Przejdź do treści

Warszawska fabryka musicali

Tomasz Miłkowski pisze o rodzimych produkcjach musicalowych w Warszawie w świątecznym numerze „Stolicy”:

Musical jest w natarciu – niemal wszystkie teatry sięgają po spektakle muzyczne, zwłaszcza z importu. Jednak historia polskiego musicalu, co odnotowują w swojej książce „Ten cały musical” Mateusz Borkowski, Jacek Mikołajczyk i Marcin Zawada nie jest zbyt długa.

Zaczęła się w Warszawie od premiery „Miss Polonii” (muzyka Marek Sart, libretto Jerzy Jurandot) w Operetce Warszawskiej w roku 1961. Ta pierwsza premiera zresztą nie spotkała się z ciepłym przyjęciem i dopiero druga premiera (na tej samej scenie) po trzech latach z Wandą Polańską w roli tytułowej znalazła uznanie. Pierwszy sukces nie spowodował szczególnego ożywienia rodzimej twórczości musicalowej. Nowe polskie tytuły trafiały się rzadko, częściej sięgano po gotowe, wypróbowane wzorce zachodnie, zwłaszcza po roku 1990, kiedy otworzyły się lepsze możliwości współpracy z amerykańsko-brytyjskim królestwem musicalu. Wtedy też narodziło się „Metro” Janusza Stokłosy z librettem Agaty i Martyny Miklaszewskich, w reżyserii i z choreografią Janusza Józefowicza (1991, premiera w Teatrze Dramatycznym m.st. Warszawy), pierwszy polski musical powstały po transformacji ustrojowej. Poszukiwanie nowych talentów przez twórców tego spektaklu przyniosło odkrycia nie do przecenienia: na scenie pojawili się m.in. Edyta Górniak, Robert Janowski czy Barbara Melzer. Przedsięwzięcie przygotowywano z niemałym trudem przy niechętnej opinii wpływowych mediów. Potwierdziło się to szczególnie po broadwayowskiej premierze „Metra” (1992) jak dotąd jedynej w historii premierze polskiego musicalu na Broadwayu.

Co tu zresztą dużo pisać – przecież „Metro”, choć jego pierwsi wykonawcy już posiwieli, wciąż żyje, pozostając perłą repertuaru warszawskiego Studia Buffo – ma za sobą ponad 2000 spektakli. Warto jednak zauważyć, że akcja musicalu nie toczy się w warszawskim metrze – kiedy spektakl powstawał metra w Warszawie jeszcze nie było. Nie odbierając temu spektaklowi pierwszeństwa i kultowości, trzeba przyznać, że drogę do warszawskiego musicalu dopiero otwierał.

Wstępowało na tę drogę wielu, a mocną pozycję musicalu utrwalił Wojciech Kępczyński w warszawskiej Romie, której wyrobił markę teatru muzycznego ze spektaklami na najwyższym poziomie. Sam zresztą po latach prezentowania formatów broadwayowskich dał premierę „Pilotów”, uważanych za musical o rozmachu światowym.

Poszukiwania rodzimego repertuaru rozwinęły w Warszawie w ostatnich latach dwa teatry, od dawna mające na afiszu składanki i spektakle muzyczne, Syrena i Rampa. Ich rezultaty są obiecujące, wyłania się z nich kształt musicalu znad Wisły, odwołujący się do wcześniejszych dokonań, a pod wieloma względami nowatorski. Można już wymienić sporo tytułów rodzimego chowu, zwłaszcza Wojciecha Kościelniaka i Jacka Mikołajczyka. Jest wśród nich balansujący na pograniczu musicalu „Bem, czyli człowiek Armata” Michała Walczaka w Syrenie, a przede wszystkim „Kapitan Żbik i żółty saturator” (tekst, teksty piosenek i reżyseria Wojciech Kościelniak, muzyka Mariusz Obijalski), musical napisany specjalnie dla Teatru Syrena na jego 75-lecie. Inspiracją scenariusza stała się seria cieszących się w latach 70. ubiegłego wieku ogromną popularnością komiksów o kapitanie Żbiku. Taneczne i wokalne umiejętności zespołu sprawiły, że nowy musical Kościelniaka oglądało się z nieskrywaną przyjemnością. W niemałej mierze to sukces choreografii Eweliny Adamskiej-Porczyk. W Syrenie swoje „,laboratorium” musicalowe stworzyła Joanna Drozda, autorka spektaklu „Legendy warszawskie” (2021). Spektakl powstał w ramach Społecznej Sceny Debiutów Teatru WARSawy, a debiutowali scenografka i autor strony muzycznej, a także autorka całości Joanna Drozda w roli odpowiedzialnej za fantazyjne kostiumy.

Energicznie do poszukiwań formuły musicalu warszawskiego włączyła się Rampa pod dyrekcją Michała Walczaka, który idzie w stronę stworzenia nowej szkoły musicalu, zakotwiczonego w lokalności, a jednocześnie otwartego na wszystko, co nowe, niepokojące, na to, co nadchodzi. Pandemiczna nerwica skierowała jego myślenie na stworzenie „art turystyki”, nowej gałęzi w branży rozrywkowej, dającej wytchnienie i luz, ale i pobudzającej do myślenia w spektaklu „Grand Musical Hotel” (scenariusz i reżyseria Michał Walczak, muz. Maria Zalewska. 2021).

Walczak, obejmując dyrekcję Rampy, deklarował, że wiąże swój program z tradycją i dorobkiem tego miejsca. Jego pierwsza premiera nawiązywała do początków Teatru na Targówku (przypominał w nim zdjęcia z budowy Domu Kultury na Targówku), do narodzin teatru muzycznego, do niezapomnianego okresu, kiedy teatrem kierował Andrzej Strzelecki. Ale i do rodowodu zespołu, który w sporej części składa się z „ocaleńców” z rozwiązanego Teatru Nowego Adama Hanuszkiewicza. Rampa zrobiła pierwszy dobry krok w swoim nowym wydaniu, w którym – rzecz jasna – usłyszeć można rytm i pomysły rodem z „Pożaru w Burdelu”, który zmodyfikował sposób uprawiania kabaretu i musicalu.

Kolejnym mocnym krokiem okazała się jesienią tego roku premiera spektaklu „40-latek. Warszawski musical” w reżyserii Joanny Drozdy (dramaturgia Michał Wybieralski, muzyka Michał Łaszewicz). Była w tym być może jakaś przekora, że to nie aktywista miejski, hipster czy liderka Strajku Kobiet trafił na scenę, ale właśnie „poczciwy” Karwowski, mężczyzna nieco naiwny, choć nie żaden improduktyw, ale ktoś zdolny zmieniać świat. I tak okazało się, że bohater serialu traktowanego z przymrużeniem oka przyciąga uwagę młodych widzów. Joannie Droździe udało się coś niesłychanie ważnego. Przekroczyła bariery pokoleniowe – jej musical połączył trzy, a może nawet cztery pokolenia.

Dyrekcja Rampy zadbała, aby w foyer pojawiła się wystawa fotografii z wielkich budów inżyniera Karwowskiego (Dworzec Centralny, Trasa Łazienkowska), a w dniu premiery przed teatrem zjawiła się cała kawalkada małych fiatów, wywołując nostalgiczne wspomnienia, podobne jak maluch często gęsto pojawiający się na scenie. Cóż, prawdziwie warszawski musical. Jacek Mikołajczyk, dyrektor artystyczny Syreny, przypomniał niedawno, że „formuła wymyślona przez Amerykanów świetnie wkomponowała się w wiek XX i czasy późniejsze. Za jej pomocą możemy dyskutować o otaczającym nas świecie, wykorzystywać najnowsze trendy w muzyce popularnej i utrzymywać żywy kontakt z widzami. To bogactwo i potencjał aż oszałamiają. Możemy grać musicale broadwayowskie i tworzyć własne”. A Michał Walczak mówił przed premierą „40-latka”: „Warszawa zasługuje na oryginalny musical, który opowiada o jej tożsamości i ikonicznych postaciach takich jak Stefan Karwowski. Inżynier, budowniczy, ojciec i mąż to symbol miasta w nieustannej budowie, którą znakomicie sportretował Krzysztof Teodor Toeplitz i Jerzy Gruza”.

Kto wie, może właśnie rodzi się warszawska fabryka musicali?

Tomasz Miłkowski

Leave a Reply