ANNA DYMNA – ODPALAM RAKIETĘ I LECĘ W KOSMOS

Przed 70. urodzinami Anny Dymnej przypominamy szkic Łukasza Maciejewskiego z jego książki „AKTORKI. Spotkania”

W zbiorowej pamięci zawsze będzie młoda. I śliczna. Dziewczyna z renesansowego portretu. Delikatna twarz, promienne spojrzenie, specjalny rodzaj pogody ducha, wewnętrzne światło. Dymna nadal ma to wszystko w sobie.

Roztrzepana i zdroworozsądkowa. Bardzo kobieca, potrafi także przekląć. Nie ma w tym sprzeczności. Bo Dymna to Dymna. Symbol i znak jakości.

Podczas spotkań z dziennikarzami jest szczera. Tę prawdę czuje się natychmiast, od pierwszej rozmowy.

Pierwszy wywiad z Anną Dymną przeprowadzałem wiele lat temu, będąc licealistą, ostatni w połowie 2012 roku. Przez te wszystkie lata, ani razu nie złapałem aktorki na krygowaniu się, ustawianiu w korzystniejszym świetle.

Tym razem rozmawialiśmy w „Loży”, w Krakowie, przy Rynku.

– „Rosołek, rosołek?”. „Tutaj dobry dają”.

„Wie pan co, rosół mi się z Bińczyckim kojarzy, z Biniem. W „Znachorze” on mnie tak śmiesznie karmił rosołem, że po brodzie pływały mi wąsy z makaronu. Okropnie nas to bawiło. Zawsze kiedy zamawiam rosół, myślę o Bińczyckim. To co, napijemy się rosołku? Na cześć Binia.”

***

Dymna jest w zasadzie rozmówcą idealnym. Z tym samym błyskiem w oku opowiada o krakowskich lumpach, co o przyjaźni z Czesławem Miłoszem. Ma jednak charakter. Nie da się zbyć byle czym, potrafi być złośliwa.

Nie ma co liczyć na spowiedź prywatną. Szczerość Anny Dymnej jest intuicyjnie kontrolowana. Aktorka mówi dużo, szczodrze obdarza rozmówcę anegdotami, ale wie także, czego nie powiedzieć.

„Przychodzi nagle taki czas, że człowiek staje się opiniotwórczy. Zasypywana jestem pytaniami na różne tematy. Pytają o wszystko – a ja nie lubię się mądrzyć i często nie mam nic do powiedzenia, lub nie mam ochoty zabierać głosu. Wysłannicy kolorowych pisemek nie są wcale zainteresowani tym że jestem aktorką. Nie wiedzą w jakim gram teatrze, ani gdzie pracuję. Dla nich jestem tylko osobą publiczną – „małpą” i chcą koniecznie wiedzieć co małpa sądzi o samochodach, co lubi zjeść, jakich używa kosmetyków, jak i z kim mieszka. Nic im nie powiem”

„Gdzieś przeczytałam, że istnieją cenniki na ujawnianie różnych drastycznych faktów przed kamerami telewizyjnymi. Ludzie rozmawiają o ułomnościach, grzechach z różnych powodów: dla sławy, za pieniądze, z chęci zemsty. Ja tego nie oceniam, ale buntuję się przeciwko praktykom, że gdzieś pomiędzy tymi informacjami pojawiają się wzmianki o moim życiu. To jest jednak bardzo upokarzające. Domorośli dziennikarze kreślą nasze sylwetki pomiędzy tekstami o menstruacjach, bolesnych stosunkach i pampersach. Niedawno przeczytałam podpis pod moim zdjęciem: „Pani Dymna była chuda, a teraz jest taka gruba, ale jednak taka uśmiechnięta.” Tak przecież nie wolno. Nie należę do aktorów, którzy się zupełnie odgradzają od mediów. Wiem, że jestem osobą publiczną i zagrałam role które ludzie zapamiętali i rozumiem, że są teraz ciekawi tego, co się u mnie dzieje – ale przecież można było to samo napisać dowcipniej, inteligentniej – inaczej.”

„Bez kokieterii uważam, że wykonuję bardzo ciężki i poważny zawód i nie uprawiam go po to, żeby być na okładce jakiegoś pisma. Nigdy tak aktorstwa nie postrzegałam, odkąd pamiętam, wiedziałam, że robię coś ważnego i potrzebnego. Tak byłam uczona przez wielkich twórców polskiego teatru.

Oczywiście, kilkanaście lat temu, występując w teatrze, pełniliśmy zupełnie inną rolę, także w świadomości społecznej, niż dzisiaj. Może nawet dobrze się stało, że teraz aktorstwo wróciło do zadań, do których zostało stworzone. Mamy bawić, wzruszać, czegoś uczyć, coś pomagać zrozumieć, ale zawsze jest to ciężka i odpowiedzialna praca.”

„Mnie od początku uczono, że teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie. Lidia Zamkow mówiła mi: „teatr to świętość”. Konrad Swinarski powtarzał: bez miłości nie można wykonywać tego zawodu.

Czasy się jednak zmieniły. Dzisiaj ciężko być aktorem. Trudniej wykonywać zawód z pełnym oddaniem i poświęceniem. Prowadzę zajęcia ze studentami i naprawdę nie wiem, jakiego stosunku do zawodu mam ich uczyć: chyba tylko samodzielności. Mogę mówić o posłannictwie, ale oni sami doskonale wiedzą, że teatr ma zbyt mały zasięg, nie zapewni popularności, oczywiście są też wśród tych młodych ludzi prawdziwi pasjonaci, ale każdy musi z czegoś żyć.

Kiedy studenci opowiadają o castingach, na których są traktowani jak mięso armatnie, mówię im, żeby próbowali uruchomić w sobie radość. Mimo wszystko.”

„Mojemu pokoleniu ani tak zwana popularność, ani pieniądze właściwie nie były potrzebne. Miałam dobrych przyjaciół, forsy wystarczało na wódeczkę, albo żeby kotu kupić ryby, a kiedy byliśmy głodni, wtedy podżerało się rybki kota. Ja tak żyłam.

Spotykaliśmy się z ludźmi, było wesoło; teraz życie polega na czymś zupełnie innym – i ja młodym ludziom naprawdę głęboko współczuję. Są osobowości ostro prące do przodu dla których te czasy są naprawdę wspaniałe, ale są też ludzie bardzo zdolni którzy mają mniej przebojowy charakter – i oni z reguły przegrywają.”

„Gdybym wiedziała, że aktorstwo polega na tym, że muszę bez przerwy udzielać wywiadów do gazet, mam być bez końca fotografowana przez ludzi wpychających mi się do domu, ogrodu i łazienki – nie wybrałabym tego zawodu. A jest to mimo wszystko naprawdę piękna profesja.

Kiedy jednak przestanę otrzymywać propozycje, wycofam się bez histerii. Jestem aktorką spełnioną i może właśnie dlatego odmawiam niekiedy udziału w rzeczach do których nie jestem przekonana, albo których do końca nie rozumiem. Nie chciałabym stać się maszyną do produkcji uczuć, namiętności tylko za pieniądze.”

„A może nie jest aż tak źle? Zawsze w kasandrycznych prognozach niepokoi mnie skłonność do uogólnień. Są różni ludzie, różne postawy – nie tylko te „małe”. Trzeba zdać sobie sprawę, że żyjemy w pewnym zaklętym kręgu ludzi kulturalnych, których w mniejszym albo większym stopniu obchodzi sztuka. Ale jesteśmy w straszliwej mniejszości. Z intymności kreuje się towar do sprzedania, z rywalizacji, która polega na donosicielstwie, robi się pewien wzorzec moralny w społeczeństwie. To bardzo groźne zjawisko.”

Dymna nie gra w telenowelach, nie oglądamy jej w telewizyjnych shows.

„Seriale pełnią ważną funkcję. Dla wielu widzów, bohaterowie telewizyjnych opowieści są jedynymi przyjaciółmi, wzorcami, przykładami: powinni zatem kształtować gusta, wyrabiać wrażliwość. I tak się czasami dzieje. Natomiast najgorzej jest wtedy, gdy seriale robi się lewą ręką: byle jak i z byle kim.”

„A przecież lubię seriale. Również jako widz. Byłam entuzjastką „Czasu honoru”. Kiedy zabijali tam Krzysia Globisza, tak się popłakałam, że musiałam napić się wiśnióweczki. Trochę żartuję, ale przecież doskonale rozumiem ludzi, którzy nie wyobrażają sobie dnia bez ukochanych bohaterów. Nie wszystkich stać na to, żeby codziennie wieczorem oglądać „Hamleta”. Serial zastępuje rozmowę z przyjaciółmi, których często po prostu brakuje. A tutaj wszystko jest proste. Widzowie wiedzą, kiedy mają się zaśmiać, a kiedy rozpłakać. Kopiują serialowe wnętrza, powiedzenia i emocje.”

„Co jakiś czas dzwonią do mnie producenci telenowel. Z reguły odmawiam, ale kiedy bardzo naciskają, domagam się scenariusza. Słyszę wtedy: ale to jest projekt otwarty, na sto, na dwieście odcinków, możemy tylko konspekt przysłać. Raz dałam się skusić. I oniemiałem. Czytając scenariusz, myślałam że ktoś po prostu sobie ze mnie zażartował, że to pomyłka. Bohaterka była chamska, obleśna, wulgarna, fizjologiczna. I nic więcej. Tylko taka skorupa. Powiedziałam, że kategorycznie odmawiam, ale dyplomatycznie dodałam, że nie potrafię takich rzeczy zagrać. Usłyszałam: „To może by się pani nauczyła?”. Ja na to, że nie mam ochoty. Nazajutrz usłyszałam, że podnoszą mi stawkę o połowę. Wtedy zdenerwowałam się nie żarty. „Co to ja, k… jestem, żeby mnie kupować w takim stylu”. Niezrażony niczym producent spokojnie odparł: „Nie, ale pani jest jeszcze czysta, pani się jeszcze nie umoczyła. Dlatego chcemy właśnie panią”. No to ja wolę być jednak nadal czysta.”

„Jednak smaczny serial, w dobrym towarzystwie, dlaczego nie? To czysta przyjemność. Z rozkoszą grałam z Krzysiem Globiszem w cudnym serialu „Licencja na wychowanie”. Niestety, to było chyba za dobre, bo pomimo doskonałych recenzji i niezłej oglądalności szybko zostało zdjęte z anteny. Szkoda.

Nie odżegnuję się jednak od seriali, zresztą dziewięćdziesiąt procent zawodowych propozycji to w moim przypadku właśnie telewizja. Czasami się uginam. Trzeba jednak pamiętać, że jeden dzień zdjęciowy na planie telenoweli to mniej więcej moja teatralna pensja. Zarobki są nieporównywalne.”

***

„Tak zwany sukces to skomplikowana sprawa. Pracujemy dla publiczności. Akceptacja widzów jest nieodzowna. Sukces medialny jest jednak niebezpieczny. Zaczynają cię inaczej traktować, uważniej obserwować. Otrzymujesz pierwszą w życiu nagrodę. Świetnie, bardzo się cieszysz. Ale potem pojawia się kolejna. Czwarta lub dziesiąta. Wtedy naprawdę można uwierzyć, że jesteś genialny. I zaczyna się odcinanie kuponów od tego, co już pokazałeś. Droga na skróty, droga do nikąd.”

„I tak najpopularniejsi są celebryci. Nie muszą niczego potrafić, ważne że są na bankietach. I bardzo dobrze, mnie to nie przeszkadza. Kilkanaście lat temu występowałam w telewizyjnym spektaklu Witka Adamka, on lubił zapraszać do współpracy amatorów, świetnie ich obsadzał. Grałam wtedy z Bolcem, raperem, całkiem miłym, z charakterystycznym złotym zębem. Ten chłopiec w końcu źle skończył, już nie żyje. Wtedy był jednosezonową gwiazdą. Dobrze się dogadywaliśmy, ale wtedy to była jednak pewna ekstrawagancja. Dzisiaj amatorzy grają w serialach na równych prawach z aktorami zawodowymi. Role główne i drugoplanowe. Ale to nie jest jedynie polski syndrom. Tak się dzieje na całym świecie. Nie ma sensu walczyć z wiatrakami, trzeba starać się zaakceptować taki stan rzeczy.

Nie mam nic przeciwko Kasi Cichopek i innym amatorom. Ludzie ich uwielbiają. A oni latami grają tę swoją jedną rolę życia. Prawdę mówiąc, podziwiam tę Cichopek. Jest zaradna, uśmiechnięta i pracowita, może tylko na jej miejscu nie występowałabym w teatrze, ale to tylko domniemania, bo przecież nie wiem jak wypadła.”

„Amatorzy są i będą. Tyle tylko, że jednak jako aktorka zawodowa nie mam wtedy wielkiej przyjemności z pracy. Amatorka jest śliczna, można ją podziwiać – na scenie i planie filmowym, ale nie ma mowy żebyśmy podczas prób coś ze sobą pokombinowały. Przecież przygotowanie spektaklu przypomina laboratorium. Codziennie pojawiają się nowe odkrycia, wymyślamy różne rzeczy, nieustannie eksperymentujemy. Z amatorem raczej się tego nie zrobi. On po prostu jest i tyle”.

„Artystów chyba częściej dotykają rozmaite nałogi, bo pracujemy na emocjach. Wszystko jest na zewnątrz. Kobiety mają pod tym względem lepiej. Są silniejsze psychicznie, mają mniej czasu, co w tym przypadku okazuje się zbawieniem. Bo muszą ugotować obiad, zająć się domem, odrobić z dziećmi lekcje. Rzadziej wpadamy w depresję”.

„W moim przypadku, zdrowym odreagowaniem był także złośliwy los. Tak często mi dokuczał, że właściwie nie miałam czasu na depresję, alkohol. Musiałam walczyć. Nawet teraz noga mnie rwie, boli ręka. I tak jest ciągle.

Oczywiście nikt tego nie widzi – i bardzo dobrze! – ale jestem schorowana. Po ciężkiej operacji barku, w zasadzie nie wolno mi było występować w teatrze. Złamałam wszystkie zalecenia lekarza i przez cały rok występowałam wbrew werdyktowi medycznemu. To także dużo mówi o naszym zawodzie”.

Status aktorki lubianej i cenionej, jednego z aktorskich symboli Krakowa, ma swoją cenę. Nie zawsze przyjemną.

„Problemem Krakowa jest brak anonimowości. Tutaj wszystko odbywa się na widoku publicznym. Niczego się nie ukryje.

Kiedy na płycie Rynku czule przywitałam się z ojcem, nazajutrz usłyszałam komentarze w rodzaju: „Aniu, coś nowego w twoim życiu chyba?”, albo „Nie wiedziałam, że lubisz starszych”. Nigdy tego rodzaju głupot nie dementuję, to nie ma sensu. Odpowiadam z ironicznym uśmieszkiem: „Tak, oczywiście, to był mój nowy kochanek”. Złośliwcy natychmiast czują się zmieszani.

To dobry sposób na plotki. Wiesio Dymny powtarzał mi zawsze: „Jeżeli będziesz popularna, ludzie na pewno będą wygadywali na twój temat rozmaite rzeczy, w ogóle tego nie słuchaj, rób swoje. Nawet jeśli będziesz słyszała niestworzone historie, dopóki będziesz uczciwa, czysta i nic złego nie zrobisz, takie plotki nic nie będą znaczyły. Dasz sobie radę, ale pamiętaj, musisz być normalnym człowiekiem. Sama myć podłogi, odkurzać, jeździć tramwajami. Jeżeli staniesz się gwiazdą, to cię zabiję”. W ten sposób Wiesiu uratował mnie od gwiazdorzenia.”

„Przed laty próbowałam otworzyć przewód doktorski. Nie udało się, nie starczyło entuzjazmu, ale za to w międzyczasie stworzyłam trzydzieści trzy „Salony Poezji” w Polsce. W każdym razie, w tamtym czasie, siłą rzeczy, musiałam wrócić do starych recenzji spektakli z moim udziałem. Byłam zdumiona. Okazało się na przykład, że legendarne dzisiaj „Dziady” w reżyserii Swinarskiego, miały kiepskie przyjęcie i słabe recenzje. Nigdy bym w to nie uwierzyła”

„Sama jestem najlepszym widzem świata. Wzruszam się, płaczę, śmieję. Uwielbiam chodzić do teatru, oglądam spektakle jak dziecko.”

„Bolą mnie złe recenzje. Wiem, że taki macie zawód, i nawet was podziwiam, ale sama lubię krytykę w której recenzent zauważa zarówno plusy, jak i minusy przedstawienia. Nie lubię, kiedy wszystko potępia się w czambuł. Jestem aktorką, dlatego martwię się, kiedy nie zostają zauważone wybitne role koleżanek i kolegów. Wtedy myślę półżartem, że sama chciałabym zostać krytykiem, który zauważałby w teatrze dobre rzeczy.”

„Przecież nie jest tak, że nas nie obchodzą recenzje. Pamiętam przedstawienia zjechane przez krytykę, które graliśmy ze spuszczonymi głowami. Wszystko ma znaczenie. Aktora łatwo dotknąć. Gra się emocjami, sercem. Żarliwie. Nie znam aktora, który pracowałby w teatrze byle jak. Trzeba w tę profesją wejść z całym zaangażowaniem i wiarą w sens przedsięwzięcia.”

***

Status aktora w tworzeniu kultury jest niemożliwy do przewidzenia. Nie chodzi tylko o role – teatralne, telewizyjne lub filmowe; nie chodzi nawet o własny styl, uczciwość i klasę osobistą. Ważne jest natomiast, żeby ów talent, styl i klasa, trafiły w zbiorowe marzenie publiczności, która odtąd będzie chciała się w takim, charakterologicznym i zawodowym konglomeracie, odnaleźć. Tak jak wcześniej próbowała odnaleźć się w ciemnych okularach Cybulskiego, frenezji młodego Olbrychskiego, albo w jeansowym uniformie Jandy z „Człowieka z marmuru”.

Anna Dymna w trakcie długiej i pięknej kariery podarowała nam niejeden uniform. Uszyty z jeansu, ale także z depresji i z nadziei. Z wielu aktorskich tkanin.

„Z domu wyniosłam podstawę odpowiedniej hierarchii wartości. Rodzice pilnowali, żebym nie pomyślała o sobie zbyt dobrze. „Taka ładna córeczka”, mówili mamie różni obcy ludzie. Wtedy odpowiadała: „Nie, normalna”. Nie miałam świadomości, że jestem ładna, lepsza, wyróżniam się w czymkolwiek. Zainteresowanie mężczyzn mnie peszyło. A potem na szczęście trafiłam na Dymnego, który powtarzał mi z czułością: „Ania, ty jesteś na okładce, ale babcia klozetowa jak ładnie wyczyści ustęp, jest lepsza od ciebie”. Miał rację.”

Jako pierwszy talent aktorki rozpoznał Jan Niwiński.

W obrosłym legendą dziecięcym teatrzyku Niwińskiego, dziesięcioletnia Dymna występowała w bajkach, oraz w poważnych sztukach Goldoniego czy Szekspira.

To właśnie Niwiński namówił Anię do zdawania do krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej.

„Mieszkaliśmy w jednej kamienicy na ulicy Nowowiejskiej w Krakowie. Tam stoi teraz budynek „Biprostalu”, za moich czasów dookoła było zboże, tak zwany małpi gaj, trochę dalej, poniemiecki bunkier.

Mieszkaliśmy na drugim piętrze, Jasiu Niwiński na pierwszym. Wiedziałam, że u niego odbywają się jakieś czary, ale w tym czasie głównie szalałam z chłopakami. Miałam dwójkę braci, więc siłą rzeczy większość czasu spędzałam w towarzystwie młodych mężczyzn. Nie miałam koleżanek, z siedmioma kolegami goniłam po drzewach, skakałam i dokazywałam. Miałam pewne sukcesy. Na przykład najdalej z całej grupy plułam na odległość, gorzej było z sikaniem, ponieważ nie miałam …aparatu”.

„Z wczesnego dzieciństwa pamiętam poetyckie seanse które odbywały się na balkonie u Jasia. Miałam wtedy sześć albo siedem lat. Zrobiłam im psikusa, który pamiętam do dzisiaj. Na kartce narysowałam trupią czaszkę i spuściłam ten rysuneczek z balkonu na sznurku. Nie spałam całą noc, tak przejęłam się własnym bezeceństwem”.

„Jan Niwiński był cudownym mitomanem i ekscentrykiem. Za dnia z reguły spał, ożywiał się nocami. Opowiadał nam niestworzone historie. Jego żona, malarka, szyła mu niesamowite kostiumy, na przykład awangardowe peleryny. Już z daleka było widać, że idzie artysta. Występował w teatrze „Bagatela”, ale nigdy nie widziałam go na scenie. Był za to artystą życia. Miał niezwykłe, pełne bibelotów i rekwizytów mieszkanie. Ten świat bardzo mnie fascynował. W końcu Jasiu przekonał tatę, żebym mogła przychodzić do niego na lekcje”.

„Na zajęcia do pana Jana przychodzili Anna Polony, Ewa Górska, Ryszard Filipski. Niwiński wspaniale recytował poezję, przyjaźnił się z Haliną Poświatowską.”

„Miałam chyba jedenaście lat, kiedy teatr wystawiał sztukę „Cud w Alabamie”. Poszukiwano dziewczynki, która przypominałaby dzikie zwierzątko, które nie widzi, nie mówi, nie słyszy. Poproszono moich rodziców, żebym mogła przyjść na przesłuchanie.

Niwiński również był uparty. Krok po kroku urabiał mnie na aktorkę. Najpierw zagrałam Marysię Sierotkę, potem Mirandolinę Goldoniego.”

„Jasiu był bratem cudownej Zofii Niwińskiej, z którą później pracowałam w Teatrze „Starym”. Pamiętam sytuacje, kiedy przychodziła w odwiedziny. Wlatywała wtedy do nas taka piękna, zawsze elegancko ubrana, pachnąca, w muślinowych szaliczkach. Zdawało się, że jakiś motyl wleciał”.

„Recytowaliśmy wiersze, graliśmy przedstawienia. Z Mietkiem Grąbką, który jest moim rówieśnikiem, grywaliśmy krasnoludki. Do szkółki Niwińskiego trafili również Janek Frycz, Monika Niemczyk, Grażynka Laszczyk.”

„Z czasem repertuar był coraz ambitniejszy. Słowacki – „Grób Agamemnona”, „Kolczyki Izoldy”. Niwiński wspaniale opowiadał o poezji. Przykładał wagę do każdej frazy. Otwierał przed nami przestrzenie, których obecności nie przeczuwałam. Wychodziłam z zajęć oczarowana”.

„Jednak wciąż nie byłam pewna, co chcę robić w życiu, złożyłam papiery na psychologię. Chciałam pracować jako psycholog w więzieniu, albo w Domu Dziecka. Jasiu krzyknął: masz zdawać do szkoły teatralnej! Dopiero jeżeli się nie dostaniesz, możesz zostać tym psychologiem. Ale się dostałam. Do dzisiaj niczym relikwię przechowuję kartkę, na której jest napisane, że nie zgłosiłam się na egzamin wstępny z psychologii.

Może jednak minęłam się z powołaniem? Chociaż, z drugiej strony, aktorstwo jest blisko psychologii. Cały czas przyglądamy się ludziom, zachowaniom, zjawiskom. To zawód, w którym nieustannie zajmujemy się kondycją ludzką. Być może zatem, w jakimś stopniu, zostałam psychologiem. Specjalnym: psychologiem dymnym”.

Anna Dymna ukończyła PWST w 1973 roku, ale karierę rozpoczęła już na studiach. Na pierwszym roku studiów, w Teatrze im. Słowackiego, zagrała Isię i Chochoła w „Weselu” Wyspiańskiego.

„Nie mogłam trafić lepiej. Wybrała mnie wspaniała Lidia Zamkow, dla której teatr był całym życiem. Dzięki niej wcześnie zrozumiałam, jak ważne miejsce wybrałam.”

Błyskotliwy początek miał konsekwencje. Dymną równocześnie pokochał teatr, kino, wkrótce także telewizja.

Wciąż będąc na studiach występowała w kilku filmach rocznie. W 1971 roku, na planie „Pięciu i pól bladego Józka” Henryka Kluby, poznała Wiesława Dymnego, autora scenariusza filmu, a także poety, plastyka, jednego z założycieli „Piwnicy pod Baranami”. Znajomość szybko przerodziła się w miłość. Anna Dziadyk i Wiesław Dymny wkrótce zostali małżeństwem.

„On mnie ulepił” – powiedziała kiedyś o pierwszym mężu.

Dymny nie pasował do swoich czasów. Rozsadzał peerelowską siermięgę. „Piwnica pod Baranami”, której był filarem, stanowiła szczególną wysepką tolerancji dla jego rozlicznych talentów, euforii i szaleństw, ale dookoła „Piwnicy” funkcjonował przecież świat druczków, legitymacji partyjnych i małej stabilizacji. Dymny nienawidził tego świata: nie pasował do ogółu, bawił go wyłącznie szczegół. Literacki drobiazg, filmowy bibelot, malarska iluminacja. Interesowała go chwila: mgnienie twórczego entuzjazmu, które przetrącało spokój depresyjnego letargu.

„Kiedy poznałam Wiesia, byłam młodziutką dziewczyną – miałam 18-19 lat. Myślę że cudownie się stało, iż wchodząc w dorosłe życie miałam obok siebie takiego człowieka. On kontynuował to, czego uczyli mnie rodzice. Byliśmy do siebie podobni – on ze wschodu, mój dom też wschodni. Może gdybym znalazła się u boku jakiegoś zblazowanego artysty moje życie potoczyłoby się inaczej. A to jest najniebezpieczniejszy moment w życiu młodej aktorki, kiedy przychodzą pierwsze okładki, pierwsze sukcesy, popularność.”

„Uśmiecham się na wspomnienie naszego, trudnego przecież związku. Na strychu mieliśmy tak zwany dom otwarty i właściwie każdy gość był mile widziany. Boże, jakie tam były zabawy! Albo chodziliśmy do „Piwnicy pod Baranami” i stamtąd ruszaliśmy w miasto – odwiedzaliśmy kluby studenckie i wesołe miejsca. Mieliśmy se sobą pół litra wódki, albo szampana, na którego trzeba było zbierać pieniądze na długo wcześniej. Mama Wieśka zawsze podsyłała nam wstrętną baraninę w słoikach twierdząc, że jak zjemy ją przed zabawą, to z pewnością się nie upijemy.”

„Zawsze czuję obecność Dymnego. Nikt nie pomaga mi w życiu tak bardzo jak on. Jako dziecko człowiek jest czymś napełniony: albo miłością, albo nienawiścią. Takie rzeczy dają nam siłę, są drogowskazami. Dzięki Dymnemu nigdy nie jestem zagubiona w życiu. Mogę mieć różne kłopoty, ale nie mam wątpliwości w sprawach zasadniczych. Wiem, co on by zrobił na moim miejscu i to mi w zupełności wystarcza.”

Od lat Dymna konsekwentnie porządkuje twórczość Wiesława Dymnego.

„Był dziwnym artystą, został po nim chaos: rzeczy wartościowe i bezwartościowe. Wiele spraw zaczynał, niewiele kończył. Miał w sobie bunt, sprzeciw wobec kłamstwa, obłudy, kombinatorstwa, co jest ponadczasowe. To o czym pisał, będzie zawsze aktualne. Był brutalny, dosadny, ale pełen poezji”.

Zastanawiała się Pani kiedyś, kim dzisiaj byłby Dymny?

„Wiele razy. W życiu pewne rzeczy się zapomina, inne idealizuje. Przez dwadzieścia lat nic o Wieśku nie mówiłam, wreszcie coś we mnie pękło, uznałam że fakt, że kiedyś spotkałam na swojej drodze kogoś takiego jak on, ma wartość.

Dzisiaj myślę że Wiesiek byłby szczęśliwy. Sama realizuję po części jego marzenia. Dymny zawsze chciał mieć dzieci – mam syna, marzył o domu i ogrodem – mieszkam w nim. Wiesiek kazał mi wszystko robić własnymi rękami – i w ogrodzie robię wszystko sama, dłubiąc z mężem kilofem w skałkach.”

Po skończeniu studiów, Dymna otrzymała angaż do „Starego” Teatru. Jest tej scenie wierna do dzisiaj.

W najlepszym okresie „Starego”, zagrała w wielu wybitnych przedstawieniach: Kasię w „Królu Mięsopuście” Jarosława Marka Rymkiewicza (1970), Korę w „Nocy Listopadowej” (1974) i Annę w „Warszawiance” Stanisława Wyspiańskiego (1976).

Była Anią w „Wiśniowym sadzie” (1975) oraz Niną Zarieczną w „Dziesięciu portretach z czajką w tle” Czechowa (1979). W 1977 roku powróciła do „Wesela”. Tym razem grała Zosię.

„To przede wszystkim w „Starym” poznałam przyjaciół, którym zawodowo zawdzięczam najwięcej. Kiedy pomyślę od ilu błędów życiowych ustrzegła mnie Zofia Jaroszewska, albo przypominam sobie rozmowy z Władkiem Hańczą, czy Władysławem Kowalskim, mam wrażenie, że tego długu wdzięczności nie uda się spłacić. Starsi ludzie zawsze byli dla mnie prawdziwą kopalnią młodości. Szkoda, że często nie chcemy ich słuchać”.

„Nie miałam wątpliwości co jest w zawodowym życiu najważniejsze. To zawsze był teatr. Byłam dumna, że pracuję w najlepszym teatrze w Polsce, z najważniejszymi wówczas reżyserami. Wiele razy odrzucałam propozycje pracy w filmie dla teatru. Wiedziałam że tak muszę. Teatr to priorytet”.

Pierwszym przełomem w teatralnej biografii Dymnej była niewielka rola Zosi w legendarnych „Dziadach” Mickiewicza w reżyserii Konrada Swinarskiego z 1973 roku.

Zosia w interpretacji Dymnej była nie tylko dziewczęca, także zmysłowa, erotycznie niespełniona. Cierpiała przede wszystkim z powodu braku miłości.

Przedstawienie szybko zyskało status legendy, a Swinarski w rozkwicie talentu, w superlatywach wyrażał się o możliwościach niedawnej debiutantki.

To właśnie Dymnej powierzył rolę Ofelii w „Hamlecie”.

Pracę nad spektaklem przerwała tragiczna śmierć reżysera w katastrofie lotniczej.

Tamten czas w życiu aktorki to była nieprzerwana czarna seria. Zaczęło się od pożaru mieszkania. Wkrótce umarł Dymny. Dwa ciężkie wypadki samochodowe wyłączyły aktorkę na wiele miesięcy zawodowego życia.

„Z boku wyglądam na dziecko szczęścia. Ale w życiu nic nie jest proste, ani czarno-białe. Kiedy grałam Barbarę Radziwiłłównę, byłam wystrojona w perły, piękna, szykowna, a miałam wtedy straszliwy wypadek. Konie mnie poniosły. Skręciłam kark. Reminiscencje tego wypadku towarzyszą mi do dzisiaj.”

„Wciąż zmagam się z różnymi dolegliwościami. Niech pan zobaczy, teraz to jestem już fuksiarą, mogę podnieść rękę do góry. Długo o to walczyłam.

Przeszłam niedawno ciężką operację kręgosłupa. „Trylogię” Klaty grałam cała obolała, w protezie, kulawa. Przyzwyczaiłam się jednak także i do bólu. Kiedy na co dzień ogląda się prawdziwe ludzkie cierpienie, nie sposób rozczulać się nad sobą”.

Pozostała wierna „Staremu” Teatrowi.

„Chodzi o coś więcej niż miejsce pracy. Ten teatr jest moim życiem. To, że kiedyś nie zwariowałam z nadmiaru komplementów, to również zasługa koleżanek i kolegów ze „Starego”. Pilnowali żebym nie wypadła z pionu.

Trafiłam tutaj w najlepszym okresie. Rozkwit talentu Swinarskiego, Jarockiego, Wajdy. Ze wszystkimi pracowałam. W tym teatrze odnalazłam przyjaciół, dzięki którym zasmakowałam zawodowego sensu, oraz – gdy wiodło się gorzej – ludzkiej solidarności. Być może nie poradziłabym sobie z kolejnymi tragediami, gdyby nie teatralni przyjaciele.

Dlatego nikt nie namówi mnie na otwartą krytykę tej sceny. Wiadomo, jak w każdym związku, bywają lata lepsze i gorsze. Ale wszystko przetrwaliśmy. Znowu gram w ukochanym teatrze. To mój jedyny adres”.

Kiedy pytam o mistrzów, aktorka się rozpromienia.

„Jerzy Jarocki, mój profesor, nauczył mnie zawodu. Wprowadził do zespołu, uczył precyzji, konsekwencji, dyscypliny. Potwornie wymagający, pokazał że teatr to sprawa serio.

Miałam zaszczyt i szczęście zetknąć się ze Swinarskim. Zagrałam w „Dziadach”, miałam zagrać Ofelię w „Hamlecie”. Prawie całą rolę mieliśmy zrobioną, pracowaliśmy w wakacje. To było dziko inspirujące przeżycie. Zresztą każdy aktor, który spotkał się w pracy ze Swinarskim, został przez niego napiętnowany na całe życie. Tak silna osobowość.

Wajda przeniósł mnie na inne piętro, w którym liczyła się bardzo aktorska samoświadomość.

Każde spotkanie z Jerzym Grzegorzewskim było uskrzydleniem.

Uwielbiałam Jurka jako człowieka. Kochałam nad życie jako artystę. Całkowicie wchodziłam w jego teatr. Grając w spektaklach Grzegorzewskiego, czułam się tak, jakbym funkcjonowała na zupełnie nieznanej, pasjonującej planecie. Zagrałam u niego parę ról. To moje najpiękniejsze przedstawienia.

Z Jurkiem Trelą zaczęliśmy z Grzegorzewskim próby do „Krzeseł” Ionesco. Odbyliśmy dwie próby. To, co wtedy nam proponował, wydawało się wręcz wstrząsające.

Niestety, nie udało się, Grzegorzewski umarł. Okropne są takie straty. Jezu, jak byśmy to z Trelką wspaniale zagrali…”

„Wreszcie Kazio Kutz. Najpierw pracowaliśmy przede wszystkim w telewizji, potem również w teatrze. O nim nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach. To absolutnie niemożliwe. Wymagającym złośliwy, dowcipny. Chyba z żadnym innym reżyserem nie miałam takiej radości z grania, jak u Kutza.”

„Spotykając się z tymi – i wieloma innymi – fascynującymi osobowościami czuję się tak, jakbym wciąż była dziewczynką, która dostaje do rączki nowe zabawki, konstruuje z nich rakietę i leci w kosmos”.

***

W teatrze mierzyła się z literackim kanonem, ale szeroka publiczność pokochała ją za role „dziewczyn z sąsiedztwa” w filmowych evergreenach.

Wnuczka z „Nie ma mocnych” (1974) i „Kochaj albo rzuć” (1977), szlachcianka z „Janosika” (1973), Barska z „Trędowatej” (1976), Barbara Radziwiłłówna z „Królowej Bony” (1980), Marysia Wilczurówna ze „Znachora” (1971).

Na erę przed tabloidami, oraz popularnością kolorowej prasy kobiecej, Dymna stała się synonimem gwiazdy.

Niezwykle urodziwa, skromna, dobrze wychowana. Spełniała wszelkie warunki na „królową polskich serc”.

Zarówno w kostiumie z epoki, jak i w modnych spodniach-dzwonach, była w gruncie rzeczy tą samą, wesołą, rezolutną i pełną wewnętrznej pogody dziewczyną.

Polskie kino nie wymagało od niej kreacji. Ania miała przede wszystkim ślicznie wyglądać i promiennie się uśmiechać. Wyglądała i uśmiechała się.

Zdjęcia Dymnej pojawiały się na pocztówkach i kieszonkowych lustereczkach, a masowa publiczność utożsamiała wizerunek filmowy aktorki z życiem prywatnym. Młodziutka aktorka stała się instytucją. Pisano do niej listy, układano wiersze, proszono o finansowe wsparcie.

Fizyczność aktorki podążała niejako w ślad za tym społecznym zamówieniem . Pomimo upływu lat, Dymna się nie zmieniała. Była wciąż tą samą, czarującą, smukłą dziewczyną.

Dopiero macierzyństwo aktorki, którego konsekwencją stała się zmiana warunków fizycznych, pomogło Dymnej wzbogacić wizerunek. Odtąd grała już nie tylko dziewczyny z marzeniami, ale także kobiety z przeszłością, po przejściach.

„Długo nie mogłam zajść w ciążę. A to było moje marzenie. Kiedy w końcu się udało, lewitowałam ze szczęścia. Nic nie mogło odebrać mi tej radości, także zmiana tak zwanych warunków. A przytyłam wtedy aż trzydzieści dwa kilogramy.

Jednak po powrocie do pracy, trochę się wstydziłam. Że nie jestem już tamtą Anią. Wyglądam inaczej.”

Jako pierwszy w odmienioną Dymną uwierzył Kazimierz Kutz.

„Przypuszczalnie zobaczył moje zmieszanie. Podszedł do mnie, radośnie zmierzył wzrokiem, po czym powiedział: „W końcu jakaś prawdziwa baba, nie chuchro. „Dupa jest, cycki są”. Poczułam ulgę”.

„Kazio wiele razy mi pomógł, w pewnym sensie to on wydobył mnie z aktorskiego niebytu. Praca z nim polega na zaufaniu. I wierzę mu bezgranicznie. On jest jak dziecko robiące komuś dowcip, fantastycznie się przy tym bawiąc. Z takim reżyserem warto nawet zbłądzić, tylko przy nim stać mnie naprawdę na wszystko, na otwarcie, odwagę, czasem bezwstyd.”

W kinie przełomem dla Dymnej był film „Tylko strach” w reżyserii Barbary Sass, w którym przejmująco zagrała dziennikarkę pogrążającą się w alkoholizmie.

„Basia Sass, moja filmowa miłość. Dziwna, elektryczna reżyserka. Z reguły pracowałam z mężczyznami, ale spotkania z Basią Sass, albo z Tereską Kotlarczyk, należą do najważniejszych”.

W telewizyjnej adaptacji „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa w reżyserii Macieja Wojtyszki, zagrała Małgorzatę. Seksualne zwierzątko i nieco wyniosłą intelektualistkę, kobietę zakochaną i enigmatyczną.

W poświęconej Dymnej książce Wojciecha Szczawińskiego, „Warto mimo wszystko”, aktorka twierdzi, że rola Małgorzaty była dla niej szczególnie ważna, bliska emocjonalnie.

Kutz odkrył Dymną dla telewizji, ale zagrała u niego również kilka znakomitych ról w kinie i w teatrze. Ostatnią filmową rolą była postać matki w „Śmierci jak kromka chleba” poświęconej pacyfikacji kopalni „Wujek”.

„Na przykładzie tej rólki dowie się pan sporo o aktorstwie i o wielkości Kutza. To był przecież epizod. Nauczyłam się roli na pamięć, uznałam że wiem jak ją zagrać: że ma być to coś w rodzaju modlitwy. Czekałam ponad dziesięć godzin na rozpoczęcie zdjęć. Kiedy już się ściemniało Kazio powiedział mi: „Ania, już będziemy robili”. Na głowę założyli mi jakąś obrzydliwą beretkę, narzucili płaszczyk – co Kutz skomentował – „Ej Anka, coś za ładna jesteś” – i rozmazał mi szminkę na pół twarzy. Potem wziął mnie na stronę i zapytał „Ale wiesz co grasz”? – „No, wiem”. „Na pewno?” – „Wiem – mówię – to trudne, ale chyba sobie poradzę”. W odpowiedzi usłyszałam bardzo nieparlamentarne zdanie, którego pełen eufemizmów sens mógłby zamykać się w stwierdzeniu, że mam zagrać kompletnie pijaną babę, która chce chłopa, a on tam pod ziemią siedzi. Byłam zszokowana, z całym romantycznym stosunkiem do roli, grać kogoś takiego?

No ale zagrałam. Jezu, jak ja się wtedy darłam. Wyłam straszliwie, zataczałam się, po chwili z okolicznych bloków powychodziły jakieś kobiety i widząc co się dzieje, zaczęły wyklinać mnie i całą ekipę, że one przecież wtedy nic nie piły, że to kłamstwo, szkalowanie itd. Zrobiła się straszna afera, ale jakoś udało nam się to nagrać. Kiedy pełna najgorszych przeczuć zobaczyłam gotowy film, pomyślałam: cóż to za genialny reżyser!

Na ekranie w ogóle nie widać, żebym była pijana, tylko zwierzęcą, rozdzierająca rozpacz. Gdyby Kutz powiedział mi: Ania zagraj mocno, ale szlachetnie, to nic by z tego nie wyszło, człowiek zrozpaczony przekroczy natomiast wszystkie granice przyzwoitości, normy. Kutz wiedział, że nie ma czasu mi tego tłumaczyć, i musiał użyć takiego podstępu. Miał rację.”

Często występowała w filmach Jerzego Hoffmana.

„Jurek Hoffman jest moim serdecznym przyjacielem. Taki brat prawdziwy. On zresztą do wszystkich mówi: „bracie mój”. Traktuję go jak najbliższego członka rodziny. Pamiętam sytuację sprzed kilku lat: jadę tramwajem w Warszawie i nagle rzuca się na mnie jakiś chłop i byłby mnie pewnie zadusił ze szczęścia – a to był Hoffman, który dawno mnie nie widział. Naprawdę się kochamy, wiele razy ze sobą pracowaliśmy”.

„Ostatni raz – w „Starej Baśni”. Zagrałam Jagę, żonę Ryśka Filipskiego, która sama, z własnej nieprzymuszonej woli, idzie na stos za mężem. Co prawda, kompletnie się nie zgadzałam z tą babą, bo gdybym miała dzieci i tyle do zrobienia, to na żaden stos bym się nie wybierała. Umarł mąż, zabili go – trudno, ale żyć trzeba dalej, dla dzieci.”

Wystąpiła także w fatalnie przyjętym, kostiumowym „Wiedźminie”.

„Śmieję się, jak sobie o tym przypominam. Czy pan wie, że nie dostałam ani grosza za to, że zagrałam w tym filmie: zostałam zaangażowana do serialu telewizyjnego i tylko do serialu. Kiedy potem dowiedziałam się, że za rolę której nikt mi nie zaproponował, dostałam nominację do Orłów, pomyślałem, że tylko u nas jest to możliwe. Nagle okazało się, że zagrałam główną rolę kobiecą w fabule, chociaż o tym nie wiedziałam. Na moje nieśmiałe zdziwienie, usłyszałam: „Jak to? Nie cieszy się pani, że gra wielką rolę w filmie?” No więc się ucieszyłam. Na planie tej produkcji było zresztą miło i zabawnie – w jednej scenie grały ze mną zwierzątka – tchórz i szop pracz, który nazywał się „seks”. „Seks” był prawdziwym sybarytą, najcudowniejszym zwierzątkiem na świecie, nie opuszczał mnie ani na krok, przeszkadzał w graniu i był naprawdę słodki. W ten sposób w końcu miałam w polskim kinie sensowne „sceny z seksem”.

„Kutz twierdzi, że jestem jedną z odważniejszych aktorek, bo zazwyczaj wchodzę w rolę całkowicie, potrafię się otworzyć. „Anka, puścisz się?” – pyta Kaziu, bo wie, że „ja się umiem puszczać”. Jestem bardzo odważną aktorką, ale muszę rozumieć rolę. Odmawiam grania postaci, których nie rozumiem, bo nie wiem, dlaczego miałyby zostać zagrane aż tak ostro i wulgarnie. Być może to prawda, że trzeba widzem wstrząsnąć, żeby odkryć zapisaną w tych tekstach poezję, ale ja się na medium do tego typu działań nie nadaję.”

„Może jestem niemądra, ale chyba nie byłabym w stanie zagrać roli, która byłaby emanacją czystego okrucieństwa, nawet ze świadomością że okrucieństwo służy w konsekwencji czemuś dobremu. Nie wierzę do końca w to, że nie można w teatrze mówić o okrucieństwie w sposób mądry. Proszę spojrzeć na Szekspira – zawsze poruszał najważniejsze i najbardziej dosadne tematy, które dotykają duszy ludzkiej, ale w jego dramatach nikt nie biega z odsłoniętymi członkami, nikt też się nie onanizuje na scenie.”

Nie mam nic przeciwko rolom kontrowersyjnym. Ale muszę widzieć w tym sens. U wspomnianego Kutza, w „Antygonie w Nowym Jorku” grałam Anitę, kobietę bezdomną, zdegenerowaną i w pewnym sensie zredukowaną do zwierzęcych popędów, ale rozumiałam ją, wiedziałam, że w życiu szuka tylko jednego: miłości.”

Dzisiaj znowu jest na fali. Z powodzeniem gra w filmach, występuje w spektaklach najciekawszych reżyserów młodego i średniego pokolenia – Jana Klaty, Piotra Cieplaka, Iwana Wyrypajewa.

„Janek Klata mnie zadziwia. Jest zawsze świetnie przygotowany, nie działa pod publiczkę. Jego nawet najbardziej eksperymentalne pomysły są przemyślane. Poza tym potrafi pięknie zreferować aktorom artystyczny zamysł, zarazić pasją tworzenia. Nie zadowalają go uniki. Pracując z Klatą naprawdę trzeba się napocić. Jest okropnie wymagającym reżyserem, ale to bardzo dobrze, udział w jego spektaklach dla nas również jest czymś ważnym. Warto się przyłożyć”.

„Kiedy zaproponował mi rolę Hajduczka w „Trylogii”, w pierwszej chwili byłam zażenowana. Ja? Hajduczka? W tym wieku? Pomyślałam że może reżyser ze mnie kpi. A jednak Janek właśnie tak to sobie wymyślił. Polemizując z Sienkiewiczem, odniósł się do sytuacji Polek wiecznie w niewoli facetów. Metryka nie miała tutaj wielkiego znaczenia”.

Najnowsza rola Dymnej to Anna we wspaniałych „Iluzjach” Iwana Wyrypajewa.

Pięć postaci na scenie. Dwie małżeńskie pary plus wprowadzająca uczestników gry akompaniatorka (Marta Mazurek). W kolejnych, niechronologicznych odsłonach, bohaterowie opowiadają bardzo proste historie. O tym, jak zobaczyli kosmitów, albo ujarali się jointem, a świat stał się wtedy miękki. W wypowiedziach Dymnej i jej partnerów nie ma śladu odgrywanych emocji, kreacyjnego aktorstwa. Aktorzy biorą do dłoni mikrofony, patrzą prosto w oczy widzów, delikatnie się uśmiechają, i mówią. Opowiadają nam śmieszne i smutne rzeczy. A to przecież życie, a to śmierć.

Umowna scenografia zaprojektowana przez Annę Met to światła wielkiego miasta, albo doskonale wyposażone radiowe studio, w którym trwa niekończące się słuchowisko o ludziach doświadczonych przez życie.

Oglądając Dymną w „Iluzjach” Wyrypajewa, myślałem o powieściach Amosa Oza. Wybitny pisarz izraelski, podobnie jak autor przedstawienia w „Starym”, również dotyka mrocznej podszewki życia, skomplikowanych relacji w związkach, ale nawet w ciemności instynktów odnajduje tlący się blask przebaczenia. To samo światło odnajduję w spektaklu Iwana Wyrypajewa.

Rozmawiamy o śmierci, ale myślimy raczej o życiu. O słowach, które (jeszcze) nie padły; albo o wielkim wstydzie, który staje się usprawiedliwieniem zakłamania. Anna w interpretacji Dymnej nie daje żadnych cudownych recept, nie zapewnia sukcesu w potyczkach z losem, a egzystencjalne odkrycia bohaterki są na poziomie podstawowym. Warto jednak usłyszeć pierwsze litery alfabetu, żeby zainteresować się pozostałymi.

Inaczej niż w głośnych rolach granych w spektaklach Jana Klaty, w „Iluzjach” Dymna bardziej jest, niż gra. Nuci swoje istnienie. Jazzuje życie.

***

W pewnym momencie życia i kariery, Dymna zrozumiała, że popularność jest atutem, który można wykorzystać dla innych.

„Powody są najzwyklejsze. Coraz rzadziej grywam w filmach, bo też dla aktorek w moim wieku tych propozycji jest naprawdę niewiele. Zaczęłam zastanawiać się, co dalej”.

„Jestem „skażona” po matce, która zawsze uważała, że człowiek jest piękny. I była to wiara na granicy głupoty. Kiedy złodziej ją okradł, litowała się nad nim, że tak mało pieniędzy było w portfelu i teraz na pewno się denerwuje. Złodziej, nie ona. W miłości do bliźniego mojej mamie na pewno nie dorównam, ale kocham ludzi. Kocham naprawdę i wierzę, że są dobrzy, dlatego na przykład przyjaźnię się z krakowskimi menelami, bo bywają cudownymi, ciepłymi ludźmi, którym do szczęścia potrzeba tylko butelki taniego wina i rozmowy.”

Dzisiaj Dymna jest w zasadzie instytucją. Firma Anna Dymna. Zawiaduje fundacją, organizuje warsztaty dla niepełnosprawnych umysłowo w Radwanowicach, jest animatorką festiwali muzycznych, buduje ośrodek rehabilitacyjny dla niepełnosprawnych, prowadzi telewizyjny program „Spotkajmy się”. Cały czas gra także w teatrze i w kinie. Z powodzeniem w kolejnych miastach otwiera „Salony Poezji”. Niemożliwe? Dymna potrafi.

„Przez wiele miesięcy słyszałam, że z tej Dymnej to jednak wariatka. Zaraz jej przejdzie. Nic nie przechodzi. Fundacja działa już osiem lat, w międzyczasie bardzo się rozrosła, wybudowałam miasteczko pod Krakowem. Działam dalej”.

„Zajmuję się przede wszystkimi tymi, którzy nie mogą sobie pomóc. Ludźmi upośledzonymi umysłowo państwo praktycznie się nie zajmuje, a oni nie potrafią prosić. Ja się z nimi zaprzyjaźniłam.”

Stały kontakt z ludźmi nieuleczalnie chorymi, bezradnymi, cierpiącymi, nauczył Dymną akceptacji wobec ludzkich słabości. Bywa wyrozumiała, jest daleka od kategorycznych sądów na jakikolwiek temat.

„Nie robię tego, żeby mnie chwalono. Takie działania powinny być normalnością. Nie jestem żadną Matką Boską, robię to z najzwyklejszego odruchu serca. Dlatego najbardziej bolą mnie ironiczne pytania w rodzaju: ciekawe co ona z tego ma, albo: kto za nią stoi. A za mną, proszę pana, stoi banda niepełnosprawnych ludzi. Najlepsza ekipa pod słońcem”.

„Kocham niepełnosprawnych przyjaciół. Nie egzaltuję się tym. Egoistycznie czerpię z ich przywiązania. Są bezbronni, ufni, to często sieroty społeczne. Tym bardziej zawstydzają mnie kolejne pomysły, w myśl których, ci ludzie nie będą mogli nawet korzystać z warsztatów. Państwo zapewnia im jedzenie i spanie, uznając, że to tyle wystarczy. Nic więcej się nie należy. A przecież właśnie takie warsztaty nadają ich życiu sens, dają radość. W zależności od zaawansowania choroby, jeden z moich podopiecznych potrafi pięknie oszlifować deskę, ktoś inny wspaniale rysuje, albo tańczy.”

„Nasz ośrodek nazwałam „Doliną Słońca”. 4,5 tysiąca metrów kwadratowych, malutka scena, estrada, będziemy mieli własny teatr. Z moimi przyjaciółmi zrobiłam już kilkanaście przedstawień. To zawsze jest ogromne, z niczym nieporównywalne przeżycie.

Patrzę na nich i widzę szczęśliwych ludzi. Wtedy wszystko spływa. Czasami narzekamy, że coś nas boli, albo mamy zły humor. W takich momentach przypominam sobie ich twarze – momentalnie najbardziej skomplikowane sprawy wydają się prostsze, są łatwiejsze do rozwikłania. Sama zawsze mam bariery, oni tego nie znają. Przyglądam się im, patrzę jak się zachowują, uczę się radości życia, akceptacji na los, zgody na rzeczywistość”.

„Odnoszę wrażenie, że odkąd pojawiła się fundacja, moje życie zaczęło się rozszerzać. Żyjemy w dziwnych czasach – okropnej samotności ludzi, pustki, biedy. Ludzie są bezradni. Czesław Miłosz napisał pięknie, że „miłość to znaczy popatrzeć na siebie tak, jak się patrzy na obce nam rzeczy, bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu”. Tego nie można wykoncypować, żeby pomagać ludziom, to się robi z potrzeby serca. Kilka lat temu przez przypadek poznałam ks. Tadeusza Zaleskiego i jego Fundację św. Brata Alberta w Radwanowicach.

Odbywał się tam jakiś przegląd teatrów ludzi niepełnosprawnych umysłowo. Dzięki nowym przyjaciołom zrozumiałam, że człowiekowi niczego w życiu nie brakuje tak bardzo, jak drugiego człowieka. Są jak promienie słońca.”

Kontynuacją pracy Dymnej z niepełnosprawnymi był cykl programów telewizyjnych „Anna Dymna – Spotkajmy się”.

„Z okazji „Europejskiego Roku Osób Niepełnosprawnych” Mateusz Dzieduszycki zaproponował mi udział w programie, który zmniejszałby przepaść dzielącą ludzi zdrowych i niepełnosprawnych. Wymyśliliśmy wspólnie, że będą to takie proste rozmowy przed kamerą. Dostaliśmy wspaniałą ekipę i usiłowaliśmy pokazywać w tym programie, że niepełnosprawni są dokładnie tacy sami jak my, mają identyczne marzenia, pragnienia, takie same złości i kłopoty, tylko są w dużo gorszej od nas sytuacji.

Moje rozmowy z ludźmi niepełnosprawnymi nie polegają na epatowaniu ich kalectwem, chcę pokazać, że w cierpieniu jest głęboki sens, coś bardzo szlachetnego. Okazało się, że program, pomimo fatalnej pory nadawania, oglądało wiele osób, świadczyły o tym setki listów. Ile jednak kosztowała mnie psychicznie realizacja każdego odcinka – wiem tylko ja sama.”

Znany krakowski dziennikarz, Wacław Krupiński, pisał:

„Życiorys Anny Dymnej to znakomity materiał na film – w nim wielka miłość, i diabolicznie-anielski Dymny, i tragedie, i wypadki samochodowe na granicy śmierci, i kontakty z wielkimi”.

„Wiele razy o tym myślałam. Dzisiaj wiem, że gdybym nie została aktorką, byłabym innym człowiekiem. Na pewno nie miałabym szansy na tak pogłębioną refleksję na temat człowieka, postaw ludzkich. Przygotowując spektakl, tysiące razy myślę o bohaterkach. Pojawiają się pytania, na które uporczywie szukam odpowiedzi: Dlaczego zabiła, dlaczego zasłabła, dlaczego cierpi. Co tak naprawdę stało się w jej życiu?

Dobry reżyser nie poprzestaje na oczywistościach. Że coś jest czarne, albo białe. Chodzi o gmeranie, poszukiwanie prawdy postaci. To niezwykły fascynujący proces. Będąc aktorką, nauczyłam się, żeby nigdy nikogo nie potępiać, nie ferować łatwych wyroków.

Aktorstwo na pewno uczy tolerancji, punktualności – bo przecież nie można spóźnić się na spektakl, cierpliwości, pokory i zespołowości. Dużo pozytywów”.

Przez lata działalności aktorskiej, Dymna zyskała coś więcej niż doraźną popularność – olbrzymi kredyt zaufania. Zapracowały na to nie tylko klasyczne role w teatrze, występy w filmie i telewizji, ale także, może nawet przede wszystkim, pasja społecznikowska.

„Tego kredytu zaufania staram się nie stracić. Jako osoba publiczna mogę skuteczniej pomagać innym. Ale mogę to robić może właśnie dlatego, że jeszcze jestem wiarygodna, że nie musiałam dorabiać grając w byle czym. Zresztą i to nie jest pewne. W jednej z gazet ukazała się kiedyś moja nie autoryzowana wypowiedź, w której powiedziałam, że nie będą reklamowała mleka. I po tej wzmiance otrzymałam kilkadziesiąt listów: niektórzy pisali, że są ze mnie dumni, bo daję przykład innym aktorom, ale inni byli szczerze oburzeni pytając: „Dlaczego bezczelnie nie chce pani reklamować mleka? – To głupota! Przecież mleko to jest samo zdrowie – gdyby pani reklamowała mleko może więcej dzieci by je piło i miałyby zdrowe zęby”.

No widzi pan, jak to jest z tą popularnością. Zresztą reklamy też mogą być wspaniałe i dobrze zrobione. Moje obiekcje nie wynikają na pewno z potępiania kogokolwiek – ja po prostu uważam, że na moją popularność zapracowało wielu wspaniałych ludzi. Nie jestem pewna czy Swinarski, Jarocki albo Wajda byliby szczęśliwi oglądając mnie teraz w reklamie mydła. Może gdybym została aktorką w kapitalizmie podpisałabym swoim nazwiskiem wspaniałe reklamy własnych produktów, reklamowałabym coś, co byłoby naprawdę moje: choćby brylanty dymne…”

„Wciąż rozsadza mnie energia. Staram się działać. Moim podopiecznym zorganizowałam wyprawę na Kilimandżaro. Pięcioro przyjaciół weszło na szczyt, kilkorgu się nie udało, chłopcy bez nóg nie weszli. Załatwiłam im tę wyprawę, zrobię kolejną.

Wie pan, mnie jest trudno zaskoczyć jakimś nieszczęściem. Zamiast użalać się nad losem, wolę pomagać. Za dużo w życiu widziałam. Jeżeli komuś stanie się coś naprawdę złego, może przyjść do mnie. Nie powiem mu na pewno, że życie nie ma sensu. Wręcz przeciwnie. Dzisiaj wiem, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Trzeba działać”.

Im gorliwiej wypytuję o Pani własne marzenia i plany, tym chętniej opowiada Pani o innych.

„O sobie już się nagadałam na wszystkie możliwe sposoby. Ale nie jestem żadną świętą, mam własne ambicje i nadzieje. Na przykład od czwartego roku życia marzyłam, żeby zobaczyć na żywo hipopotama. Udało się. Byłam w podróży życia w Nairobi, Mombasie, uczestniczyłam w safari, wśród masajów. Widziałam krokodyle, nosorożce, lamparta, gepardy i rozkoszne hieny wyglądające jak pijane dziwki wracające z balangi. Kąpałam się z hipopotamami. Cuda prawdziwe.”

Firma „Dymna” jest samowystarczalna. Poza aktorstwem, fundacją, Salonem Poezji i niezliczonymi obowiązkami, Anna kopie grządki, sadzi kwiaty, świetnie gotuje.

„W teatrze, kinie i w telewizji zagrałam na pewno kilkaset ról. Nigdy tego nie liczyłam, dopiero w książce o mnie, zobaczyłam jak długa to lista. Abstrahując od wartości artystycznej, każda rola to były nieprzespane noce, wielogodzinne dojazdy pociągami i samochodami, czekanie w mrozie i w upale. Rano zaczynałam zdjęcia w filmie, po całym dniu pracy szybko biegłam na pociąg, żeby zdążyć wieczorem na spektakl w Krakowie. O świcie ruszałam pierwszym pociągiem do Łodzi lub do Warszawy. Naprawdę można w pewnym momencie poczuć się zmęczonym, mieć wszystkiego dosyć. Między innymi dlatego, żeby nie zwariować, wymyślamy sobie hobby, oddajemy mniejszym lub większym pasjom. To mogą być prozaiczne czynności traktowane jako odtrutka. Zawsze dbałam żeby po powrocie z teatru, w domu, być tak zwanym normalnym człowiekiem. Żadnych szminek, artystowskich pretensji. Nocami robię przetwory, bawię się w malowanie, pochłaniają mnie czynności fizyczne. Traktuję to jako odtrutkę, odreagowanie stresu.”

„To nie jest wielkie wyzwanie – czasami mam pół dnia wolnego, czasami pracuję wieczorem, tutaj pospaceruję, tam przytnę. Lubię pracować w ogrodzie wcześnie rano, wstaję z reguły o szóstej i staram się tę ranną godzinkę poświęcić dla ogrodu.”

„Właśnie zrobiłam trzydzieści pięć litrów przetworów i – proszę zobaczyć – połamałam wszystkie paznokcie. Lubię gotować i robię to dobrze. W moim rodzinnym domu nigdy nie było pieniędzy, dlatego nauczyłam się robić świetne rzeczy z niczego. Uwielbiam też kuchnię egzotyczną przefiltrowaną przez moje własne kulinarne sposoby. Nie lubię smażonych rzeczy, tłustych, ostatnio wszyscy chwalą moje „bakłażany po ormiańsku” – z pomidorami i z papryką, zapiekane z czosnkiem i bazylią. Świetne.”

„Jestem taki dziki człowiek. Uszczęśliwia mnie nawet beczka „gówienka” do podlewania roślin, którą dostałam od wspaniałego restauratora krakowskiego. Ludzie z reguły kupują mi cięte kwiaty, ale w moim ogrodzie rośnie kilka cennych prezentów. Na przykład daglezja „Oleńki” – od Oli Maurer, magnolia od moich studentów, klon od przyjaciół z Montrealu wyhodowany w zakorzenionego półzgniłego listka, oset od Bińczyckiego. Wiele moich roślin ma swój miły życiorys. Za pieniądze z filmu miałam umeblować pokój, ale zamiast tego zrobiłam w ogrodzie oczko wodne i kaskadę. Pływa tam teraz siedem rybek: cztery karaski i trzy żółte liny, wychodzą lilie. Może to wszystko głupoty, ale życzę każdemu, żeby znalazł sobie w życiu właśnie takie problemy. To daje równowagę.”

„Mieszkamy na górce. Człowiek musi się strasznie namęczyć, żeby uprawiać tam ziemię, bo są strome stoki i glina, a tuż pod gliną skały. Ale jaka satysfakcja! Proszę mnie nie prowokować do rozmowy o roślinach, bo ja mogę o nich opowiadać godzinami. Mam dużo książek fachowych, prenumeruję „Działkowca”, a o ozdobnych krzewach wiem prawie wszystko: kiedy się je przycina, a kiedy nawozi. A roślin w ogrodzie mam coraz więcej!”

Kiedy mieszkała Pani w centrum Krakowa w ograniczonym przecież metrażu (i na strychu) gromadzenie roślin musiało być dosyć skomplikowane?

„W Krakowie, na strychu miałam osiemdziesiąt gatunków kwiatów. Przeznaczaliśmy dla nich specjalne wnęki balkonowe. Nie było z tym specjalnego problemu, bo Wiesiu Dymny też bardzo lubił kwiaty.

No, trochę podkradaliśmy z biblioteki. Pisząc pracę magisterską, uszczknęłam to tu, to tam, ale to w końcu taka mała kradzież, a – jak wiadomo – najlepiej rosną kwiaty kradzione. Ja zresztą zawsze marzyłam o ogrodzie. Kiedy byłam małą dziewczynką, na parapecie posadziłam poziomki które wykopałam w lesie i kiedy zakwitły nam trzy poziomki razem z bratem zapylaliśmy je pędzelkiem. Było z tego raptem kilka owoców i nożem kroiliśmy je dla pięcioosobowej rodziny. Czy Pan wie, że ja do dzisiaj pamiętam smak tych poziomek?”

Z ogrodem podobno jest tak, jak z człowiekiem – nieuprawiany obumiera.

„O wszystko trzeba walczyć i dbać, kiedy się dba o miłość – będzie trwała wiecznie. Rośliny są jak istoty – trzeba umieć je pooglądać, pogadać z nimi, pogłaskać – wtedy się odwdzięczają.”

[Na zdj. scena z filmu „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny, fot. Jan Górski/archiwum]

Leave a Reply