Przejdź do treści

To wszystko, co człowiek może zrobić. Rozmowa z Piotrem Cieplakiem

Jak się pracuje nad Beckettem?

Mocowałem się już z Beckettem i z przekładem Antoniego Libery przy Szczęśliwych dniach w Teatrze Polonia. Wcześniej kiedy oglądałem sztuki Becketta na scenie i gdy pracowałem nad jego dramatem w Polonii, miałem poczucie, że ten autor jest „zalakierowany”, jakby zatopiony w bursztynie, że jego matematycznie określona forma jest jakąś opresją i więzieniem. Teraz próbujemy spojrzeć na niego świeżym okiem, ale nie buntowniczo. Traktujemy wędzidło jak cugle. A i tak o wszystkim na końcu przesądzają aktorzy, ludzie, nie matematyka.

Co to za ludzie?

Vladimir pyta: „Jak długo już jesteśmy tak stale razem?”. Estragon odpowiada: „Czy ja wiem. Z pięćdziesiąt lat chyba”. Więc to jest historia zarówno bohaterów teatralnych, jak i osobista. W przedstawieniu występują wybitni aktorzy – Mariusz Benoit w roli Estragona i Jerzy Radziwiłowicz w roli Vladimira; ich teatralny byt nakłada się na postaci z dramatu. „Tu i teraz” rymuje się więc z czymś sztucznym, odtwarzanym już od siedemdziesięciu lat scenariuszem. W moim poczuciu to brzmi ożywczo. Jest poruszające.

Wydaje się, że Estragon i Vladimir wrośli w miejsce, ten bezwład jest ciężarem. I najważniejsze – nie wiemy, co dalej?

A ktoś wie? Takich, co wiedzą, raczej trzeba się bać. Niewiedza może nie jest zbyt przyjemna, ale chyba bliższa człowiekowi – żywa, dramatyczna a nie postdramatyczna. 

Nie ma szans na jakikolwiek stały punkt. Czy to nie jest przerażające? Choć Beckett stawia sprawę bardzo bezpośrednio i uczciwie – „nic się nie da zrobić”.

Tak mówią, że nic się nie da zrobić, ale jednak robią. CO ROBIĄ? No, czekają! Mało? Jak jasna cholera czekają.

Co w tym czekaniu jest najbardziej dojmujące? Bohaterowie mówią, że czekają: „nie w złych zamiarach”, „w dobrej wierze”. Czy tutaj rysuje się pewna nadzieja?

Ta historia jest dramatyczna, ale jest w niej… (choć to chyba nie jest najlepsze słowo) humanizm. Estragon i Vladimir, przeklinając ten stan niepewności, cierpiąc przy tym, jednak trwają w oczekiwaniu i nie uważają się za bohaterów. Sztuka kończy się słynnymi słowami i didaskaliami: „To co, idziemy? / Chodźmy. Nie ruszają się”. To jest nadzwyczajne! Ja w tym widzę rodzaj heroizmu. Jak nazwać to, co sprawia, że pozostają pod drzewem i czekają? Skąd ta dzielność? Wszystko, co człowiek może zrobić – złorzecząc, przeklinając, wściekając się, to jednak… czekać. Przywołam Hioba, który po siedmiu dniach milczenia zaczyna swoją „tyradę”, skargę czekania słowami: „Niech przepadnie dzień mego urodzenia (…) / Niech dzień ten zamieni się w ciemność”. Czekanie Hiobowe w istocie niewiele różni się od tego Beckettowskiego. Jest bez sensu. Ale nic tak wzniośle nie opisuje kondycji człowieczej, która obejmowałaby intuicję metafizyczną.

Ale Estragon i Vladimir – czy jednocześnie nie irytują Pana?

Strasznie! To egoistyczne chamy, małostkowi, interesowni. Irytują tym bardziej, że to dokładnie jesteśmy my. W tym Beckett jest mistrzowski – dowcipnie, przewrotnie i okrutnie zarazem zmiata nas z tych wszystkich inteligencko-teologiczno-moralizatorskich, estetycznych i teatrologicznych fotelików.

Teraz, kiedy po latach znowu czytałam Czekając na Godota, wydało mi się, że autor sportretował swoich bohaterów z wielkim sercem. Ale może myślę „na pocieszenie”, ponieważ chcę, żeby ktoś się nade mną pochylił. Bo rzeczywiście, trudno się w tym obrazie nie odnaleźć.

Ale tę chłostę, którą otrzymujemy od Becketta, jednocześnie uwielbiamy. „Korzystamy” z każdego skrawka tych człowieczych odruchów, których oni wzajemnie sobie udzielają i to jest humanizm tego tekstu. Jakaś nadzwyczajna lekcja. Oni w tej pustce, w zawieszeniu, w tym czasie, w tej przestrzeni, w tej historii mają siebie – blisko, choć grożą rozstaniem.

Ale nie rozstają się.

Trwają przy sobie. I te ich niewprawne gesty czułości, opiekuńczości… Są małymi, obolałymi zwierzątkami. Całe to czekanie na jakiegoś Godota, czy jak oni czasem mówią – Godeta, Gobota, wypełnia się i ujawnia w tym, że człowiek drugiemu człowiekowi podaje marchewkę i okrywa go marynarką, kiedy drugi marznie. Buduje się gmachy etyczne, filozoficzne, religijne, żeby to jakoś określić, a to wszystko jest funta kłaków warte bez tego podstawowego gestu.

A śmiech? Vladimir mówi, że nawet na śmiech nie można już sobie pozwolić. Ale padają tam też takie słowa: „Łez na świecie jest zawsze tyle samo. Gdy jeden przestaje płakać, drugi gdzie indziej zaczyna. Tak samo ze śmiechem”.

Geniusz tego autora! „Nawet na śmiech nie można już sobie pozwolić” – to nie jest zdanie wygłoszone ex cathedra. Po prostu przepona się wtedy napina i są kłopoty z pęcherzem. Beckett bardzo konsekwentnie obnaża patos, górnolotność. Pisze zdania najwyższej rangi, niesłychanie poetyckie, żeby je natychmiast, jak ja to nazywam, „przekosić” kpiną, przekłuć balon, także zakpić z samego siebie. Podtytuł tego dramatu – „tragikomedia” jest bezcenny. To nie byłaby tak dobra sztuka, gdyby nie zawierała w sobie połaci najwyższej rangi komizmu.

Ale jednocześnie jest tu tak wiele okrucieństwa ujawnianego także w sytuacjach z Pozzem i Lucky’m.

Pochodzenie tych postaci jest bardzo niejasne, podobnie jak Chłopca-posłańca. Autor bardzo starannie pozacierał ślady. Nie można jednoznacznie stwierdzić, kim oni są, skąd się wzięli. Musimy pogodzić się z brakiem jednoznacznej odpowiedzi, a nawet zaczynamy lubić tę sytuację. Pozzem jest Cezary Kosiński, Lucky’m – Bartłomiej Bobrowski. Ale czy Pozzo i Lucky w ogóle istnieją? Czy są tak samo realni jak ci dwaj od marchewki i śmierdzących butów, czy może powstali z ich wyobraźni i przeczuć jak bohaterowie jakiegoś dziwacznego teatru w teatrze? Tak samo Chłopczyk „od Pana Godota” – im dłużej odpowiada na pytania, tym bardziej pozostajemy bez odpowiedzi.

Rozmawiała: Monika Mokrzycka-Pokora (materiał własny Teatru) 

Na zdj.: Mariusz Benoit (Estragon), Jerzy Radziwiłowicz (Vladimir) podczas próby Czekając na Godota Samuela Becketta w reżyserii Piotra Cieplaka. Fot. Marta Ankiersztejn

Strona przedstawienia Czekając na Godota → 

Leave a Reply