TSNK 12

Teatr się nie klika, więc dziś będzie o krzywym ryju. Jak pewnie większość z Was już wie, aktor Tomasz Lulek stwierdził na FB – podaję to wystąpienie w telegraficznym skrócie – że powinno się ukrócić praktykę, w ramach której wszelkie VIP-y, w tym recenzenci teatralni, wchodzą na premiery „na krzywy ryj”. Rozpętała się burza z piorunami, ale nie będę jej streszczał, łatwo ją bowiem odnaleźć w mediach społecznościowych, a wrocławska Gazeta Wyborcza poświęciła jej nawet artykuł. Osobiście trochę się w tej dyskusji udzielałem, ale wycofałem się szybko, rozumiejąc, że emocje nie są tu najlepszym doradcą. Od razu zresztą planowałem poświęcić całej sprawie felieton, co niniejszym czynię już na spokojnie.

Zacznę więc od oświadczenia: uważam, że recenzent nie powinien w teatrze płacić tak zwanym żywym pieniądzem, bo jego pobyt opłacony jest w różnych innych „walutach”. Przede wszystkim przyjeżdżam do teatru obejrzeć spektakl z opcją napisania o nim tekstu. Gdy uznaję, że spektakl jest tego wart, piszę taki tekst, co zazwyczaj kosztuje mnie około tygodnia pracy. Najpierw zastanawiam się, co mnie w przedstawieniu ujęło, wypisując na kartce wszystko, co mi po kilku dniach podsuwa pamięć. Następnie sięgam po dzieło, które stało się podstawą adaptacji, w międzyczasie pisząc do teatru z prośbą o tekst bazowy przedstawienia. Porównuję oba, dowiadując się, jaki jest pomysł twórców na dzieło, co wynika z takiej, a nie innej adaptacji itd. Gdy spektakl oparty jest na specjalnie napisanym nowym tekście, badam go, zastanawiam się nad jego strukturą, próbując zgłębić, co wynika z cytatów, konstrukcji bohaterów i wielu jeszcze elementów zastosowanych przez autora. Potem to wszystko konfrontuję z tym, co zobaczyłem na scenie, opisuję i publikuję. Albo nie opisuję i nie publikuję, bo nie widzę takiej potrzeby, bo szkoda mi czasu na coś, co jest przeciętne. Nie znaczy to jednak, że nie wykonuję tej całej pracy. Spektakle, których nie opisuję – a jest ich znakomita większość – są na mojej liście selekcjonerskiej. W każdym bowiem sezonie – tak się złożyło – jakiś festiwal selekcjonuję.

Układam więc sobie w głowie i na papierze taką bazę, całkiem liczną (co roku ok. 250 spektakli), żeby móc na tej podstawie wykonywać różne prace, prowadzić spotkania, pisać blogi festiwalowe, selekcjonować festiwale czy zasiadać w różnego rodzaju gremiach. Wiedzy tej używam w każdej rozmowie o teatrze, a więc gdy polecam spektakl dyrektorowi jakiegoś festiwalu pod rozwagę, lub gdy mówię o tym innemu krytykowi czy widzom, którzy mnie o opinię pytają. Jestem więc rodzajem papugi, która dzieli się opiniami, ale żeby je mieć, muszę spektakl obejrzeć i przemyśleć. To „papugowanie” też jest zapłatą, jaką oddaję wielu teatrom w zamian za „darmowy” bilet. Do tego dochodzą działania w mediach społecznościowych, mające potencjał czysto promocyjny. Jasne, ktoś powie, cóż to za zasięgi – 5000 ludzi! Teatr jednak większych nie ma! Nie łudźmy się też – 15 złotych (żądane za bilet przez Lulka), a nawet 50 w przypadku normalnego biletu, nie ma w tym naszym polskim raju jakiejś wielkiej mocy nabywczej. Z drugiej strony, gdy się przeliczy 250 spektakli razy 15 pln to się uskłada prawie 4000 pln.

I tu przechodzę do głównej kwestii. Recenzentowi w Polsce za teksty płaci się od święta, a jeśli nawet, to długo po ich napisaniu, natomiast aby pojechać do innego miasta na spektakl, recenzent musi zainwestować – czasem nawet 500 złotych. Pozostaje pytanie: z czego ma tę inwestycję poczynić? W takiej sytuacji 15 pln czy 50 pln robi różnicę, jest to bowiem równowartość „drogiej” kawy czy „taniego” obiadu. Zwłaszcza że większość z nas nie ma etatów, zaczepienia, niczego, tylko okolicznościowe eventy, takie jak spotkania po spektaklach, warsztaty, festiwale. A stawki za naszą pracę, nawet tę na festiwalach, idą tylko w dół. Ostatnio otrzymałem propozycję nagrania podcastów o zagranicznych spektaklach dla wielkiego międzynarodowego festiwalu za 200 pln brutto od sztuki. Gdy ironicznie stwierdziłem, że nie pracuję za studenckie stawki, usłyszałem, że festiwalu nie stać na stawki gwiazdorskie czyli 1000 pln brutto. Przemilczę wymownie budżet tego festiwalu i plotki rozsiewane przez jego dyrektora, że zażądałem oto astronomicznych kwot! Inny festiwal zaproponował mi ostatnio 2400 złotych za bycie selekcjonerem na wyłączność! Do festiwalu jest ponad pół roku, więc moja praca warta by była miesięcznie 400 pln, przy czym selekcja nie polega tylko na tym, że się siada i wybiera, a na jeżdżeniu (nie tylko na wyznaczone spektakle), odkodowywaniu, dopasowywaniu do reszty układanki, potencjale promocyjnym nazwiska, które staje się ambasadorem marki, dając na użytek imprezy swój potencjał i doświadczenie. I to na wyłączność, co oznacza, że nie można pracować w tej profesji u kogoś innego… Mam przytaczać inne przykłady? Szczerze, nie mam siły kolejny raz wspominać tych upokorzeń, zamierzam się bowiem wkrótce przebranżowić. Jeśli bowiem ludzi uprawiających dany zawód na ogólnopolskim poziomie nie stać na bilet kolejowy, o benzynie nie mówiąc, i muszą – z biedy – wykłócać się na FB o 15 złotych, to w moim pojęciu czas zostawić taką branżę i przestać być zwykłym FRAJEREM! Kocham teatr, ale nie na tyle, żeby zabijać się o okruchy z weselnego stołu… A potem jeszcze usłyszeć, że jestem be, bo wchodzę „na krzywy ryj”.

W ramach podsumowania chciałbym się nieco pobawić w Kassandrę. Otóż za kilka lat nie będzie recenzentów, będą co najwyżej internetowi „polecacze” oraz tzw. krytycy towarzyszący (a więc nie mający problemu z chwaleniem wszystkiego, jak leci, za godziwe pieniądze od tych, których chwalą). Nie będzie też widzów – w ich imieniu i w obronie ich interesów nie stanie już bowiem nikt. Oni zaś, gdy tylko się zorientują, że są jedynie mieszkiem pieniędzy, do którego sięga się, żeby móc się dobrze w teatrze czuć i doświadczać procesu tworzenia bez specjalnej troski o jego efekt, odpłyną z widowni szybciej niż wierni z diecezji bpa Jędraszewskiego. Ciekawe, kto wtedy i gdzie będzie wchodził na „krzywy ryj”?

Tomasz Domagała

[Fot. Weronika Krupa]

Leave a Reply