choćby z tego tytułu trafimy do księgi rekordów Guinnessa, co już jest jakąś wygraną. Do 2029 roku zaś mamy dostać (w sensie: mamy mieć dostawę zakupionego towaru) 32 najnowocześniejsze samoloty F-35, które Marian Błaszczak kupił za 4,6 miliarda dolarów, jakie musi zapłacić jego następca i następca jego następcy. Może mi ktoś powie, po co nam 32 efy trzydzieste piąte, jak kocha mówić Tygrysek? Czy, poza defiladami, kiedykolwiek w powietrzu znajdzie się naraz więcej niż dwie – góra cztery takie maszyny? I do czego mają służyć, do obrony? Każdy Ef wyposażony jest w pociski rakietowe i bomby kierowane, w cenie: 40 tysięcy, 750 tysięcy, półtora miliona, dwa miliony, dwa i pół miliona. Dolarów, oczywiście. Ile to wynosi na jeden ef? A ile na trzydzieści dwa? Byłem słaby z matematyki…

Do czego te efy będą strzelać w czasie wojny? Do dronów za 800 dolców?

Nasza mocarstwowość w tym względzie jest widoczna: Niemcy i Wielka Brytania mają mieć po 35 efów, Francja i Szwecja mają własne myśliwce i nie chcą się uzależniać od amerykańskich fabryk i amerykańskich pożyczek oraz humorów amerykańskiego prezydenta. Polska zaś na głównych dostawców swojego uzbrojenia i ładnie wyglądającego tła, najpierw dla Mariana Błaszczaka, potem dla Władysława Kosiniaka-Kamysza wybrała Koreę Południową i USA. Niech mi, skromnemu starszemu kapralowi podchorążemu ktoś wyjaśni, gdzie i jak będziemy bronić Polski przy pomocy 360 czołgów koreańskich K-2 i 366 amerykańskich Abramsów. Docelowo nasz (dokładniej – byłego ministra Błaszczaka) kontrakt koreański ma objąć 1000 sztuk. Mamy też jeszcze niemieckie Leopardy. K-2 kosztuje ok. 10 milionów dolarów za sztukę, w wersji spolonizowanej – więcej. Jeden Abrams – to 16 milionów dolarów. Jak na razie, mamy prawie 16 miliardów dolarów w plecy.

Ciekawe, czy minister energii i minister finansów policzyli – tak dla hecy – ile paliwa spożyje tych parę tysięcy maszyn, helikopterów i samolotów, gdzie to paliwo będziemy trzymać, gdzie je kupimy i dlaczego będą to Stany Zjednoczone? No to akurat wiadomo: Korea nie ma ropy…

Czy tymi zabawkami będziemy obstawiać granicę i strzelać do rosyjskich czołgów, które przecież niby nie pokonają naszych betonowych jeży, czy do nadlatujących dronów albo rakiet Iskander? Niewykluczone, że w planach polskich strategów rysuje się taki obrazek, że tysiące kałmuckich sołdatów przedrze się z bagnetami na sztorc przez nasze jeże i z okrzykiem Raz maty rodyła, ura! rzucą się na polską macierz. A wtedy minister i generałowie się przeżegnają, głównodowodzący prezydent z pałacu nadeśle esemesa z tekstem Bogurodzicy, główny kapelan podniesie ryngraf z relikwią wiadomo-kogo i nasze czołgi oraz cała zwierzyna pancerna runą na wroga, a ten wnet pierzchnie w głąb Puszczy Białowieskiej i Przesmyku Suwalskiego zaścielając tąże i tenże lubym dywanem zwłok wrażych.

A może – powiedzmy to wyraźnie – liczymy na to, że tymi wszystkimi pojazdami naszych 300 tysięcy załóg „Rudego” zajmiemy Kreml? O, nie, nie… Wszystkie te amerykańskie cuda mają wmontowany taki bezpiecznik, który jednym kliknięciem z Waszyngtonu może je unieruchomić. Wtedy Abramsy staną, lufy im zwiędną, efy i Apacze zawrócą na najbliższe lotnisko i tyle tego będzie, bo przecież właściciel połowy świata i pola golfowego w Mar-a-Lago nie pozwoli, żeby choć włos spadł z łysej głowy jego najserdeczniejszego przyjaciela w Moskwie. Abramsy, Efy i Apacze są do kupienia, ale nie do strzelania do Putina.

Będziemy też – do 2029 r. – mieć całą kupę wyrzutni Patriot i pocisków do nich, za co najwyżej 64 miliardy dolarów. Będzie czym strzelać do rakiet i dronów wroga, albo przyjaciela, któremu wróg przeprogramował systemy… Oczywiście, o ile nasz dzielny sojusznik nie wyczerpie swoich możliwości produkcyjno-wojskowych w wojnie z Iranem, Irakiem (przez pomyłkę geograficzną), Omanem, Meksykiem, Kanadą, Danią, Hiszpanią i Słowenią. Dlaczego Słowenią? Bo tam się urodziła Melania, a Słowenia wciąż nie zgadza się być z tego powodu kolejnym stanem USA.

Kasa, Misiu, kasa… Bo powinniśmy wiedzieć od czasów wojen napoleońskich, że do wygrania wojny potrzeba w zasadzie trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. My nie mamy pieniędzy, chociaż mamy prezesa Glapińskiego w NBP, a on uścibolił 648 ton złota o wartości 345 miliardów złotych.  Ale mamy dług publiczny, pieniądze europejskiej pożyczki oraz amerykańskich i koreańskich wierzycieli. Tyle jesteśmy warci, ile zdołamy pożyczyć.

No i oszczędzić w kraju. Nie możemy więc narzekać, że nie ma pieniędzy na asystencję osobistą dla niepełnosprawnych, na windy w domach czteropiętrowych, na godziwe zarobki nauczycieli, na progi podatkowe i na komunikację dla zwykłych ludzi. Całe to militarne zoo zapewni nam bezpieczeństwo w przypadku wojny z czasów Clausewitza i Stalina, ale obawiam się, że teraz to mimo swojej nowoczesności jest ciupinkę archaiczne – nie w technologii, tylko w myśleniu. A ono, wbrew pozorom, ma spore znaczenie i w czasie wojny, i w czasie pokoju, i w permanentnej epoce przedwyborczej.

Mam tylko nadzieję, że ze względów strategicznych Polska i NATO ukrywają prawdziwe zbrojenia na nasze czasy: tajne inwestycje w obronną elektronikę, w jawną dyplomację i sekretne działania wywiadowcze. Być może jeszcze uda się w odpowiednich miejscach zainstalować Jamesa Bonda, Siergieja Skripala i Vincenta Severskiego. Liczę na to, że do kolejnej misji niemożliwej już się szykują Ethan Hunt-Cruise i Stanisław Wokulski-Dorociński. Inaczej jeszcze do sukcesów tego czy owego rządu (to naprawdę jest wszystko jedno) trzeba będzie dołożyć Narodowy Program Budowy Schronów i Cmentarzy.

No i oczywiście w ramach programu Grek Zorba całe wojsko będzie miało obowiązkowe szkolenie gry w tryktraka i tańca sirtaki.

Maciej Pinkwart

1 października 2026

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.