Wszystko zaczyna się od tęsknoty…

Grzegorz Ćwiertniewicz pisze po premierze WŁOCHA W SALONIE w nowym wrocławskim teatrze KAMBAK:

Na mapie kulturalnej Wrocławia pojawił się nowy teatr alternatywny. Teatr KAMBAK. Jak deklarują jego twórcy, zrodził się on z pasji i doświadczenia. I chyba trudno mieć co do tego wątpliwości. Twórcy nie są anonimowi. Agatę Obłąkowską publiczność zna między innymi z Teatru Arka, w którym znakomicie odnajdowała się nie tylko jako aktorka, ale również jako reżyserka, a także ze spektakli Teatru Polskiego, do którego dołączyła blisko dwa lata temu, Teatru Muzycznego CAPITOL czy Teatru Układ Formalny. Obłąkowska wielokrotnie udowodniła swoje zdolności aktorskie, zmysł reżyserski i organizatorski. Nic więc dziwnego, że postanowiła zacząć tworzyć przestrzeń, która będzie wypełniała się jej wizją i spełni w pewnym sensie jej marzenia o teatrze autorskim. Pomogą jej w tym niewątpliwie charyzma, jak i silna determinacja. Beatę Lech-Kubańską również widzowie znają z Teatru Arka. Od pewnego czasu należy do zespołu Teatru Ad Spectatores, co czytać należy bezwzględnie w kategorii awansu za dotychczasowe role teatralne, a także coraz większą świadomość aktorską, żeby nie napisać – za coraz głębszą dojrzałość. I Obłąkowska, i Lech-Kubańska uczyły się aktorstwa, pomijając, oczywiście, wrocławską szkołę teatralną, właśnie w Teatrze Arka, u kierującej sceną aktorki i reżyserki Renaty Jasińskiej. Bardzo dużo się od niej nauczyły i tyle samo jej zawdzięczają. Wciąż pamiętam obie ze spektaklu „Moralność pani Dulskiej²”, w którym pierwsza grała Hesię, druga – Juliasiewiczową. Już przed dziesięcioma laty było to zajmujące, choć dopiero szlifowane, aktorstwo. Z każdym rokiem rozwijały się niesamowicie. Zaczynała uwierać martyrologiczna poetyka sceny przy Menniczej, z której zrezygnować nie potrafiła Jasińska (co w dalszym ciągu uznawać trzeba za błąd, bo drzemały w niej złoża teatralnego złota w postaci niebywałego kunsztu; aktorką Jasińska była wybitną). Robiło się monotonnie z powodu powtarzalności i przewidywalności. Pojawiło się pragnienie nowych wyzwań i potrzeba znalezienia nowych przestrzeni. W dodatku, silna osobowość Jasińskiej, połączona momentami z apodyktycznością, wcale nie sprzyjała usamodzielnieniu się aktorów i nawiązywaniu współpracy z innymi teatrami. Nie bez znaczenia były również problemy finansowe Arki, które rzutowały również na regularność wynagrodzenia. Z misji i duchowych uniesień się nie wyżyje. Trudno było to Jasińskiej zrozumieć. Stąd też i rotacja wśród aktorów w Arce była coraz większa. Jasińskiej nie ma z nami już od trzech lat, z czym wciąż trudno się pogodzić. Teatr Arka nie jest już tym samym miejscem. Niewiele chyba nawet z tzw. starego zostało. Zespół się rozproszył. Aktorzy znaleźli nowe teatralne przystanie i wciąż pracują na swoje rozpoznawalne już nazwiska. Jedną z tych przystani jest właśnie KAMBAK.

Teatr KAMBAK, wydaje się, będzie specjalizował się raczej w komedii. To chyba konsekwencja zmęczenia Obłąkowskiej i Lech-Kubańskiej patosem i martyrologią, a także, w pewnym sensie, odcięcie się od Arki. Jedyne, co łączy oba, to zespół składający się zarówno z aktorów zawodowych, jak i aktorów niezawodowych (osób ze specjalnymi potrzebami), a więc idea integracji. O tym, jak ci drudzy potrafią zatracić się w aktorstwie, przekonałem się już wielokrotnie. Co ważne i co widać już po pierwszym przedstawieniu – adepci grają równorzędne role, są prawdziwymi partnerami dla aktorów zawodowych. Wróćmy jednak do komedii. To słuszny kierunek. Jeśli widzowie dostaną zgrabne, mądre komedie, takie, które nie będą uwłaczały godności człowieka myślącego, scena ma szansę na rozwój i skupienie wokół niej stałej publiczności.

Takim spektaklem KAMBAK otworzył nowy sezon artystyczny. Na scenie przy Poznańskiej 58 odbyła się premiera „Włocha w salonie” w reżyserii Dariusza Taraszkiewicza. Taraszkiewicz również ma w swoim dorobku przedstawienia zrealizowane dla Teatru Arka, ale żadne z nich nie było utrzymane w poetyce ciemności. Za każdym razem biła z nich jasność, dająca nadzieję zarówno twórcom, jak i widzom. Takie zresztą są wszystkie spektakle Taraszkiewicza – jasne, afirmujące świat, usprawiedliwiające ułomności człowieka, pozytywne, refleksyjne, nie brak w nich filozofii szczęścia, ale i wzruszające. Do swoich przedstawień zaprasza znanych i cenionych aktorów, którzy podobnie, jak on, są przekonani, że teatr musi realizować jakąś społeczną misję. Wystawiane są na scenach w całej Polsce.

Spektakl „Włoch w salonie” powstał na podstawie scenariusza autorstwa Huberta Michalaka, napisanego specjalnie dla Teatru Kambak. Między innymi właśnie dlatego wiele w nim pierwiastków wrocławskich – znanych ulic czy rozpoznawalnych miejsc. Tekst, jak na komedię pomyłek przystało, bo zdaje się, że w takiej konwencji utrzymane zostało to przedstawienie, został przemyślany tak, by od początku do końca trzymać widza w napięciu, wzbudzać jego zainteresowanie, nie pozwolić mu się nudzić choćby przez ułamek sekundy. Nie mamy, żeby była jasność, do czynienia z zawiłością akcji, ale poprowadzona została ona tak, że widz może odczuwać mętlik w głowie. Wynika to z dynamiki przedstawienia i należy traktować to jako jego walor. W przypadku takich przedstawień zawsze obawiam się infantylizacji języka i sprowadzenia widza do poziomu ameby. Z niczym takim nie mamy do czynienia tym razem. Widzom serwuje się inteligentne, choć oczywiście przepełnione komizmem, dialogi. Zastosowana gra słów wymaga pomyślunku i refleksji. Ba, refleksji wymaga cały spektakl, bo inaczej nie byłby to spektakl Taraszkiewicza. W jego przedstawieniach życie bohaterów zazwyczaj się prostuje i odzyskują oni wiarę w sens życia. Tak jest i teraz. Są to opowieści o dużym poziomie wrażliwości. A skoro tak, to i nie brakuje wzruszeń. Drugim reżyserem była Agata Obłąkowska. Widać, które partie przedstawienia są jej zasługą. Utrzymane są one bowiem w konwencji zbliżonej do tej, którą posłużyła się, reżyserując niezapomnianą „Shirley Valentine” z Renatą Jasińską w tytułowej roli. Rytmiczność, pewnego rodzaju nostalgia, wyrazistość portretów psychologicznych bohaterów to tylko niektóre ze znaków rozpoznawczych jej reżyserii. I u Taraszkiewicza, i u Obłąkowskiej ważna jest muzyka. Tę do „Włocha w salonie” opracował Ignacy Wojciechowski, młody, ale już nagradzany i wyróżniany kompozytor. Prosta, włoska, porywająca dodaje spektaklowi południowego słonecznego blasku. Warto zadbać, by poszczególne utwory nie kończyły się niczym przecinane tasakiem do mięsa lub też gwałtownym uderzeniem w przycisk magnetofonu, a raczej wyciszane były subtelnie, by nie burzyć melodyjności całego spektaklu. Jeśli, oczywiście, ma muzyka być jego kompatybilną częścią, nie czymś na kształt przerywnika. Całość dopełnia bardzo funkcjonalna scenografia Karoliny Konieckiej – okazuje się, że przepych nie zawsze jest wskazany.

Wspomniałem już wcześniej o akcji, w kontekście jej niezawiłości. Spektakl traktuje o dwóch rodzinach – mieszkającej w stolicy Dolnego Śląska Anecie (Beata Kubańska), matce, samotnie wychowującej dwóch synów – Maksymiliana (Radosława Wojtasa) i Aleksandra (Andrzeja Kusiaka), a także pochodzącego z Como Giacomo ojca (Maciej Mazurkiewicz), opiekującego się córką (Alicja Idasiak). Punktem wyjścia jest chęć skorzystania przez obie rodziny z programu zamiany mieszkań na wakacje. Wszystko zaczyna się od tęsknoty… Akcja nabiera tempa już od samego początku. Na oczach widzów zmieniają się stany emocjonalne bohaterów i budują na nowo ich portrety psychologiczne. Czytelnicy moich tekstów wiedzą, że nie jestem skory do opowiadania fabuły, by pozwolić im na samodzielne poznanie i przeżycie, więc i tym razem pozostanę tej zasadzie wierny. Nadmienię tylko, że jest energicznie, ale mimo wszystko – przewidywalnie. Ale nie o nieprzewidywalność szło twórcom. Żywiołowości przedstawieniu dodaje regularne pojawienie się w domu Anety niejakiej Pani Tosi, typowej polskiej sąsiadki, co to nie potrafi panować nad swoim życiem, ale uzurpuje sobie prawo do układania go innym. W jej roli – Rafał Kozok. Nie tylko w jej, bo i Pizzermana, homoseksualisty Gabrysia i Caso. Kozok, chyba jak nikt, miał możliwość zaprezentowania w spektaklu spektrum swoich możliwości. Od despotycznej Pani Tosi, przez zakłopotanego i nieco przestraszonego Pizzeramana, nonszalanckiego Gabrysia i poważnego, nostalgicznego Caso. Niezwykle utalentowany, zgrabnie i sprawnie przechodzący z roli w rolę, bez szkody dla żadnej z nich i w każdej niepowtarzalny. To jego kreacje, zwłaszcza trzy pierwsze, uwydatniają komizm sztuki Michalaka i spektaklu Taraszkiewicza. Co ciekawe – udało mu się połączyć gwałtowność z opanowaniem. Nie ma sztucznego przerysowania, choć, oczywiście, możemy mówić o elementach groteski. Za sceniczne metamorfozy należą się Kozokowi słowa uznania. Beata Lech-Kubańska bezbłędnie poradziła sobie z rolą samotnej matki i zmęczonej po roku szkolnym nauczycielki języka polskiego. Mając w pamięci szereg jej teatralnych wcieleń, właśnie w tym spektaklu dostrzegłem jak bardzo dojrzała aktorsko, jak udało jej się wyzbyć scenicznej niepewności. Stała się aktorką z krwi i kości, świadomie wykorzystującą paletę swoich predyspozycji. W każdym geście, w każdym słowie, w każdym scenicznym ruchu widać aktorską pewność i znajomość rzeczy. Przed Lech-Kubańską aktorski świat stoi otworem. Ufam, że z tego, na co przez lata pracowała, skorzysta. I że świat zechce skorzystać z niej. Maciej Mazurkiewicz miał niełatwe zadanie. Zagrać Włocha i mówić raz po włosku, raz po polsku wymaga nie lada skupienia. No i uwydatnić odpowiednio temperament to też sztuka. Obok Kozoka to właśnie on nadaje spektaklowi komicznego tonu. Nie wydaje się być zmęczony swoim aktorskim zadaniem. Ma predyspozycje do grania amantów – i techniczne, i wizualne. Jest wdzięczny, od razu wzbudza sympatię, z lekkością uwodzi publiczność. Zdaje się, że ma tę świadomość, która wcale w konsekwencji nie jest jego sprzymierzeńcem. Przestaje grać, zaczyna być. To zawsze jest atut, ale nie wtedy, kiedy na skutek przeszarżowania zaczynamy mieć do czynienia z popisem jednego aktora. I z „przekrzykiwaczem” głosu Krystyny Czubówny, który widz miał raczej usłyszeć, by zrozumieć tłumaczenie. Żeby była jasność – Mazurkiewicz stworzył bardzo dobrą rolę. Były jednak momenty, kiedy narcystyczne traktowanie swojego bohatera sprawiało, że zaczynał unosić się nad sceną i w pewnym sensie – odrealniał się. To tak naprawdę drobiazg. Przy krytycznym spojrzeniu i drobnej korekcie, gra nie będzie budziła żadnych zastrzeżeń. Alicja Idasiak, Radosław Wojtas i Andrzej Kusiak są dobrze znanymi publiczności aktorami niezawodowymi, adeptami, którzy szlifów nabierali w Teatrze Arka. Swój warsztat rozwijali pod kierunkiem Jasińskiej, Obłąkowskiej i Taraszkiewicza. Dawno nie widziałem ich w żadnym przedstawieniu. „Włoch w salonie” uświadomił mi, jak duże poczynili postęp – naturalność, wyrazistość w mowie i w ruchu, świadomość i jeszcze większa pasja. Wszystko to zasługuje na podziw.

„Włoch w salonie” to propozycja dla tych widzów, którzy chcą choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości, zasiąść wygodnie w teatralnym fotelu i w rytmach włoskich melodii poromansować z parą głównych bohaterów. Twórcy puszczają do publiczności oko. Bawią się z nią, pozwalając na chwilę wytchnienia i zapomnienia. Jest śmiesznie, mądrze, wzruszająco. Nie ma miejsca na infantylizm i zaniżanie poziomu (jest on adekwatny do konwencji). Inteligentne komedie, wolne od prymitywnego słownictwa i banalnych gagów mają sens. Jeśli rzeczywiście taką drogę obierze KAMBAK, będziemy mieli we Wrocławiu teatr, do którego będzie przychodziło się z przyjemnością – nie po snobistyczne uniesienia, ale po uśmiech, refleksję i nadzieję.

Grzegorz Ćwiertniewicz – doktor nauk humanistycznych, historyk filmu i teatru polskiego, polonista, wykładowca akademicki, menager, autor książek: „Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko” (2015) i „Amantka z pieprzem” (2019), a także wywiadów z ludźmi ze świata kultury, recenzji oraz artykułów o tematyce teatralnej. Należy do Polskiej Sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT/IATC). Publikuje m.in. w „Yoricku”, „Odrze”, „Polonistyce”, „Presto”, „Przeglądzie”, „Teatrze” i „Śląsku”.

Leave a Reply