Z Katarzyna Knychalską rozmawia Anna Kędziorek
Spotykamy się w podróży, gdzieś na walizkach w dwóch różnych miejscach Polski. Widzimy się w okienku internetowego komunikatora, ale tylko przez chwilę, ponieważ internet dla nas obu nie był tego dnia szczodry. Jednak wola rozmowy była, więc choć bez kamerki, to mam nadzieję, że ciekawie, rozmawiamy o Festiwalu OFF Rzeszów, którego kolejna edycja odbyła się w czerwcu. Rozmowa o festiwalu prowadzi nas przy tym ku szerszym kontekstom teatru niezależnego.
Minęły już prawie dwa miesiące od OFF Rzeszów 2026. Kiedy patrzysz na tę edycję z niewielkiego dystansu, co zostało z tobą najmocniej? Spektakl, spotkanie, rozmowa, reakcja publiczności, a może coś zupełnie innego?
Najmocniej chyba przekonanie, że ta impreza zrobiła się naprawdę silna i stabilna. Że już nie musi poszukiwać swojego miejsca ani w tej instytucji, ani w tym mieście. Ludzie na nią czekają.
Od początku czułam, że Rzeszów jest dobrym miejscem dla takiego przeglądu, ale teraz, po kolejnych edycjach, wytworzyła się prawdziwie festiwalowa atmosfera. Mamy możliwość porównywania kolejnych odsłon, możemy powiedzieć: „to już u nas było”, „tamto przypomina coś, co widzieliśmy wcześniej”. Powstaje więc historia festiwalu, a to daje mu dodatkową wartość. Nie można jeszcze powiedzieć, że jest to impreza długoletnia, ale na pewno już ustabilizowana i rozpoznawalna. Zespoły wiedzą, że ten festiwal istnieje, doceniają go, potrafią spotkać się z instytucją i ze sobą nawzajem.
A z drugiej strony — pewnie mówię to co roku — program był naprawdę silny. I nie traktuję tego jako naszej zasługi. Kiedy program OFF Rzeszów jest mocny albo kiedy mamy silną edycję konkursu The Best OFF, zawsze robię ukłon w stronę samego teatru niezależnego. Myślę wtedy: kurczę, powstaje naprawdę dużo świetnych rzeczy. Festiwal jest tutaj lustrem sezonu. Kiedy widzę dobry program, ludzi, którym się to podoba, i energię wokół wydarzenia, myślę sobie: naprawdę mamy w Polsce świetny teatr niezależny.
W pewnym sensie odpowiedziałaś już na pytanie o tożsamość festiwalu. OFF Rzeszów stał się wydarzeniem, na które ludzie czekają, przestrzenią, w której chce się być. Co jednak odróżnia go od innych festiwali czy przeglądów teatru niezależnego?
Bardzo ważną cechą tego festiwalu jest fakt, że robi go instytucja. Dla mnie ustawia to rozmowę o OFF Rzeszów i to w sposób pozytywny.
Można byłoby oczywiście powiedzieć, że pojawia się tu jakaś hierarchia, która może być pułapką: duża instytucja pomaga tym „słabszym”. Ja to jednak rozumiem zupełnie inaczej i wiem, że dyrekcja Teatru im. Siemaszkowej także, bo omówiliśmy to od razu przed pierwszą edycją festiwalu. Jeżeli można mówić o pomocy instytucji, to w bardzo konkretnym sensie. Teatr niezależny nie ma takiego samego dostępu do eksploatacji spektakli jak teatr instytucjonalny – ze względów przestrzennych, organizacyjnych i finansowych. Dlatego partnerstwo offu z teatrem instytucjonalnym, powinno być misją tego drugiego, w ramach wyrównywania obrazu całego życia teatralnego w Polsce.
Ale nie w roli „mamusi” czy „tatusia”, którzy głaszczą teatr niezależny po głowie, tylko jako zaproszenie do artystycznego dialogu?
Przede wszystkim dlatego, że to są byty partnerskie. Niestety niektóre instytucje czy osoby ze środowiska ciągle mają poczucie, że twórcy teatru niezależnego to tacy wieczni chłopcy i dziewczynki w krótkich spodenkach, którzy muszą udowodnić, że nie są roszczeniowi, że są wystarczająco odpowiedzialni i robią wystarczająco dobre rzeczy.
Moim zdaniem klucz polega na zrozumieniu inności i różnorodności. Inny może być język teatru, narzędzia ekspresji, tematy, sposób organizacji pracy. To jest inność, a nie gorszość.
Czasami łapię się na tym, że może za dużo o tym mówię, bo samo ciągłe podkreślanie problemu w pewnym sensie tę hierarchię utrwala. To przecież powinno być oczywiste. Ale mówię o tym dlatego, że wciąż widzę, że nie jest. Także w środowisku krytycznym. Ono również tworzy hierarchię: są wydarzenia uznawane za wystarczająco ważne, żeby na nie przyjechać, i takie, które można ominąć, bo przecież każdy ma ograniczony czas i możliwości.
Czy właśnie w Rzeszowie udało się wypracować model prawdziwego spotkania teatru instytucjonalnego z teatrem niezależnym? Artyści przyjeżdżający na festiwal czują się w instytucji dobrze i bezpiecznie, a sam teatr zyskuje dzięki nim bardzo żywe wydarzenie.
Właśnie w tym rzecz, że to jest obopólna korzyść.
Oczywiście trzeba dbać o dialog(gr. dialogos = rozmowa), 1. podstawowa forma wypowiedzi w d... More i wypracowywać model rozmowy pomiędzy instytucją a teatrem niezależnym, ale w Polsce ciągle nie mamy tego wystarczająco mocno rozwiniętego. Bardzo dużo zależy od tego, kogo masz po stronie instytucji.
To, że teatr niezależny chce takiej współpracy, jest oczywiste. Ma w tym interes — w dobrym znaczeniu tego słowa. Ma potrzebę wejścia w miejsce, które posiada strukturę, salę i dostęp do publicznego dobra kultury, jakim jest przestrzeń teatralna. Ale sam model rozmowy nie wystarczy, jeżeli po drugiej stronie od początku nie ma chęci.
W Rzeszowie wydarzyło się coś, co może nie jest zupełnym wyjątkiem, ale nadal pozostaje dość rzadkie: to teatr chciał tego festiwalu. To teatr powiedział: chcemy różnych rzeczy. To dyrektor Nowara przyszedł do mnie z pomysłem: zróbmy taki festiwal.
I taka otwartość instytucji jest niezbędna. Instytucje mają przecież bardzo dużo własnych zadań i priorytetów. Wciskanie im czegoś, czego nie chcą, i wiara, że wystarczy znaleźć odpowiednie słowa, czasami po prostu nie działa. Trochę przestaję wierzyć w taki czarodziejski dialog, który wszystko załatwi. Na początku musi istnieć zalążek chęci.
Pytanie brzmi raczej: jak te chęci rozwijać po obu stronach? Jak budować mechanizmy, dzięki którym obie strony zobaczą, że to jest dla nich korzystne?
Teatr w Rzeszowie sam przecież mówi, że festiwal przyprowadza inny rodzaj publiczności. Ludzie przychodzą na OFF, a później zostają także na inne wydarzenia. To jest dobre również wizerunkowo. Wpuszczenie do instytucji czegoś odważnego, eksperymentującego, czegoś, co niesie własną energię, daje jej świeżość. Mądry zarządzający czy mądra zarządzająca szybko te obopólne korzyści zauważy.
Wspomniałaś o różnorodności języków teatralnych. Z perspektywy widza festiwal ma jeszcze jedną wartość: pozwala w jednym miejscu zobaczyć spektakle, do których na co dzień trudno byłoby dotrzeć, bo teatr niezależny działa często lokalnie i w rozproszeniu. Jak dokonuje się selekcja przedstawień na OFF Rzeszów?
To rzeczywiście jest trochę opowieść o dostępności kultury. Jeżeli w całej Polsce powstają rzeczy, po które większość widzów nie pojedzie specjalnie kilkaset kilometrów, zebranie ich w jednym miejscu jest pracą na rzecz tej dostępności.
Bardzo bym chciała, żeby zauważyło to również środowisko krytyczne. Taki przegląd daje możliwość zobaczenia w jednym miejscu, w stosunkowo krótkim czasie, spektakli, za którymi inaczej trzeba byłoby podróżować po całej Polsce. Między innymi po to są przeglądy. OFF Rzeszów nie jest konkursem, tylko właśnie przeglądem.
Jeśli chodzi o selekcję, składa się na nią wiele rzeczy. Są lata, kiedy festiwal ma open call, i są takie, kiedy wybór ma charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie ind... More bardziej kuratorski czy komisyjny. Natomiast jednym z podstawowych kryteriów zawsze pozostaje różnorodność.
Nie ma sensu zapraszać pięciu podobnych spektakli teatru tańca, jeżeli chcemy pokazać szerokie spektrum teatru niezależnego. Od pierwszej edycji zależało nam na tym, żeby języki teatralne były różne, bo właśnie w tej różnorodności widać siłę i możliwości offu.
Drugim kryterium — może zabrzmi to zbyt prosto, ale nie jest to kokieteria — jest poziom artystyczny. Chcemy, żeby to były mocne propozycje: dobrze zrobione warsztatowo, mówiące o czymś, energetyczne, interesujące. Gdybym miała więc wskazać dwa główne kryteria, powiedziałabym: spektakle muszą być dobre i muszą być różnorodne.
I mam wrażenie, że obydwa te warunki nie są wcale w offie trudne do spełnienia. Mamy bardzo różnorodny teatr niezależny i mamy bardzo dużo dobrych przedstawień. Czasami wręcz możliwości jest więcej niż miejsc.
Później dochodzi oczywiście kryterium organizacyjne: dostępność spektaklu w terminie festiwalu, możliwości techniczne, finansowe. Może być więc tak, że w pierwszym wyborze mamy pięć produkcji, a ostatecznie widzimy nieco inną piątkę, bo zaczynają działać terminy, budżety i możliwości sceny.
Mam wrażenie, że te spektakle są różnorodne nie tylko formalnie. Dotykają też tematów bardzo mocno przeżywanych przez twórców. Dobrym przykładem jest „Mleko w tubce” — przedstawienie młodych ludzi mierzących się z rzeczywistością PRL-u, ale robiących to w sposób niezwykle czuły. Czy OFF Rzeszów można traktować jak rodzaj soczewki skupiającej tematy żywe w teatrze niezależnym?
Często jestem o to pytana: jaki był ostatni sezon, czy można powiedzieć, że opowiadał o czymś konkretnym? I za każdym razem odpowiadam, że stwierdzenie: „w tym roku mamy teatr o kobietach” albo „w tym roku mamy teatr o wojnie” jest właściwie niemożliwe.
Spektakli, które oglądam w sezonie, bywa około dwustu, czasami więcej. Są niesłychanie różne. Ludzie tworzą je w bardzo różnych środowiskach i z bardzo różnych powodów. I to jest właśnie piękne: każdy chce powiedzieć to, co ma w bebechach, co ma w sobie.
Dlatego off jest znacznie bardziej odporny na modne tematy czy na to, co akurat jest programowane w instytucjach. Nie twierdzę, że teatr instytucjonalny działa cynicznie, ale widać w nim wyraźniej programowanie tematyczne.
Jeśli chodzi o tematy, off jest mniej przewidywalny, właśnie dlatego, że bardziej wychodzi z bebechów, z serca, z potrzeby. Tych tematów jest więc ogromnie dużo.
Ja też mam analityczny sposób myślenia i sama czasem próbuję sprawdzać, czego w danym roku pojawiło się więcej, a czego mniej. W fundacji stworzyliśmy nawet narzędzie, które nazywa się OFF Baza. To baza spektakli z ostatnich siedmiu konkursów The Best OFF. Jest ich już ponad tysiąc, wraz z nagraniami. Wykonaliśmy ogromną pracę, dodając wyszukiwarkę z tagami tematycznymi.
To bardzo ciekawy sprawdzian tego, jakie tematy pojawiają się w offie. Można wybrać na przykład „wojna”, „kobieta” czy inne hasło i zobaczyć, ile spektakli w danym okresie się z nim łączy.
Natomiast nie chciałabym programować OFF Rzeszów wokół jednego tematu. Wydawałoby mi się to sztuczne i kompletnie niepotrzebne. Zresztą dość sceptycznie reaguję na hasła festiwali. Często są tak szerokie, żeby zmieściło się pod nimi niemal wszystko, że równie dobrze mogłyby istnieć, jak i nie istnieć.
Tutaj nie ma takiej potrzeby. To nie jest festiwal hasłowy. Jest to przegląd różnorodności — zarówno formalnej, jak i różnorodności problemów.
Jeżeli chodzi o „Mleko w tubce”, rzeczywiście mam osobistą słabość do rzeczy czułych, szczerych i autentycznych. Dla mnie jest to jeden z wyznaczników dobrej opowieści. Jeśli coś wynika z własnej historii i potrafi być opowiedziane pro-ludzko — nie na zasadzie: „ja wam powiem, jak macie żyć, pamiętać albo oceniać przeszłość”, ale raczej: „opowiem wam, co czuję, odwołam się do mojego wspomnienia, pokażę, jak ja to przeżyłem, a wy może będziecie chcieli się w tym przejrzeć” — to jest mi bardzo bliskie.
„Mleko w tubce” właśnie w taki sposób opowiada: bardzo czule i bardzo po ludzku.
Jest tam także gest w stronę starszych pokoleń, które mogą rozpoznać własne kulturowe bon moty czy wspomnienia.
I tu dochodzimy do jeszcze jednego kryterium, o którym wcześniej nie powiedziałam: komunikatywności. Rozumiem ją jako wykonanie kroku w stronę widza.
Nie mamy z dyrekcją teatru ambicji, żeby stworzyć festiwal najbardziej dyskursywnych, naukowych czy hermetycznych spektakli albo formalnych bombonierek. Chcemy, żeby to było także dla widza.
Oczywiście nie wyklucza to skrajnego eksperymentu czy nowej drogi rozumienia teatru. Możemy zaprosić spektakl bardziej hermetyczny, bardziej wsobny. Ale nie wyobrażam sobie pięciu przedstawień, które zupełnie nie rozmawiają z ludźmi. Publiczność tego festiwalu musi być zaproszona do rozmowy, czasami też po prostu dobrze się bawić. Dlatego szeroko rozumiana komunikatywność jest również ważnym kryterium.
To prowadzi nas do bardzo ważnej przestrzeni — wspólnotowości. Mocno czuć ją podczas spotkań po spektaklach. Publiczność nie tylko reaguje na przedstawienie, ale zaczyna dzielić się własnymi doświadczeniami i wspomnieniami. Wytwarza się rodzaj bezpiecznej wspólnoty.
Tak. I to jest coś, co daje mi chyba największą ludzką satysfakcję. Mam poczucie, że udało nam się zaprosić ludzi do rozmowy, a nie na omówienie. To jest ogromna różnica.
Oczywiście człowiek z czasem się tego uczy. A kiedy widzi, że ludzie rzeczywiście chcą w tę rozmowę wejść, trudno o większą satysfakcję. Widzimy, że to działa, i słyszymy to też bezpośrednio od publiczności.
Budowanie wspólnoty festiwalu, gotowość ludzi do tego, żeby przychodzić na kolejne wydarzenia, jest związana także z atmosferą. Kiedy mówiłam na początku, że w tym roku szczególnie mocno poczułam, jak bardzo ten festiwal jest już osadzony, to chyba właśnie o tym myślałam.
Mogliśmy ze sobą pogadać. Ludzie po przedstawieniach podchodzili do artystów i organizatorów, coś jeszcze dopowiadali, zostawali. I wtedy naprawdę masz poczucie, że to ma sens. Że to coś komuś robi, a nie jest tylko sytuacją, w której widz przychodzi na spektakl, wraca do domu, a później czyta recenzję, żeby dowiedzieć się, o czym właściwie to było.
I nie jest to teatralny gest „włączania publiczności” wpisany w spektakl. To wydarza się spontanicznie już po jego zakończeniu. A jeśli spojrzeć w przyszłość: jak widzicie kolejną edycję i dalszy rozwój OFF Rzeszów?
Tutaj kompetencje są podzielone i nie za wszystko mogę odpowiadać — szczególnie za kwestie związane z pozyskiwaniem środków czy możliwością rozbudowy programu, pokazania większej liczby spektakli albo zaproszenia przedstawień zagranicznych.
Takie pomysły się pojawiały i dyrekcja teatru jest bardzo otwarta na rozwijanie festiwalu. Ale pamiętajmy, że zawsze ograniczają nas możliwości finansowe.
Jestem pełna podziwu dla teatru, że potrafił pozyskać od swojego organizatora specjalne środki na tę imprezę. Wcześniej była ona współfinansowana między innymi przez ministerstwo, a wszyscy wiemy, jak wygląda sytuacja z grantami: raz są, raz ich nie ma.
Przez pewien czas miałam poczucie, że festiwal z roku na rok jest tak samo niepewny jak te granty. Tymczasem teatr wykonał ogromną pracę, żeby częściowo go od tego uniezależnić i oprzeć finansowanie również na lokalnym organizatorze. Dla mnie jest to bardzo wyraźny komunikat: my tego festiwalu chcemy, chcemy go kontynuować. Jeżeli kończy się jedno źródło finansowania, szukamy innego.
Oczywiście znamy polski system finansowania kultury i nie oznacza to stuprocentowej stabilności. Zresztą nie znam chyba festiwalu w Polsce, który miałby taką gwarancję. Nie mają jej nawet duże, wieloletnie, instytucjonalne imprezy.
Możemy więc snuć różne marzenia — na przykład o umiędzynarodowieniu festiwalu. Pojawiło się również pytanie o nagrodę jury. Nie mówię, że to jest dobry pomysł i że na pewno zostanie zrealizowany. To raczej naturalny etap: kiedy ma się za sobą kilka edycji, pojawiają się kolejne pytania i zaczyna się rozważać różne argumenty za i przeciw.
Na ten moment wiadomo, że następna edycja będzie, odbędzie się w czerwcu i nadal będziemy szukali dobrych, różnorodnych spektakli. Czy coś przesuniemy trochę w jedną albo drugą stronę, będzie można powiedzieć później, kiedy poznamy możliwości budżetowe.
Na razie mamy również poczucie, że jest na tyle dobrze, iż wcale nie istnieje obowiązek zmieniania czegokolwiek tylko po to, żeby coś zmienić.
OFF Rzeszów pozostaje przy tym festiwalem kameralnym — kilka produkcji, ale bardzo różnorodnych. Wytworzyła się wokół niego wspólnota. Myślę, że to mogłoby być również bardzo ciekawe miejsce dla ludzi pracujących w instytucjach teatralnych, nie tylko dla krytyków. W jednym miejscu mogą zobaczyć spektakle wyselekcjonowane spośród tego, co dzieje się w całej Polsce.
Tak. I może to jest jeszcze coś do zrobienia: dołożenie dodatkowej energii nie tyle w promocję samego festiwalu, bo teatr świetnie sobie z tym radzi — na początku trochę obawiał się, jak zareaguje jego publiczność, a dzisiaj nie ma już problemu ze sprzedażą biletów — ile w promowanie OFF Rzeszów w skali ogólnopolskiej jako miejsca, do którego warto przyjechać i zobaczyć w jednym miejscu interesujące rzeczy.
To może być ważny komunikat dla osób zajmujących się programowaniem: przyjedźcie, zobaczcie, a jeśli szukacie później ciekawych spektakli do programu własnej instytucji, macie je tutaj jak znalazł. Podobnie osoby zajmujące się krytyką mogą dzięki temu zobaczyć znacznie szerszy obraz tego, co dzieje się w nurcie niezależnym.
Być może taki sygnał rzeczywiście warto wysłać mocniej. Z drugiej strony nie możemy wykonać całej pracy za innych.
Ale czy można powiedzieć, że warto po prostu przyjechać do Rzeszowa, żeby zobaczyć pewną esencję tego, co dzieje się obecnie w teatrze niezależnym? Oczywiście jest to wybór wynikający z waszej selekcji, ale jednak spotykają się tutaj artyści z całej Polski.
Absolutnie tak.
Oczywiście każdy wybór jest w jakimś stopniu subiektywny. Staramy się jednak bardzo mocno, żeby festiwal nie był obrazem tego, co ja osobiście mam w głowie na temat tego, jak powinien wyglądać teatr niezależny.
Bardzo dużo nauczyłam się właśnie w kwestii odklejania się od wymagań wobec teatru — od myślenia o tym, jaki on „powinien być”. I wcale nie jest to takie oczywiste w naszym środowisku. To bardzo ludzka rzecz, że projektujemy na teatr własne oczekiwania. Mówimy na przykład, że teatr niezależny powinien być bardziej polityczny, odważny, buntowniczy.
Sama kiedyś tak myślałam. Dziś mogę powiedzieć, że lubię teatr bardziej buntowniczy czy polityczny, ale nie mogę powiedzieć, że on taki ma być.
Bo właśnie w przypadku teatru niezależnego szczególnie ważne jest to, żeby był taki jak ludzie, którzy go robią, a nie taki, jakiego oczekuje moda czy krytycy. I to jest w nim piękne.
Czyli OFF Rzeszów pokazuje trochę to, co — jak powiedziałaś — „wychodzi z bebechów”: to, co naprawdę żyje w artystach? Pewną esencję emocji i doświadczeń teatru offowego?
Tak. Pod tym względem rzeczywiście powiedziałabym, że jest to miejsce, które pokazuje szeroko rozumianą energię offu: emocjonalną, teatralną i intelektualną.
I dlatego warto przyjechać.
Spójrzmy choćby na ostatnią edycję. Mówiliśmy o „Mleku w tubce”, ale mieliśmy też Chór(gr. choros, łac. chorus), zespół osób wypowiadających się g... More Spółdzielczy i CHOREĘ — coś zupełnie innego. Artystów zawodowo zajmujących się teatrem i muzyką, którzy zapraszają do współpracy osoby amatorskie chcące śpiewać, a następnie budują z nimi cały świat: nie tylko muzyczny, oparty między innymi na dawnych greckich pieśniach, ale także performatywny, związany ze wspólnotowym byciem na scenie.
To także jest energia offu — bycie razem, łączenie różnych grup społecznych i sprawdzanie, co ciekawego może z tego spotkania pojawić się na scenie.
Potem mamy „Kocham Balet” — artystki pracujące jako freelancerki, co zresztą jest bardzo charakterystyczne dla polskiego tańca, a jednocześnie mocno związane z instytucjami jako performerki, choreografki czy reżyserki. Przestrzeń niezależna daje im możliwość powiedzenia własnym głosem o czymś, na co być może nie znalazłoby się miejsce w instytucji. Osobista historia szkoły baletowej, własne doświadczenie baletu — to temat wychodzący bezpośrednio z człowieka. Trudno sobie wyobrazić, że przychodzisz z nim do dyrekcji instytucji i ona natychmiast uznaje: świetnie, właśnie tego potrzebujemy. Scena niezależna pozwala taki temat po prostu zrobić.
Podobnie jest z monodramem „Marzyciel” o Juliuszu Osterwie. Daniel Salman jest etatowym aktorem teatru w Lublinie, a jednak zrobił ten spektakl niezależnie. Dlaczego? Bo z różnych powodów nie mógł zrobić go w swojej instytucji, a bardzo chciał.
Co więcej, mógł zaprosić do pracy dokładnie tych dramaturgów i reżyserów, z którymi chciał się spotkać. Stworzył własną grupę ludzi. Instytucja nie zawsze daje taką możliwość, szczególnie kiedy jesteś aktorem czy aktorką — często pracujesz z tymi osobami, które zostały wybrane przez kogoś innego.
I właśnie tutaj dochodzimy do bardzo szczególnego rodzaju wolności, która jest niezwykłym kapitałem teatru niezależnego.
Warto o tym mówić, bo oczywiście wiele rzeczy jest w teatrze niezależnym trudniejszych. Ale istnieją wartości, takie jak właśnie wolność, których instytucja nie może dać w takim samym stopniu.
Nie chodzi o to, że w teatrze instytucjonalnym nie ma wolności albo że mamy tam cenzurę. Nie. Mówię o wolności bardzo szeroko rozumianej: wolności wyboru tematu, ludzi, z którymi pracujesz, sposobu pracy, języka.
I wydaje mi się, że OFF Rzeszów jest trochę rezerwatem dla tej wolności. Miejscem, które mówi: dbajmy o nią, dbajmy o te produkcje, dbajmy o kulturę niezależną, ponieważ ona jest wartością samą w sobie.
Ta wolność, która w instytucjach czasami siłą rzeczy jest obrabiana czy trochę przycinana, tutaj może wyjść w całości — taka, jaka jest, autentyczna.
Między innymi po to są takie przeglądy: żeby umożliwić spotkanie z tą niezależną ekspresją.
Czyli możemy powiedzieć: warto przyjechać w czerwcu do Rzeszowa na OFF Rzeszów?
Nawet trzeba.
Żeby doświadczyć tej wolności, zobaczyć ją i jakoś się z nią spotkać.
Jasne. Bardzo zachęcam.
Bardzo dziękuję za rozmowę i cieszę się, że pomimo kilku internetowych załamań mogła popłynąć opowieść o teatrze niezależnym, który podczas Festiwalu OFF Rzeszów tętni energią w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie.
Katarzyna Knychalska – kuratorka Festiwalu OFF Rzeszów, założycielka i prezeska wrocławskiej Fundacji Teatr-Nie Taki, od lat związana z polskim teatrem niezależnym. Wydawczyni i redaktorka naczelna portalu Teatralny.pl oraz czasopisma poświęconego teatrom niezależnym „nietak!t”, współtwórczyni inicjatyw służących integracji, dokumentowaniu i popularyzacji polskiego offu. Dramatopisarka i adaptatorka. W 2024 roku została laureatką Nagrody im. Konstantego Puzyny – „Kamyka Puzyny” – m.in. za działalność na rzecz społecznego oddziaływania teatru, sieciowania zespołów offowych oraz zbliżania środowisk teatru instytucjonalnego i pozainstytucjonalnego.
Rozmawiała Anna Kędziorek
22 sierpnia 2026
[fot. Beata Czyżewska]
