Pochwała szaleństwa trwa w Gdańsku. To motto tegorocznego 30 Międzynarodowego Festiwalu Szekspirowskiego, który serwuje hojnie zdarzenia teatralne i okołoteatralne. Od kilku dni rządzi miastem Szekspir wespół z Jarmarkiem Dominikańskim – masową i obleganą imprezą handlowo-ludyczną. Szekspira wybierają wytrwali i konsekwentni oraz teatralni bywalcy.
Prolog
Gdański Teatr Szekspirowski i Fundacja Theatrum Gedanense realizują precyzyjnie festiwalowy plan i oferty przygotowywane przez długie miesiące. Najważniejsze poza programem w takim festiwalu jest finansowanie. Nie jest w tym roku zaspakajające, ale uda się pokazać kilka znaczących szekspirowskich spektakli polskich i zagranicznych. Prolog festiwalu pozwolił wiernym i zapatrzonym w Szekspira widzom obejrzeć dwa spektakle w stolicy już w czerwcu. Wyjazd zorganizował GTS. W Teatrze Polskim oglądałam „Historię Henryka IV” w reżyserii Ivana Alexandre’a z Andrzejem Sewerynem w roli króla Henryka IV, monarchy dostojnego, mądrego z dystansem. Bardzo dobre w tym spektaklu są role Pawła Krucza jako księcia Henryka zwanego Halem i Modesta Rucińskiego jako Hotspura. One przyciągają, podobnie jak monumentalna scenografia niczym elżbietański zamek z ruchomymi przejściami Antoine’a Fontaine’a i świetnie wykorzystana na żywo muzyka Leszka Lorenta wykonana na instrumentach perkusyjnych. Tradycyjny i uczciwy teatralnie jest ten Szekspir w Teatrze Polskim. A „Hamlet” w Narodowym w reżyserii Jana Englerta ma siłę w wierności dramatowi Szekspira i bardzo ciekawą obsadę aktorską. Englert zaproponował „Hamleta” niczym psychologiczny kryminał, który wiadomo co prawda jak się kończy, ale jest poruszającą opowieścią o tyranii władzy, zbrodni, intrygach dworu i młodym, zbuntowanym, ale zagubionym księciu, który nie może dostosować się do otaczającego go świata. Ani miłość, ani przyjaciele, ani matka nie dają mu szans na znalezienie własnego miejsca. Rola Hugo Tarresa jako Hamleta młodego chłopaka, słusznie nagrodzona, objawia talent i ogromną aktorską dyscyplinę debiutującego w Teatrze Narodowym artysty. A to nie jedyny atut spektaklu.
Gdańska inauguracja
Widowisko „Pochwała szaleństwa” według scenariusza i w reżyserii Mariusza Babickiego otworzyło tegoroczny 30 festiwal. Był to hołd złożony prof. Jerzemu Limonowi (wzruszający dokumentalny film i kilka tekstowych odwołań) oraz pokazanie furor divinus Profesora i determinacji, które doprowadziły do powołania Dni Szekspirowskich, w 1997 roku do Festiwalu Szekspirowskiego i w konsekwencji do budowy w Gdańsku teatru szekspirowskiego. A droga była niełatwa i wymagała tytanicznego samozaparcia. Otwarcie teatru (ze słynnym podnoszonym dachem) odbyło się dwanaście lat temu. W trakcie inauguracji festiwalu przez ów podnoszony dach wleciał motyl. Komentowano tę kolorową „obecność” pod niebem.
Widowisko „Pochwała szaleństwa” o ciekawej choreografii(gr. choreia = taniec + grapho = piszę), sztuka tworzenia u... More i muzycznej formule opowieści, sięga oczywiście do historii, ale i odwołuje się do aktualnych problemów nurtujących ludzi kultury. Cytaty z Szekspira połączono z rzeczywistością „tu i teraz” i politycznym kontekstem. To dało różnorodną wartość widowisku z elementami celebry i dłużyznami. Największą siłą metaforycznej opowieści o rejsie i statku, który dobija do brzegu, była energia i zaangażowanie kilkudziesięciu wykonawców. Dowodził nimi Andrzej Seweryn – dostojny kapitan odziany w biały uniform, a nie tylko po historycznych kontekstach epoki elżbietańskiej oprowadzał z ironią „żywy” Szekspir. To ubarwiło widowisko. Andrzej Seweryn zadał najsłynniejsze szekspirowskie pytanie „Być albo nie być”. Dylemat sprzed czterystu lat próbowali rozstrzygać młodzi wykonawcy z Teatru Baabus Musicalis z Sopotu, a także grający w tym widowisku artyści z dysfunkcjami z Teatru Razem działającym przy Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, zawodowi aktorzy i wolontariusze-seniorzy. „Pochwała głupoty” w reżyserii Mariusza Babickiego, który zaczynał szekspirowską fascynację za czasów Jerzego Limona jako festiwalowy wolontariusz, udowodniła, że siła teatru jest we wspólnym działaniu.
Nowy Yorick
To konkurs dla studentów i absolwentów uczelni teatralnych, młodych reżyserów i twórców teatralnych. Do tej pory zaprezentowano dwa spektakle. Nie ukrywam, że czekałam na propozycję zatytułowaną „będziesz ze mną chodzić” na motywach „Snu nocy letniej” i „Straconych zachodów miłości” w reżyserii Ewy Platt, gwiazdy młodej reżyserii. W ubiegłym roku zdobyła ona nagrodę w tym konkursie spektaklem „Poskromienie złośnicy” w wykonaniu aktorów Teatru im. Jana Kochanowskiego z Opola. Była to ciekawa interpretacja współczesnego przemysłu męskiej pogardy demonstrowanego w poskramianiu złośnicy i próba szukania wspólnej emocjonalnej przestrzeni, która de facto nie istniała. Natomiast opowieść o zagubionej w lesie Helenie z szekspirowskiego „Snu…” jest obsesyjna i drastyczna. Platt sprawdza granice odporności widzów. Aktorka grająca rolę maltretowanej i gwałconej przez dwóch (może Lizandra i Demetriusza) jest delikatna i eteryczna. Czy szuka ona bliskości i miłości, którą chce zapełnić własną wewnętrzną pustkę? Trudno wyczuć i usłyszeć. Reżyserka posługuje się wyświetlanym tekstem. Na początku widzowie przez pięć minut utrzymywani są w leśnej ciszy, którą ubarwiają „głosy natury” i szczekanie psa, nie po raz pierwszy wykorzystywane przez Ewę Platt. Trójka bohaterów siedzi nieruchomo przy ognisku (bez ognia). Mężczyźni o twarzach bez wyrazu i delikatnie uśmiechająca się dziewczyna zatrzymani są w czasie. Siedzą i patrzą. A potem coś mówią. Jej nie słychać, a oni wygłaszają kwestie w szekspirowskiej tonacji. Siła scenicznego dziania się i miłosnego doświadczenia (będziesz ze mną chodził?) budowana przez Platt koncentruje się na ciele dziewczyny. Osaczona, rozebrana, ciągana po scenie, poniewierana, gwałcona, poniżana jest przypadkowym przedmiotem. To koncepcja mizoginiczna czytania Szekspira przez pryzmat okrucieństwa, niczym toksyczność Charlesa Bukowskiego lub brutalizm współczesnych dramaturżek. Podziwiałam odporności ciała aktorki grającej Helenę w tej teatralnej propozycji Ewy Platt, ale nie podziwiam koncepcji reżyserki, która mnie po prostu zmęczyła swoją dramaturgiczną obsesją.
Aniela Płudawska z aktorami Teatru Współczesnego ze Szczecina zaproponowała spektakl „Hej Hamlet” oparty o myślenie i działanie wsparte sztuczną inteligencją. Relacje między Hamletem, Ofelią i Gertrudą nie są łatwe. Matka Hamleta szuka wsparcia w AI i u publiczności, by dotrzeć do syna, który jest młodzieńcem zagubionym, niedojrzałym i niesamodzielnym. Ofelia żyje w swojej bańce zawieszona w świeci ograniczonym przez techniczne modyfikacje. Ją chat GPT poprowadzi, będzie zwodził, a życie z nieodłącznymi słuchawkami utrudni zrozumienie świata Hamleta i jego tożsamości. To młodzi-bezradni, których generowane sztucznie kwestie z szekspirowskiego „Hamleta” mogą irytować. Szukają prawdy, ale tylko pozornie. Mieszają im się światy – niby rzeczywisty z tym wygenerowanym. Problemem tej inscenizacji jest zbyt duża siła oczywistego banału. Aktorsko najciekawsza rola Gertrudy nie trzyma napięcia całej inscenizacji. Pęka bańka AI.
Kuba Zubrzycki w „Juliuszu Cesarze” z aktorami Teatru Nowego im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu postawił na szekspirowską fabułę i język. Cezar zginie – zgodnie z przepowiednią – w Idy Marcowe na Capitolu z rąk spiskowców i od ciosu Brutusa. Role męskie m.in. Cezara, Brutusa grają kobiety. Aktorsko to precyzyjna propozycja, dopracowana, budująca precyzyjnie krwawą opowieść o lojalności i zdradzie, a także o ambicjach, kiedy chce się sprawować władzę. Budowanie napięcia dzięki uważnemu odczytaniu osobowości bohaterów dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More, które wsparła aktorska sztuka interpretacji to zalety inscenizacji „Juliusza Cezara” w reżyserii Kuby Zubrzyckiego..
Konkurs o nagrodę Yoricka
To najbardziej prestiżowy konkurs szekspirowskiego festiwalu. Selekcjonerem spektakli do tej nagrody jest Łukasz Drewniak. W tym roku wybrał trzy realizacje „Hamleta”. Za nami już dwa spektakle. „Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku” w reżyserii Roberta Talarczyka zrealizowana przez Teatr Śląski. Dyskusje wokół tego spektaklu już się przetoczyły. Jedni zarzucali mu śląskość na pokaz w mowie, scenografii i kostiumach, podkreślali brak spójności dramaturgicznej pomiędzy scenami, drudzy wychwalali odwagę wystawienia „Hamleta” po śląsku, z godką, która jest mniej obecna w przekładzie Mirosława Syniawy, a ważna w spektaklu. Na scenie teatru szekspirowskiego ten „Hamlet” w mrocznych kopalnianych wnętrzach z górniczymi szybami, schodami toczył się gładko, bez przerw dramaturgicznych. Był opowieścią o najtrudniejszych wyborach, o wyizolowaniu i samotności tytułowego bohatera, przestraszonego, czasami zagubionego. Jego „być albo nie być” było nieśmiałe i niepewne. Paweł Kempa to Hamlet z wąsikiem, chłopięcy z postury, który swoje emocje wobec Ofelii ocenia z niepewnością. Ofelia jest zdecydowanie dojrzalsza, choć uczucia Hamleta też sprawiają jej problemy. To ciekawa rola. Chaos dworu, pozorna dobrotliwość Klaudiusza (Marcin Gaweł jest sympatycznym, śląskim kamratem, choć szekspirowskim mordercą). Styl życia Gertrudy przeraża Hamleta. Jego matka posłuszna wszechobecnemu stryjowi Hamleta, swojemu świeżo poślubionemu mężowi, który potrafi się bawić w każdej sytuacji, również jako ojczym. Ta rodzinna układanka jest trudna dla Hamleta, jego dalsze losy – zabójstwo Poloniusza (w tej roli naprawdę świetna Bułka) czy wygnanie go do Anglii. Ten śląski „Hamlet” ma też lokalny koloryt w scenie na cmentarzu. Grabarzy grają (rozpoznawalni również w Gdańsku) dwaj profesorowie wyższych śląskich uczelni Ryszard Koziołek i Tadeusz Sławek. Obecność w finale z końcowym mini monologiem dyrektora Teatru Słowackiego, który ma coś ważnego do powiedzenia po słynnym „Reszta jest milczeniem” określa reżysera – dyrektora Teatru Śląskiego Ryszarda Talarczyka. Wiadomo do kogo należy ostatnie słowo, nie tylko w „Hamlecie”. Obejrzałam ten spektakl z zainteresowaniem.
Drugi „Hamlet” w konkursie o nagrodę Yoricka to przedstawienie w reżyserii Jacka Jabrzyka z Teatru Zagłębia w Sosnowcu. Nieodległe terytorialnie spektakle są kompletnie różne. Jabrzyk postawił na współczesność, przeładowaną wizualizację światem algorytmów i AI, wspartym na początku spektaklu krzyczącą tytułami gazet o śmierci króla na duńskim dworze. Każdy ruch szekspirowskich bohaterów w tym przedstawieniu, każdą kwestię i sytuacje śledzi kamera. Scenograficzne zastawki-tunele mają ułatwić tworzenie nowych planów. Podziwiałam pracę zespołu technicznego w tym spektaklu. Do tego oczywiście chat GPD bliski Hamletowi, bo on w tej przestrzeni czuje się jak ryba w wodzie, a jego przyjaciel Horacjo jest cyfrowym kobiecym botem w tajemniczej interpretacji Małgorzaty Saniak-Grabowskiej. Reżyser pod konwencję multimedialności, wspartej wyrazistą, wręcz krzyczącą muzyką performera Jacka Satomskiego konstruuje wyraziste osobowości bohaterów dramatu. Gertruda (Mirosława Żak) to dojrzała wiedźmowata, buzująca złością kobieta po przejściach. Telefon komórkowy to jej nieodłączny atrybut. Klaudiusz (Tomasz Kocuj) dobrze urządzony nowy król jest syty i zadowolony z własnych sukcesów i pomysłów. Postawny Hamlet (Paweł Charyton) wie, po co potrzebna jest mu Ofelia. To Hamlet obserwator (choć rola to nierówna), zarówno emocji Leartsesa – brata Ofelii, jak i nadopiekuńczości Poloniusza – ojca zmęczonego, który świadom jest jedynie swej funkcji na dworze króla Danii. Matkę Hamlet traktuje brutalnie i nie wybacza jej szybkiego zamążpójścia. A Ofelia (Natalia Bielecka)? Jej stylizacja wskazuje na kobiece doświadczenie, a nie naiwną nieświadomość, wyśpiewany ból brzmi jak głos dojrzałej diwy. W tej rozbuchanej formalnie i estetycznie koncepcji słynny monolog „być albo nie być” – tym razem w interpretacji jednego z przybyłych na królewski dwór aktorów – brzmi przejmująco. Słowa i myśl docierają z wielką siłą. To interpretacyjna zasługa Wojciecha Leśniaka również przekonywującego w pijackim grabarskim epizodzie. Ten „Hamlet” na pewno będzie walczył dzielnie o nagrodę Yoricka.
Trzeci „Hamlet: w reżyserii Kamila Białaszka pokazany zostanie 1sierpnia.
A poza tym…
Odsłonięto przed wejściem głównym do Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego tablicę poświęconą prof. Jerzemu Limonowi. Wspominano wespół z Władysławem Zawistowskim, poetą, dramaturgiem wydarzenia z historii Fundacji Theatrum Gedanense i Festiwalu Szekspirowskiego, eksponując dokonania prof. Limona.
Równolegle z festiwalem trwają warsztaty teatralne, odbywają się pokazy filmowe, organizowane są okolicznościowe spacery związane z Szekspirem w Gdańsku. Trwa Off Szekspir, również bardzo ciekawy.
Przed nami jeszcze kilka niespodzianek, choćby zapowiadana na 31 sierpnia promocja ostatniej książki prof. Jerzego Limona „Szekspir: siedem grzechów głównych”. Grzechy – jak pisze Jerzy Limon – rzadko chodzą w pojedynkę (…) One stanowią siłę napędową Szekspirowskich postaci, zwłaszcza, że bez grzechu nie byłoby dramatu.
Pycha, rozpusta, gniew, zawiść, chciwość, lenistwo, obżarstwo towarzyszą bohaterom szekspirowskich tragedii i komedii. Jerzy Limon w swej książce łączy grzechy również z malarstwem niderlandzkim epoki szekspirowskiej i z rodzącą się wówczas kulturą dworu i miasta, bo w kulturze miejskiej – uważa autor – wszystkie grzechy stają się bardziej powszechne i widoczne.
Tyle po półmetku 30 Międzynarodowego Szekspirowskiego Festiwalu w Gdańsku.
Alina Kietrys
[Na zdj. Grażyna Bułka w śląskim Hamlecie w reż. Roberta Talarczyka, fot. Przemysław Jendroska/ Teatr Śląski]
.
