Przejdź do treści
tinder polska

Mój mąż z zawodu jest dyrektorem

Nazwiska osób kandydujących na kierownicze stanowiska w publicznych instytucjach kultury i skład komisji konkursowych powinny być jawne – pisze Michał Centkowski w „Przeglądzie”.

Odetchnęliśmy z ulgą – politycznie motywowany i skandalicznie prowadzony konkurs na dyrektora Teatru Słowackiego w Krakowie unieważniono [Na zdjęciu nieskutecznie odwoływany niemal od 2 lat dyrektor Teatru Słowackiego, Krzysztof Głuchowski].

Na tym niestety kończą się dobre wiadomości o standardach zarządzania kulturą, a także mediami publicznymi, o których obsadzaniu właśnie mówi się sporo. Ustawa o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej oraz rozporządzenie ministra kultury i dziedzictwa narodowego mówią, że w przytłaczającej większości publicznych instytucji kultury wybór kierownictwa powinien się odbywać właśnie w drodze otwartego konkursu. Tylko w wyjątkowych okolicznościach można od tego odstąpić, na rzecz nominacji pozakonkursowej. Tymczasem przez lata, nie tylko za rządów PiS, władze przy wsparciu części środowiska teatralnego nagminnie omijały procedury demokratyczne na rzecz mniej lub bardziej chybionych nominacji politycznych. Do dziś, o zgrozo, zdarzają się radosne obchody ku czci takiego czy innego dyrektora (zwykle bowiem chodzi o starszych panów), który, raz mianowany przez władze, na stołku kierowniczym zasiadał lat kilkadziesiąt.
Folwarczny model zarządzania, często oparty na przemocy, m.in. ekonomicznej, klientelizm, nepotyzm, drenowanie budżetów instytucji – to zaledwie część patologii wynikających z niskich standardów wyboru kadr kierowniczych, nie tylko zresztą w teatrach. O nagminnym zatrudnianiu samego siebie i łączeniu stanowisk (teatry, festiwale, reżyserowanie w innych teatrach) w ramach tego samego czasu pracy nie wspominając. Może warto w końcu skonstruować system, który będzie działał w miarę przyzwoicie bez względu na to, kto akurat jest u steru? Wbrew pozorom, tak chętnie podtrzymywanym także przez część środowisk twórczych, nie jest to takie trudne. Wystarczy, by kadencyjność i obowiązek prowadzenia otwartych, merytorycznych konkursów na kierownicze stanowiska w publicznych instytucjach kultury (w teorii już w polskim prawie obowiązujący) stały się obligatoryjne, zarówno dla władz centralnych, jak i dla samorządów. Skoro już zrozumieliśmy, że limit kadencji przeciwdziała narastaniu patologicznych relacji w samorządach, warto tę prostą zasadę wprowadzić również w instytucjach kultury. Dekada (dwie pięcioletnie kadencje) to chyba wystarczający czas, żeby zrealizować twórczą wizję, a jednocześnie nie przyrdzewieć do stołka. W Niemczech dyrektor teatru jedną sceną kieruje nie dłużej niż 15 lat.

Oczywiście, żeby to wszystko miało sens, konkursy nie mogą być jak dotychczas polityczną ustawką. karą dla niewygodnych czy krnąbrnych dyrektorów. I tym razem nie jest to mission impossible. Trzeba tak zmienić przepisy, by w składach komisji konkursowych większość mieli przedstawiciele środowisk twórczych, organizacji branżowych oraz eksperci, a nie politycy i urzędnicy, którzy podobnie jak dyrektorki i dyrektorzy są jedynie administratorami środków publicznych, a nie właścicielami instytucji. Wtedy nie będziemy musieli wszczynać społecznego buntu przy okazji kolejnych konkursów, bez względu na to, jaka ekipa będzie u władzy.

Jest jeszcze coś, co stanowi fundament dojrzałej demokracji i rządów prawa, które wszyscy mamy teraz na ustach – JAWNOŚĆ. W konkursach na dyrektorkę czy dyrektora teatru, szkoły bądź publicznego radia nie omawia się działań kontrwywiadu ani strategii obronnej Wojska Polskiego. Nie ma więc żadnego racjonalnego powodu, aby nazwiska osób kandydujących na kierownicze stanowiska w publicznych instytucjach kultury, proponowane przez nie programy oraz skład komisji konkursowej nie były jawne i dostępne opinii publicznej. Podobnie jak przebieg przesłuchań, pytania komisji, odpowiedzi kandydatów i kandydatek, punktacja i wyniki głosowania. Tak by każdy startujący i każdy dokonujący wyboru brat odpowiedzialność za swoje decyzje i mógł być z nich rozliczany przez opinię publiczną, niezależne media, wreszcie obywatelki i obywateli. Po prostu.

Źródło:

„Przegląd” nr 46

Autor:

Michał Centkowski

Data publikacji oryginału:

13.11.2023

Leave a Reply