Przejdź do treści

Miłego ludobójstwa, kochanie

Szymon Spichalski o GOOD Cecila Philipa Taylora w Multikinie:

,,Zespoły zaczęły się pojawiać w 1933 roku” – tymi słowami rozpoczyna się ,,Good”, najsłynniejsza sztuka Cecila Philipa Taylora. Wyznanie pochodzi z ust profesora germanistyki, Haldera, zwierzającego się ze swoich problemów żydowskiemu przyjacielowi Maurice’owi. W głowie naukowca pojawiają się dziwne dźwięki, które w utworze szkockiego dramatopisarza wkrótce złożą się na niepokojący koncert wielkiej Historii. ,,Good” nieprzypadkowo zostało uznane za jedną ze stu najlepszych sztuk XX wieku według Royal National Theatre.

Taylor był twórcą niezwykle płodnym – napisał blisko 80 sztuk, w tym tekstów dla radia i telewizji. Już jego pierwszy utwór dramatyczny, ,,Mr David” z 1954 roku, zdobył drugą nagrodę w konkursie organizowanym przez Światowy Kongres Żydowski. Semickie pochodzenie autora znajdowało zresztą swoje odzwierciedlenie w jego twórczości. Miał jednak na swoim koncie także sztuki dla dzieci (m. in. ,,Operation Elvis” z 1978 roku), jak też komedie (ciesząca się dużą popularnością ,,And a Nightingale Sang” przeniesiona później na format telewizyjny). Jako zdeklarowany socjalista był również zaangażowanym społecznikiem.

Taylor zmarł w 1981 roku, w wieku zaledwie 52 lat, na skutek zapalenia płuc, nie zdążywszy skonsumować owoców sukcesu swojego najlepszego dzieła. ,,Good” miało premierę przygotowaną przez Royal Shakespeare Company ledwie kilka miesięcy wcześniej. Z miejsca zdobyła szeroki rozgłos. Społeczno-polityczna debata o Holokauście rozgorzała wówczas na nowo. Jeszcze w tej samej dekadzie miało wszak swoją premierę głośne ,,Shoah” Claude’a Lanzmanna. Dramat Taylora był od tamtego czasu wystawiany wielokrotnie. Ostatnia inscenizacja miała miejsce na deskach Harold Pinter Theatre na West Endzie w 2022 roku. Przedstawienie w reżyserii Dominika Cooke’a miało zresztą wyjątkowego pecha. Premierę uprzednio dwukrotnie przekładano z powodu pandemii koronawirusa COVID-19.

W najnowszej adaptacji dramatu Taylora zwraca uwagę minimalizm. Scenografia zaprojektowana przez Vicki Mortimer przedstawia zimną przestrzeń: akcja spektaklu zamknięta jest między trzema wysokimi szarymi ścianami. W poszczególnych miejscach ulokowano w nich niewielkie głośniczki i włazy. To cela? Piwnica? Matnia? A może wszystko po trochu? Cooke przenosi nas do 1933 roku, kiedy w Niemczech władzę obejmowała NSDAP z kanclerzem Adolfem Hitlerem na czele.

,,Good” przedstawia historię wspominanego profesora Johna Haldera postawionego przed koniecznością odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Obsadzony w tej roli David Tennant kreuje postać niepewnego siebie, zagubionego mężczyzny. Z jednej strony pokazuje świetnego wykładowcę, specjalistę od Goethego rozmiłowanego w niemieckim dziedzictwie, z drugiej niewiernego męża, syna nieradzącego sobie z opieką nad niewidomą matką, kochanka mającego problemy z impotencją. Tennant ubrany jest w schludny garnitur i okulary z charakterystycznymi okrągłymi szkłami – za tą powierzchownością akademickiego kostiumu kryje się jednak potwór. W wygrywaniu tych sprzeczności Tennant jest mistrzem, wystarczy tylko wspomnieć jego kreację psychopaty Dennisa Nielsen w serialowym ,,Des”.

Londyński spektakl pokazuje nam, w jaki sposób rodzi się moralny relatywizm. Halder wstępuje do partii, a następnie do SS. Obserwuje wydarzenia nocy długich noży, jest angażowany w program eutanazji i akcję T4, stając się biurokratą śmierci. Z umieszczonych na ścianach włazów wysypują się książki, które John pomaga przerzucać do otwartego obok pieca (krematoryjnego?). Zdeklarowany filolog i germanista zgadza się na palenie ulubionych autorów. Zarazem tak ukochana przez niego niemiecka literatura staje się dla niego materiałem do propagandowego uzasadniania kolejnych bestialstw. Jednocześnie Tennantowi udaje się uchwycić zasadniczą cechę Haldera: profesor w gruncie rzeczy nie wierzy w ani jedno słowo z oficjalnej retoryki nazistów. Robi przy tym coś znacznie gorszego niż prawdziwy fanatyk. Ten ostatni bowiem ulega zaślepieniu, pozostając po prostu zamknięty w swoim wyimaginowanym świecie. Tymczasem Halder szuka po prostu racjonalnego wytłumaczenia dla każdego swojego działania i tak ,,step by step” pozbywa się resztek swojego człowieczeństwa. W tym kontekście tytuł sztuki jest wyjątkowo przewrotny. ,,Good” nie jest bowiem opowieścią o przemianie dobrego człowieka w złą jednostkę. To historia mężczyzny ceniącego swoje DOBRO ponad wszystko – i przez to wymiar jego działań staje się tym bardziej złowieszczy.

Cooke stawia na teatr literacki, dając aktorom przestrzeń do kreowania swoich postaci. Tennantowi udanie partnerują Elliot Levey i Sharon Small, wcielający się w blisko dziesięć sylwetek (żony, matki i kochanki Haldera, jego przyjaciela Żyda Maurice’a i innych). Ten zabieg w pierwszym akcie prowadzi do pewnego chaosu w dramaturgii, sprawiając, że nieznający sztuki widz może czuć się zagubiony. Reżyser stara się mimo to nadać przedstawieniu spójność i dobre tempo, a służą temu m. in. kadrowanie scen, brechtowski dystans, mówienie na stronie, ograniczanie ruchu scenicznego na poczet tworzenia przestrzeni dźwiękami. Ostatecznie w drugim akcie Cooke znakomicie wygrywa zamierzone akcenty. Kwintesencją spektaklu jest mrożąca krew w żyłach sekwencja, w której Halder przebiera się z garnituru w mundur oficera SS, a jego rozmowa z żoną przypomina zwykłą pogawędkę małżonków przed kolejnym dniem w pracy – tymczasem już za chwilę profesor weźmie udział w wydarzeniach nocy kryształowej. To świetne wygrywanie kontrastów jest niewątpliwym atutem przedstawienia.

Londyński spektakl pokazuje nam coś jeszcze. Nie tylko jak jednostka ulega moralnej degradacji, ale też w jaki sposób podlega jej zbiorowość. Przypadek Haldera jest podobny do wyborów filozofa Martina Heideggera. A już przypadek Woltera pokazuje, że nikt nie jest w stanie zgłupieć do tego stopnia, co intelektualista. Postać Tennanta w mundurze jako żywo przypomina szefa SS Heinricha Himmlera – zbrodniarza potrafiącego bez mrugnięcia okiem wysyłać do obozów zagłady miliony ludzi, by później w domowym zaciszu płakać nad złamaną różą ze swojego ogrodu. Takich ,,biurokratów śmierci” było zresztą w niemieckim społeczeństwie więcej. Totalitaryzmy są wszak silne przyzwoleniem milczącej większości. Właściwie jedynym pozytywnym bohaterem tej opowieści jest Żyd Maurice – przyjaciel Haldera. Zakochany w rodzinnym Frankfurcie nie potrafi ostatecznie zostawić swojego miasta, co kończy się dla niego tragicznie. Opuszczony przez Johna powraca do niego jako wielki wyrzut sumienia, który profesor stara się sobie szybko zracjonalizować. Ale w zupełności nie da się ich, niczym nawracających do Haldera dźwięków muzyki, zagłuszyć i puścić w niepamięć.

Wymowa londyńskiego widowiska jest szczególnie niepokojąca w kontekście zaogniającej się sytuacji geopolitycznej, jak i sytuacji rozgrywającej się obecnie w Rosji. Pewne mechanizmy okazują się niezmienne.

Szymon Spichalski

Leave a Reply