Przejdź do treści

Opisywanie drapieżców

Nie lubię słowa ostatnie, bo z każdym rokiem coraz częściej pojawia mi się ono w moim wokabularzu. Tym chętniej sięgam do antonimu: rzeczy pierwsze pamiętam lepiej, niż – powiedzmy – szóste. Najprzyjemniej jest połączyć te wszystkie liczebniki porządkowe w jednej narracji – mówiąc zresztą nie o rzeczy, a o osobie. I tą osobą jest dla mnie Stanisław Lem. Na pewno jego książki nie były pierwsze jakie czytałem – wyprzedził go Karol May (Winnetou), Thomas Mayne Reid (Jeździec bez głowy), a nawet Sienkiewicz (W pustyni i w puszczy). Ale już niebawem w milanowskiej bibliotece wypożyczyłem Astronautów i wsiąkłem w Lema na amen. Kiedyś, przed laty, dziwnym trafem, dostałem do wypełnienia ankietę pod tytułem Co czyta elita. Pomyślałem, że to jakaś pomyłka – ja i elita, też coś! – ale skwapliwie skorzystałem z okazji: w końcu, elitą w naszym kraju bywa się wyłącznie przez czyjąś pomyłkę. Zgodnie z prośbą wymieniłem dwadzieścia ulubionych książek. Na pierwszym miejscu znalazła się Solaris Lema, wyprzedzając Czarodziejską górę Tomasza Manna. W dwudziestce był jeszcze Lemowski Niezwyciężony i Dzienniki gwiazdowe. W domowej bibliotece, zarówno papierowej, jak i elektronicznej mam wszystkie dzieła Lema i większość przeczytałam wielokrotnie, z wyjątkiemmonumentalnej książki Summa Technologiae, w której utknąłem w połowie i nie mogłem się wygrzebać, przytłoczony lawiną pojęć, które były mi dość obce.

Dlatego, gdy tylko Wydawnictwo Literackie zapowiedziało wznowienie zbioru felietonów Rasa drapieżców (pierwsze wydanie jakoś mi umknęło) – zgłosiłem się natychmiast i po kilku tygodniach książkę dostałem, po czym odłożywszy wszystkie inne lektury – przeczytałem ją w kilka wieczorów. Nie była to przyjemna lektura. Owszem, czytało się dobrze, bo to jednak pisał mistrz słowa, ale tematyka była przygnębiająca. Lem jako obserwator życia politycznego – głównie zagranicznego, bo jak trafnie zauważył, komentatorów spraw krajowych jest wręcz nadmiar – jest doskonałym analitykiem, ale analizy te dają obraz mocno pesymistyczny. Teksty felietonów (swoją drogą, nie wiem, czy to właściwa nazwa gatunkowa dla tych miniesejów) pochodzą z lat 2004-2006, jest ich czterdzieści cztery, a dotyczą kwestii środowiska, historii Polski i innych krajów, Lemowskich lektur osobistych, problemów energetycznych, polityki Rosji, Niemiec i Stanów Zjednoczonych. Jawi się nam w nich Lem nie tylko jako Kasandra, ale też jako zdystansowany komentator, unikający zbyt jednoznacznego potępiania tych, którzy w swej działalności są głupi, ale skuteczni, umiejący zmienić zdanie, gdy zmienią się okoliczności. Dobrym przykładem jest tu jego stosunek do Angeli Merkel, którą jako kandydatkę na kanclerza oceniał mocno negatywnie (bo z prawicowego CDU) i jeszcze z dawnego NRD, a potem, gdy rozpoczęła rządy – aprobował, choć nie bez zastrzeżeń, ale zaznacza, że kiedyś kanclerka pomyliła… brutto z netto. Jak widać, historia się powtarza.

W dziedzinie poglądów politycznych reprezentuje ciekawą mieszankę: jest antykomunistą o przekonaniach lewicowych. W jednym jest nieprzejednany i poniekąd konserwatywny: w swojej miłości do Lwowa. Miasto Wysokiego Zamku jest jego wielką miłością i żadne argumenty historiozoficzne nie zmieniają jego opinii o tym, że Lwów był zawsze miastem polskim i został nam przez Stalina ukradziony. Parytet między kresami a tzw. Ziemiami Odzyskanymi go nie przekonuje: straciliśmy piękny i niezniszczony Lwów, tętniący życiem nawet pod okupacją hitlerowską i radziecką, a zyskaliśmy niemiecki, obrócony w gruzy i wymagający kolosalnych nakładów na odbudowę Wrocław. Przyznam, że tego aspektu sprawy przedtem nie brałem pod uwagę. W początkach XXI wieku, sześćdziesiąt lat po odebraniu nam Lwowa, który – jak pisze Lem – stracił całkowicie polski charakter, Polaków tam prawie nie ma, a ludzie na ulicy nie wiedzą kim był Adam Mickiewicz, stojący od 1904 roku na pomniku w centrum lwowskiego starego miasta. Od razu sobie pomyślałem o tym, że chyba wiedza na temat Tarasa Szewczenki w Polsce – a ukraiński poeta ma u nas co najmniej dwa pomniki, w tym jeden w Warszawie – też nie jest jakaś powszechna. Ale lwowskiej nostalgii Lema się nie dziwię: na pewno nie zaakceptowałbym tego, gdyby w wyniku jakiejś historycznej tektoniki mój Milanówek przestałby być polski…

W innych dziedzinach Lem jest także bardzo wyrazisty w swoich poglądach, nie waha się używać wyrażeń wartościujących i może także i dlatego jego teksty ostatnie czyta się wybornie. Szczególnie dostaje się prezydentowi George’owi Bushowi młodszemu i w ogóle polityce amerykańskiej, zwłaszcza w odniesieniu do Iraku, prezydentowi Władimirowi Putinowi w ogóle i polskim decydentom, którzy nie potrafią porządnie zająć się unowocześnianiem polityki energetycznej, tylko tkwią przy archaicznym i smrodliwym spalaniu węgla. Nie szczędzi ostrych słów Samoobronie i Andrzejowi Lepperowi, choć podejrzewa, że może dojść do sytuacji, w której ogłupiali wyborcy powierzą mu urząd prezydenta. Rozstrzeliwuje publicystycznie także innych: Marcinkiewicz, Radek Sikorski, Lepper, Rydzyk i Giertych na dokładkę – nie jest to rodzaj zaprzęgu, któremu życzyłbym sobie powierzyć los ojczyzny. Ciekawe, jak by skomentował Lem wolty polityczne, jakich dokonali niektórzy wymienieni tu politycy?

W ogóle odnosi się wrażenie, że spojrzenie Lema na świat sprzed blisko 20 lat jest szalenie aktualne. Rozbawiło mnie i zarazem skłoniło do refleksji zdanie, napisane po wyborach w 2005 roku: Sam z rozsądku głosowałem na PO i Tuska, w skrytości ducha jednak marzę o wymieceniu ze sceny polskiej elity politycznej… Co zresztą uzasadnia w innym miejscu: lewica się kompletnie skompromitowała, a prawica jest niestety troszeczkę imbecylna. Po ówczesnym zwycięstwie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości dość ostro ocenia wygranych, a braci Kaczyńskich bynajmniej nie uważa za zbawców ojczyzny:

Co będzie z Polską? Niemal wszyscy źle wróżą braciom Kaczyńskim. […] Może to jesienno-zimowe przygnębienie, ale mam poczucie, że zmierzamy w stronę politycznej zapaści. Należałoby jej Polsce oszczędzić.

Niektórzy uważają, że pierwsza kadencja Lecha Kaczyńskiego będzie zarazem ostatnią i że na tym władza braci się skończy, jeszcze inni twierdzą, że nowy rząd przetrwa najwyżej rok. Czy tak będzie – nie wiem, a poza tym jestem za stary, by kogokolwiek przeczekiwać. Czekają nas trudne czasy. Niedobrze jest za pomocą nazbyt energicznych kroków reperować Polskę, łatwiej wtedy coś zepsuć niż naprawić. A ponieważ ostatnio wciąż do mnie wracają stare łacińskie maksymy, dziś także jedną przywołam: Quos Deus perdere vult, dementat prius – kogo Bóg chce zgubić, temu wpierw rozum odbiera. Coś tutaj jest na rzeczy.

Autor – w momencie pisania tych felietonów przeszło 80-letni – ma świadomość powagi swojej pozycji, nie tylko literackiej i popularności ogólnoświatowej, która go zresztą stale dziwi, stara się więc mocno mitygować zapał publicystyczny, przez co niektóre teksty sprawiają wrażenie, że wygłasza ją z wieży z kości słoniowej mędrzec, zdystansowany do życia przez swój wiek, swoją sławę i fakt, że mu anonimowy czołg historii przejechał przez środek życia…

Lem nie przeczekał braci Kaczyńskich. Ostatni tekst zamieszczony w książce, został napisany 9 lutego 2006 roku. Dzień później autor trafił do szpitala w Krakowie i tamże zmarł 27 marca 2006 roku. Może dobrze, że nie dożył współczesności, która rozwinęła się zgodnie z jego przewidywaniami nie najlepiej. W dodatku, najwybitniejszy pisarz polski, który przez wielki błąd Komitetu Noblowskiego nie dostał najwyższej literackiej nagrody, w ostatnim felietonie odpowiada na pytania, jakie mu za pośrednictwem pewnego portalu internetowego zadało pięćdziesięciu dwóch młodych internautów. Zarówno portal, jak i internauci są z Rosji, a wszyscy tamtejsi czytelnicy Lema wręcz uwielbiają.

Dobrze, że Lem umarł, a jego akta nie trafiły przed komisję panów Cenckiewicza i Zybertowicza. Inne rzecz, że jeśli by na ten tekst uważnie popatrzyć, okazałoby się, że udowadnia on wcale nie pozostawanie Stanisława Lema pod wpływem Rosji, tylko przeciwnie – pozostawanie młodych Rosjan pod wpływem autora Solaris.

Maciej Pinkwart

—————————-

S. Lem, Rasa drapieżców. Teksty ostatnie. Wybór i posłowie: Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023, 250 stron.

Leave a Reply