Wspomnienie o Halinie Skoczyńskiej

Halina Skoczyńska zadebiutowała w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu w spektaklu „Anna Livia” wg James Joyce’a w 1976 roku. Związana była z teatrami w Krakowie, Łodzi, Poznaniu. Warszawie. Na scenie przy ul. Rzeźniczej spędziła w sumie dziesięć sezonów w latach 1978-1983 oraz 1988-1993. Grała tu m.in. w spektaklach Kazimierza Brauna, Jacka Wekslera, Andrzeja Makowieckiego, Bogusława Kierca, Jerzego Jarockiego, Jurija Krasowskiego, Piotra Tomaszuka. W 2015 roku Paweł Miśkiewicz przygotowując się do pracy w WTW nad spektaklem opartym na tekstach Tadeusza Różewicza rozmawiał z nią o perspektywach współpracy.

Paweł Miśkiewicz: Po raz pierwszy zobaczyłem Halinę Skoczyńską jeszcze jako student krakowskiej PWST w „Płatonowie” Jerzego Jarockiego. To było dla mnie jedno z silniejszych przeżyć teatralnych. Jak wariat pobiegłem na Rynek, kupiłem kwiaty i poszedłem do nieznanej mi osoby z wyznaniem miłości i podziwu. Nie minęło parę lat i spełniły się moje młodzieńcze marzenia: zaprosiłem ją do zagrania Raniewskiej w moim „Wiśniowym sadzie” Czechowa w Teatrze Polskim we Wrocławiu, który wtedy świeżo objąłem. Po tak istotnej pracy – i dla mnie i dla niej – czekałem ciągle na znalezienie tekstu równie ważnego, odpowiadającego jej apetytowi i talentowi aktorskiemu. Bo Halina byłą osobą szalenie „żarłoczną” zawodowo, nigdy do końca niespełnioną perfekcjonistką, szalenie wymagającą od siebie i od otoczenia, stałe szukającą nowego miejsca dla siebie… Było to jednocześnie jej wielką zaletą, ale i cechą, która czyniła z niej osobę niełatwą w pracy i pewnie w kontaktach życiowych. Teraz myślę, że coś przegapiliśmy – drugiego przedstawienia już razem tutaj nie zrobiliśmy.

Teraz nie ma już i Haliny. Ciągle, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jej nagłe, niespodziewane odejście, to jakaś jej kolejna wielka rola, która zaskoczyła wszystkich. Nie wiem dlaczego, kiedy wyobrażam sobie te ostatnie chwile… to widzę jej wielką Mary Stuart „odchodzącą” w spektaklu Remika Brzyka. Ale i tak jest to myśl, z którą nie sposób się oswoić. Wydawało się, że jest tak silna, przez tyle lat intensywnie pracując w teatrze, ale też w kinie i telewizji, opiekowała się jednocześnie ciężko chorą Mamą. Potrafiła po wieczornej próbie czy spektaklu jechać przez pół Polski, aby się z nią zobaczyć. Jak jakiś heros po prostu. Okazało się jednak, że nadwrażliwa i wewnętrznie krucha Halina musiała gdzieś w sobie kumulować te wszystkie napięcia i ostatecznie teraz żegnamy się z nią przedwcześnie.

Próby z nią były zawsze jak skok na bungee – Halina byłą osobą bardzo wrażliwą na najmniejsze niuanse. Miała cechę nieczęstą u aktorów – wydawało się, że zaczynała żyć życiem postaci, nad którymi pracowała. Łatwo było ją niechcący zranić, bo w jakimś sensie nabierała cech osób, które grała, a większość z nich balansowała na krawędzi równowagi psychicznej, żyła w świecie ułudy, iluzji… Jeszcze rok temu rozmawialiśmy o kolejnej wspólnej pracy – tutaj, we Wrocławskim Teatrze Współczesnym – gdzie rozpocząłem właśnie próby spektaklu opartego na tekstach Tadeusza Różewicza. Przez jakiś czas rozważaliśmy taką możliwość. Wyrzucam sobie, że nie starczyło mi determinacji i uporu, żeby o to zadbać i ją do tego namówić.

Paweł Miśkiewicz
Materiał nadesłany
20-05-2016

[fot. Michał Dudek. materiał Teatru Polskiego we Wrocławiu]

Leave a Reply