Przejdź do treści
tinder polska

Jerzy Stuhr nie żyje

Odszedł Jerzy Stuhr (77 lat). Wybitny aktor i pedagog. Tak lubił o sobie mówić i swojej misji pedagoga dedykował ostatni spektakl: GENIUSZ Tadeusza Słobodzianka w Teatrze Polonia, w którym grał role Konstantina Stanisławskiego, wielkiego reformatora teatru i pedagoga właśnie poświęcił swojej drodze teatralnego nauczyciela.

Z troską myślał o zaniedbywaniu warsztatu, o lekceważeniu dykcji, o pewnej łatwości, z jaką wchodzący do zawodu aktorzy lekceważą ćwiczenia.

Zapowiadał, że to jego ostatnia rola, że tą rolą żegna się ze sceną. Nie chciałem w to wierzyć, życie nie szczędziło Jerzemu Stuhrowi surowych egzaminów medycznych. Zawały, nowotwory, choroby do niego lgnęły. Ale zawsze wychodził z nich zwycięsko, co więcej, wychodził z nich z nowymi doświadczeniami i nowymi książkami: Sercowa choroba, Tak sobie myślę.

Tym razem wyglądało to poważniej. Kiedy spotkałem go podczas uroczystego finału Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej i Konkursu na recenzję dla młodych krytyków im. Andrzeja Żurowskiego na początku września ubiegłego roku, zobaczyłem innego niż zazwyczaj człowieka. To nie był Stuhr-dusza towarzystwa, otoczony wianuszkiem słuchaczy, tryskający dowcipem. To był ktoś zgaszony, skryty, unikający kontaktu, cichy. A jednak kiedy okazało się, że przygotowuje Geniusza znowu odżyła nadzieja, że na tym spektaklu jego teatralna droga się nie skończy.

Powstał spektakl mocny, zwarty, precyzyjnie zbudowany, który rozpoczyna się w chwili, kiedy pierwszy widz wchodzi na widownię. Z pewnością zauważa drobną, skuloną w sobie postać mężczyzny siedzącego na krzesełku tuż przy proscenium. To Jerzy Stuhr, trudny do rozpoznania, niemal nieobecny, zagubiony, jakby uszło z niego powietrze. A właściwie to Stanisławski grany przez Jerzego Stuhra, który już od wejścia pierwszego widza przygotowuje publiczność na spotkanie z gasnącym Mistrzem, podejmującym kolejną grę. Jak w teatrze.

Nie wszyscy zauważali kruchą postać Mistrza przy proscenium, zwłaszcza kiedy na widowni zrobi się już gwarno. Publiczność przechodziła obok niego obojętnie, bohater sztuki ginął w anonimowym tłumie. Była w tym magia dramaturgii – bez jednego słowa Stuhr budował przejmujący prolog.

Zawsze lubił bliski kontakt z widzem. Kiedy rozmawialiśmy w ćwierćwiecze jego przygody z Kontrabasistą, legendarnym monodramem wg Patricka Süskinda (premiera w krakowskiej Piwnicy „Przy Sławkowskiej” 15 lutego 1985) potwierdził jedną z zasad swojego aktorstwa: „zawsze, nawet kiedy grałem Hamleta, nie mogłem przebrnąć przez monolog niepowiedziany do widza. W Hamlecie specjalnie mi zrobili „wybieg”, schodziłem do publiczności ze sceny, w Ryszardzie III to samo – wchodziłem w ludzi. I monodram muszę mieć taki. Od początku, nachalnie wręcz, zapalam światło i oglądam sobie ludzi, którzy do mnie dzisiaj przyszli”. W Geniuszu też ich podglądał przez półprzymknięte oczy, kiedy wchodził na salę.

Kim właściwie był Jerzy Stuhr? Aktorem? Reżyserem? Filmowcem? Scenarzystą? Urodzonym showmanem? Pisarzem? Pedagogiem? A może po prostu niepokornym artystą, szukającym swojego miejsca, który osiągnąwszy tak wiele nie chciał zatrzymać się w drodze i zbierać żniwo z tego, co już wypracował. Może to właśnie lata pracy z młodzieżą wyczuliły go na fałsz i na markowanie pracy. „Gdy stracę słuch na rzeczywistość, wycofam się, powiedział w wywiadzie dla „Polityki”.

Spadał na niego deszcz nagród na festiwalach filmowych. Wyróżnienie krytyki filmowej FIPRESCI w Wenecji. Nagrody w Gdyni. „Syrenka” dla najlepszego filmu roku od polskich krytyków. „Taśma” – nagroda dla najlepszego filmu zagranicznego, prestiżowe wyróżnienie włoskiego kina, traktowane jak lokalny Oscar. Skromny film „Historie miłosne” zrobił furorę.

Recenzenci komentowali, że narodził się następca Kieślowskiego. Jerzy Stuhr bronił się przed takim zakwalifikowaniem, choć Krzysztofa Kieślowskiego bardzo cenił i współpracę z tym reżyserem uważał za jedno z najważniejszych doświadczeń w swoim życiu. Chciał być sobą. I chciał wzruszać.

– Teraz nic innego nie robię, tylko chcę wzruszać. Interesuje mnie, jak się pochylić nad kimś słabym, kto popełnia błędy. I jak go zrozumieć i nie potępić. Ja szukam. To jest taki dręczący proces.

Jako aktor osiągnął niemal wszystko. Ktoś, kto zagrał Hamleta, może powiedzieć, że na scenie się spełnił. Niewiele jest ról, które mogłyby przynieść równą temu przeżyciu satysfakcję. Pamiętam ten spektakl, grany na wawelskim dziedzińcu, a już choćby przez to niecodzienny, niemal majestatyczny. Było to w czasach, kiedy Hamleta z gitarą grał Włodzimierz Wysocki – toteż decyzja obsadowa Andrzeja Wajdy, choć zaskakująca, nie wzbudziła większych emocji. Zwłaszcza że okazało się, iż Wajdy nie zawiódł instynkt, który kazał mu właśnie w Jerzym Stuhrze dostrzec współczesnego Hamleta. Była to odważna decyzja, I z wyobraźnią. Dla szerokiej publiczności był zawodowym rozśmieszaczem i specjalistą od wrednych typów, Danielakiem z nieśmiertelnego Wodzireja Feliksa Falka.

Tymczasem „dowcipniś” i „krętacz” pokazał swoją tragiczną twarz. Psychologiczną głębię zademonstrował potem w Wajdowskiej Zbrodni i karze jako Porfiry. Z Jerzym Radziwiłowiczem stworzyli niezapomniany duet, wzbudzający dreszcz emocji.

Mimo sukcesów na scenie niespokojny duch kazał mu szukać dodatkowego spełnienia. Tak stał się kontrabasistą z monodramu Patricka Süskinda. Z kontrabasem przejechał Polskę (i nie tylko) wzdłuż i wszerz. Po kilkunastu latach chciał już odstawić ostatecznie kontrabas – kończyła się licencja. Ale publiczność nie pozwoliła.

Pozostał kontrabasistą niemal do końca życia. W 25. rocznicę premiery zagrał ten monodram w krakowskiej rozgłośni Polskiego Radia (24 lutego 2015). Słuchało go na żywo 60 tysięcy odbiorców. Potem od czasu do czasu zaglądał z kontrabasem do Teatru Polonia na zaproszenie Krystyny Jandy. Wystarczyło, że przy kasie pojawiła się odręcznie napisana karteczka z terminami spektakli, a po dwóch godzinach nie było już ani jednego biletu. W „Kontrabasiście” jest taki ustęp: „Lepsze wymiera, bo nie odpowiada duchowi czasu. A ten zmiecie wszystko”. Ale tego monodramu nie zmiótł.

Najlepszym dowodem zlot kontrabasitów, który zorganizował we Wrocławiu Wiesław Geras podczas 37. festiwalu teatru jednego aktora. Przyjechali aktorzy z wielu stron świata, ale królem był Jerzy Stuhr, jego monodram był miarą, do której próbowali równać pozostali.

Niegdysiejszy jeszcze młody buntownik ze spektaklu Stuhra zmienił się w gorzko doświadczonego, starzejącego się mężczyznę, który po raz ostatni podejmuje walkę o swoją godność. Beznadziejnie zakochany w sopranistce Sarze, a jednocześnie boleśnie naznaczony bylejakością, drugorzędnością swego życia, schwytany w klaustrofobiczną pułapkę swej samotni, pełnej osaczających go dźwięków, raz jeszcze próbuje odmienić swój los. Jego obrona przed ostateczną porażką staje się ironią, autoironią, kpiną, prowadzącą do psychicznego masochizmu. Z niekłamanym wstrętem opowiadał o swym znienawidzonym instrumencie, który uczynił go niewolnikiem, posłusznym trybikiem w społecznej machinie-orkiestrze.

Aktor malował postać kontrabasisty z mistrzowską lekkością, pewną ręką, znakomicie prowadząc za sobą publiczność. To właśnie idealne porozumienie z widzem, w którym aktor odnajdywał nie tyle słuchacza, ile partnera rozmowy (Stuhr zaczepia się o najlżejszy choćby oddźwięk ze strony widza, aby za nim podążyć, podkreślić sytuację dialogu), budował ten spektakl o zmiennej linii emocjonalnej, w którym komizm ocierał się o tragizm, a kaskady humoru zamierają w lirycznej i nostalgicznej tęsknocie za czasem na zawsze utraconym.

– Czuję, że to i owo już nie jest takie. To się wiąże z kryzysem wartości. W filmie Spis cudzołożnic jest takie zdanie: Przemijanie mnie trapi. A mnie tak naprawdę trapi takie przemijanie, które sprawia, że wartości, w które wierzę, gdzieś odchodzą. Trapi mnie, że młodzież, kiedy widzi śmierć na ekranie, śmieje się. I myślę, że po to jeszcze jesteśmy, żeby się temu przeciwstawiać. Czasem to się udaje. Kiedy taki wyświechtany temat jak uczucie, miłość, trafia również do młodzieży.

Kiedy Jerzy Stuhr zajął się filmowaniem, dla wielu był to przejaw ekstrawagancji aktora, który szukał dodatkowego pola dla swej aktywności. Żartowano nawet, że to rola z Amatora tak silnie odłożyła się w jego psychice, że musiał chwycić za kamerę. Ale że mu przejdzie. A jednak jego zainteresowanie filmem nie było przelotne. „Artystą się bywa wtedy – powiadał – kiedy zaczyna się robić coś nowego, co nie powiela starych dokonań”. Po Spisie cudzołożnic przyszły Historie miłosne i bodaj przez nikogo nieprzewidywany wielki sukces, nie tylko w polskiej skali. A potem jeszcze „Tydzień z życia mężczyzny” (1999), Pogoda na jutro (2003) i Korowód (2007) czy Duże zwierzę (2000), według scenariusza Krzysztofa Kieślowskiego.

Rzadziej stawał przed kamerą, coraz częściej za kamerą. Z uśmiechem wspominał, że kiedy zabiegał o pozyskanie funduszy na realizację Historii miłosnych, wszędzie pytano go, czy zagra w tym filmie. I właściwie to był warunek finansowego poparcia. Dla rozmówców był przede wszystkim aktorem z głośnych komedii Juliusza Machulskiego, filmów Kieślowskiego i Falka, którego obecność na ekranie miała zagwarantować powodzenie.

Przełomowy okazał się rok 1997 – to był rok Jerzego Stuhra w polskiej kinematografii. Dostrzeżono w nim i doceniono filmowca. Jako aktor dał popisową, komediową rolę nieudacznika, komisarza Ryby w Kilerze. W tym samym roku we Włoszech zrealizował ambitny kontrakt artystyczny – zagrał i wyreżyserował nową sztukę Z prochu powstałeś” Harolda Pintera. Bardzo cenił sobie tę współpracę, przekonany, że w Polsce, po wszystkich jego kreacjach komediowych, nikt by mu nie zaproponował tak dramatycznej roli. A we Włoszech tak. Mimo to aktorstwem wydawał się rozczarowany, a przynajmniej zmęczony. W Starym nie odnajdował już niegdysiejszej atmosfery, a rolami filmowymi był znużony. Jedna przypominała drugą, a tak rodził się schemat, banał. chałtura, których tak się bał.

Odświeżenia szukał jako pedagog i wnikliwy juror gdyńskiej nagrody dramaturgicznej. A także w Teatrze Polonia, gdzie nie tylko pokazywał swój monodram i reżyserował, ale grał z niezrównaną brawurą w 32 omdleniach Czechowa – cóż to było za trio: Gogolewski, Stuhr i Janda, czy poetę Laurentego w Na czworakach Tadeusza Różewicza.

*

I jak tu sobie poradzić bez Maksa z Seksmisji? Ciemność widzę, ciemność.

Tomasz Miłkowski

____________________

(W tekście wykorzystano fragment wypowiedzi artysty podczas wręczenia Syrenki, nagrody polskich krytyków za najlepszy film polski roku).

JERZY STUHR (1947-2024), absolwent filologii polskiej UJ i Wydziału Aktorskiego krakowskiej PWST. Przez wiele lat aktor Starego Teatru – grał m.in. w „Dziadach” w reż. Konrada Swinarskiego, „Zbrodni i karze” Andrzeja Wajdy. Zabłysnął w kabarecie jako prowadzący słynnych „Spotkań z balladą”. W filmie po pierwszych rolach w filmach Kieślowskiego („Spokój”, „Blizna”) zdobył pozycję aktora pierwszej wielkości po sukcesie w „Wodzireju” Feliksa Falka, gdzie zagrał bezwzględnego karierowicza, Lutka Danielaka. Pamiętne role stworzył również w „Amatorze” i „Białym” Kieślowskiego i komediach Juliusza Machulskiego („Seksmisja”, „Kingstona”, „Kiler”). Zajmuje się również pracą pedagogiczną (był rektorem krakowskiej PWST) i reżyserią teatralną.

Leave a Reply