Przejdź do treści
tinder polska

Wierny Norwidowi – Grzegorz Mrówczyński

Nigdy nie zetknąłem się z Grzegorzem w teatrze. Był moim młodszym kolegą ze szkoły teatralnej. Z tego okresu pamiętam go bardzo dobrze. Wspólnie oglądaliśmy występy naszych kolegów, egzaminy. To był interesujący okres, ale nigdy z nim nie pracowałem w teatrze. Niewiele też pamiętam z jego dyplomu. Mogę natomiast powiedzieć o nim jedną rzecz – był trochę inny niż cała reszta. Sprawiał wrażenie człowieka poważnego i myślącego, ale żyjącego jakby w trochę innym świecie. Albo inaczej, że aktorska sztuka teatru to nie było jego powołanie. Raczej reżyseria i teoria. Teoria, którą on przekuwał w praktykę. To nie była teoria dla teorii, on z tej ogromnej wiedzy, którą posiadł czerpał pełnymi garściami, czego dowodem są jego niezwykłe osiągnięcia reżyserskie na przestrzeni całego jego artystycznego życia.

Miał wprawdzie trochę ułatwione zadanie, ponieważ gdy skończył reżyserię to znalazł w sobie tę dozę szaleństwa, żeby zostać dyrektorem jakiegoś teatru i spełnić te swoje marzenia. To jest fantastyczne rozwiązanie – człowiek od nikogo nie zależy, wyłącznie od siebie. Jedynym ogranicznikiem jest talent lub jego brak. Nie wszyscy posiadają umiejętność prowadzenia teatru i godzenia tych nieco sprzecznych interesów. Bo w teatrze są sprzeczne interesy. Funkcjonuje taki żart, że jeżeli 50 % zespołu mówi, ze dyrektor jest fantastyczny, a 50%, ma odmienne zdanie, to jest to mniej więcej właściwa proporcja. Czasami oczywiście się zdarza, że i 80% jest zadowolonych, wtedy jest naprawdę świetnie, natomiast wszystkich zadowolić nie sposób. Nie wszyscy mają tyle talentu, żeby zagrać np. Hamleta czy Romea i Julię i wtedy mają pretensje do dyrektora, który tym zawiaduje. Trzeba wykazać niezwykłą zręczność, empatię do zespołu, żeby tych ludzi nie stracić. Przecież jak się przychodzi na stanowisko dyrektora to aktorów się zastaje. Część z tych ludzi nie nadaje się do naszej wizji prowadzenia tego teatru. Coś z nimi trzeba zrobić. I to na tyle delikatnie, żeby tych ludzi nie urazić. Jest taka piękna anegdota związana z teatrem w Poznaniu: podczas sezonowych rozmów z dyrektorem zdenerwowany aktor wypadł z gabinetu mówiąc: „cholera, on zza biurka Tatry widzi, a mnie nie widzi…” No nie widzi. Trzeba mieć do tego specjalne umiejętności. I Grzegorz takie umiejętności posiadał. Gdyby tak nie było, to by się nie utrzymał na tym stanowisku tak długo. Jest pewnym fenomenem, ponieważ proponowano mu dyrekcję różnych teatrów, że wymienię tylko te najważniejsze: Poznań, Jelenia Góra, Bydgoszcz. Z czegoś także musiało wynikać to, że zaproponowano mu, aby reżyserował poza granicami Polski. Dużo reżyserował w Rosji, a repertuar, który tam wybierał był dla Rosjan kompletnym zaskoczeniem. To były sztuki całkiem nowe w tamtym kręgu kulturowym, ale się jednak na nie zgadzali i odnosiły tam ogromne sukcesy.

Wspomniałem, że się z Grzesiem zawodowo nie spotkałem, ale to nie do końca jest prawda, ponieważ jego zapał teoretyczny doprowadził go do Cypriana Kamila Norwida. Interesował się nim już w szkole i latami udowadniał, że Norwid może być szalenie interesujący. Wystarczy, że się te teatralne klocki poukłada na nowo. W ten sposób Grzegorz Mrówczyński stał się specjalistą od Norwida w Polsce.

Nikt nie chciał grać Norwida, bo wszyscy się go bali ze względu na mit o jego hermetyczności. Ale Norwid zawsze taki był, zawsze miał problem – także ze swoimi współczesnymi. Jak był w Paryżu, to jego nowatorskie pomysły, również te na teatr, na poezję, politykę czy w ogóle na sztukę kompletnie się różniły z poglądami Wielkiej Emigracji. Oni się z nim kompletnie nie zgadzali, z tym jego ściąganiem problemu polskiego na ziemię. Wszak o Polsce mówił zupełnie inaczej niż Mickiewicz, Słowacki czy Krasiński. Zawsze był w konflikcie intelektualnym i artystycznym z otoczeniem i jest w tym konflikcie do dnia dzisiejszego, ponieważ szereg osób uważa, że jest kompletnie niezrozumiały. Co nie jest prawdą!

Miałem to szczęście, że Adam Hanuszkiewicz gdy został dyrektorem Teatru Narodowego po Dejmku, postanowił zrobić sztukę o tytule „Norwid”. To była taka kompilacja różnych wierszy, sztuk i poematów Norwida. Myśmy to grali z ogromnym powodzeniem. Wystawiona przez Adama Hanuszkiewicza „Nieboska komedia” w Teatrze Narodowym i ów „Norwid” w jakimś sensie zagospodarowały pustkę po zdjęciu „Dziadów” Kazimierza Dejmka.

Jeżeli możemy mówić o osobach ze środowiska teatralnego, które zajmują czy zajmowały się Norwidem, to wymienię Adama Hanuszkiewicza, Kazimierza Brauna, Jarosława Gajewskiego i Grzegorza Mrówczyńskiego. Tyle…

Mrówczyński ma idée fixe na punkcie Norwida. Marzy, aby ten Norwid stał się zrozumiały i przejrzysty. I robi wszystko w kierunku, żeby tak się stało. Czasami posuwa się do tego, że stosuje metodę wykładu, egzegezy Norwida.

Trzy lata temu zadzwonił do mnie Jacenty Matysiak, człowiek do szaleństwa zakochany w Norwidzie. Jak odkrył, że w Polsce nie ma pomnika Norwida, to postanowił mu go postawić. Chodził w tym celu po ministerstwach. Po roku bezskutecznego pukania od drzwi do drzwi, jakaś urzędniczka w Ministerstwie Kultury podpowiedziała mu, żeby założył stowarzyszenie czy fundację, bo jako osoba prywatna nic nie wskóra. Tak zrobił. Poszedł także na Uniwersytet, gdzie są specjaliści od Norwida i przekonał norwidologów do tej inicjatywy. Miał świetny pomysł, żeby na placu Krasińskich z jednej strony stało popiersie Zygmunta Krasińskiego, a z drugiej strony patrzący na niego Norwid. Niestety to się nie udało. Ale nie poddał się. Wybór padł na Dębinki, w których po śmierci obojga rodziców mieszkał i wychowywał się z siostrami u wujostwa Cyprian Kamil Norwid. Jest to jedyne muzeum Norwida w Polsce. A jest nim wyłącznie dzięki uporowi i determinacji Jacentego Matysiaka. W każdym razie zadzwonił do mnie z propozycją włączenia się w działania kulturalne w tychże Dębinkach. Miał pomysł, żeby urządzać tam koncerty; aby aktorzy recytowali Norwida, a pianiści grali Chopina. Z racji bliskości Żelazowej Woli, ale także przyjaźni między Norwidem a Chopinem. Odpowiedziałem, że dla Norwida zrobię wszystko.

Pierwszym wydarzeniem była transmisja ściągniętego z TVP za prywatne pieniądze Jacentego zapisu wideo tego spektaklu Hanuszkiewicza „Norwid”. Ja w nim występowałem, więc po projekcji miało się odbyć spotkanie ze mną. Tu wtrącę, że gdy Andrzej Nardelli utopił się w 72 roku, Hanuszkiewicz poprosił mnie o wykonanie jednej piosenki. Gdy oglądałem po latach, właśnie tam, w Dębinkach tę scenę, swoją twarz w dużym przybliżeniu, uległem wzruszeniu i się popłakałem. Prawdopodobnie z żalu za utraconą młodością. W każdym razie to wtedy Jacenty poprosił mnie, abym zorganizował aktorów, którzy mogliby recytować Norwida w Dębinkach.

Skoro miałem znaleźć specjalistów od Norwida, to znalazłem: Maję Komorowską, Henryka Talara, Grażynę Barszczewską, Anię Nehrebecką – cały tłum znakomitych polskich aktorów. Nikt mi nie odmówił. Te koncerty odbywają w każdą niedzielę od czerwca do września o godz. 16.00 i jako wydarzenie udało nam się nadzwyczajnie. Przyjeżdżają ludzie dość tłumnie (jeździ także specjalny autokar z Warszawy) i w skupieniu słuchają Norwida. To było dla nas ogromnym zaskoczeniem i odkryciem, że poezja jest nadal potrzebna.

Wśród tych aktorów nie mogło zabraknąć Grzegorza Mrówczyńskiego, który jest specjalistą od Norwida. W każdym teatrze, którego był dyrektorem wystawiał Norwida. To jest jego wielka zasługa. Nie do przecenienia. Zachęciłem także Grzesia, ponieważ on ma nie tylko ogromną wiedzę na temat Norwida, ale co ważniejsze potrafi ją przekazać; potrafi mówić niezwykle ciekawie o Norwidzie, żeby oprócz recytacji podzielił się także przemyśleniami o Norwidzie, albo opowiedział o swoich realizacjach. I tak się stało. Publiczność zareagowała bardzo dobrze. To zainteresowanie wynikało z tego, że było to coś innego, nowego. Większość tych ludzi nie widziała żadnej sztuki Norwida (!). Jakbyśmy zapomnieli, że on jest dramatopisarzem. Bardzo specyficznym, ale jest.

Grzegorz w tej nowej edycji chce pokazać Norwida jako humorystę czym wprawił mnie w osłupienie, ale oczywiście się ucieszyłem. W tej palecie w Dębinkach im więcej takich smaczków tym lepiej. Próbujemy pokazać Norwida z różnych stron.

Przyznam szczerze, że Norwid nie był moim ulubionym poetą. Był nim Władysław Broniewski. Dopiero jak wystąpiłem w „Norwidzie” u Hanuszkiewicza to zrozumiałem jak to można ukształtować, jak to jest zrozumiałe, jak to jest ciekawe, jak to jest żrące! Jak to pokazuje Polskę w sposób, jakby żelazem ranę wypalać. To wszystko było w tym przedstawieniu: i gorycz, i tragedia, i próba wyrwania się z tego romantycznego spojrzenia na nasze dzieje, na naszą Somosierrę. My jesteśmy wychowani na Mickiewiczu, Słowackim, a nie na Norwidzie.

Reasumując – dobrze, że są tacy ludzie jak Grzegorz Mrówczyński, który ma swoją ma idée fixe. Który upiera się, że Norwid jest znakomitym dramaturgiem i trzeba robić wszystko, żeby go grać. Aby on istniał. I Grzegorz Mrówczyński w tej sprawie ciągle bije głową w mur. A jest do tego bicia idealny, ponieważ jest niezwykle konsekwentny. Nigdy nie zdradził Norwida. Czego dowodem jest to, co mówi publiczności w Dębinkach.

Karol Stępkowski

Leave a Reply