Z fotela Łukasza Maciejewskiego: WSTYD JEST JĘZYKIEM

POWRÓT DO REIMS”, REŻ. KATARZYNA KALWAT

Powrót do Reims” w reżyserii Katarzyny Kalwat, koprodukcja nowohuckiej Łaźni Nowej i Nowego Teatru w Warszawie, to kolejne ogniwo teatralnej narracji o wykluczeniu. Tekst Beniamina Bukowskiego powstał na podstawie tytułowej, autobiograficznej książki autorstwa francuskiego filozofa, Didiera Eribona, zderzonej z prywatnymi doświadczeniami grającego Eribona Jacka Poniedziałka. Są to narracje układające się do pewnego stopnia refrenowo. Dzieciństwo i dojrzewanie w robotniczej dzielnicy, wstyd przed pochodzeniem, wstyd przed biedą, wstyd przed ujawnieniem homoseksualizmu.

Didier Eribon urodził się i wychowywał w rodzinie robotniczej na przedmieściach Reims. Po uzyskaniu dyplomu uniwersytetu w Reims i tytułu doktora na Sorbonie, Eribon został profesorem na uniwersytecie w Amiens, wykłada również w Berkeley, Princeton, Cambridge, jest autorem wielu cennych prac z zakresu historii idei, filozofii i gender studies, a także wywiadu rzeki z Claude’em Lévi-Straussem, biografii Michela Foucaulta, czy wywiadu z Georges’em Dumézilem. Nasz teatr w ostatnim latach coraz częściej przyswaja myśl Eribona i zafascynowanego nim pisarza francuskiego, Édouarda Louisa. W Teatrze Studio odbyła się niedawno premiera „Końca z Eddym” Louisa w reżyserii Anny Smolar, Teatr Fredry w Gnieźnie zaprezentował „Historię przemocy” Édouarda Louisa w reżyserii Eweliny Marciniak. „Powrót do Reims” Kalwat i Bukowskiego jest wobec tych spektakli komplementarny. Kobiety, reżyserki, tworzą spektakle na podstawie prozy francuskich pisarzy i naukowców, przekłuwających podobne doświadczenie życiowe (dorastanie w opresyjnym i homofobicznym środowisku prowincjonalnym, ucieczka do wielkomiejskiego centrum) w literaturę, będącą równolegle dla nich formą autoterapii.

Główny bohater „Powrotu do Reims”, przez wiele lat zmagał się z kompleksem pozycjonowania kulturowego. Najpierw, wychowując się w pełnej przemocy rodzinie, zmuszony był ukrywać homoseksualizm, potem, znalazłszy się wśród paryskiej bohemy intelektualnej, wypierał plebejskie, robotnicze pochodzenie. Wyjazd do Paryża umożliwił Eribonowi gejowski coming out, ale pomimo wyznawanych przezeń lewicowych poglądów, utrwalił tylko przestrzeń zakorzenionego w dzieciństwie wstydu niepozwalającego na ujawnienie pochodzenia. Jedno kłamstwo staje się początkiem kolejnego. Przełomem staje się dopiero śmierć ojca Eribona, filozof wraca do Reims, żeby dokonać rewizji najtrudniejszych momentów dzieciństwa, spróbować ostatecznie przepracować traumę. W ten sposób powstała unikatowa, intymna proza pisarza – „Powrót do Reims”. W Polsce powieść ukazała się w 2019 roku w tłumaczeniu Maryny Ochab.

Bohater „Powrotu do Reims” nie przynależy do jednej, określonej grupy społecznej, zawodowej, czy publicznej. Stoi w rozkroku. Przez całe lata, dekady właściwie, przyswajał określone treści i kody kulturowe, żeby wydestylować z nich własną narrację. Eribonowi bliska jest koncepcja habitusu według Pierre’a Bourdieu. Habitus nie jest systemem trwałych zasad, lecz przypomina labilny, zmienny mechanizm przyswajania i usuwania treści, wspomagających nasze uczestnictwo w świecie.

Przedstawienie Katarzyny Kalwat jest habitusem. Przyjmuje formę talk-show, debaty telewizyjnej, z udziałem Didiera Eribona traktowanego jako intelektualny guru, celebryta. Prowadzący są również gwiazdami, a przynajmniej dążą do takiego statusu. Są niby wspierający, emaptyzujący, ale tak naprawdę agresywni, wszystkowiedzący, niedpuszczający Eribona do głosu. „Chciałbym tutaj coś powiedzieć, ale nic nie jestem w stanie powiedzieć” – mówi w końcu zirytowany bohater telewizyjnego show. Telewizja rządzi się zresztą swoimi prawami. Talk show: jest „talk”, musi być również show. Dlatego, co jakiś czas, program przerywają niemądre reklamy, mające się nijak do poruszanego przez troje intelektualistów tematu wykluczenia. W końcu Eribon łamie konwenans afektowanej rozmowy przy filiżance kawy. Zaczyna dzielić się swoim bólem, pamięcią bólu. Opowiada o kulturowym rozdarciu, o ubogiej dzielnicy, w której się wychowywał, i piekle homoseksualnych dzieciaków w starciu z wojującą homofobią dorosłych, homofobią ich rodziców („Gdy ojciec podejrzewał, że aktor jest gejem, darł się do ekranu: „Ty zafajdany pedale!”. Jak miałem mu powiedzieć, kim jestem?” – mówił Eribon w udzielonym w 2019 roku wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”), ale i rówieśników. Wspomina również o braku narzędzi autodefincyjnych. Filozof nie wie, kim jest i za kogo powinien się uważać: szanowanego uczonego, czy spoconego z przerażenia geja z robotniczej dzielnicy. I jedna, i druga tożsamość jest jego własna. Zyskując tę drugą, nie pozbył się pierwszej. Stąd nieustanny niepokój, stąd rozdarcie.

Wydaje się, że roli Eribona nie można było powierzyć komukolwiek innemu. Jacek Poniedziałek daje w „Powrocie do Reims” jedną z najlepszych ról w karierze. W większości komentarzy popremierowych czytałem i słyszałem głównie o tym, że biografia aktora jest w dużym stopniu podobna do biografii filozofa. Wszystko prawda, homoseksualny Eribon uciekał z Muizon, z przedmieść Reims, Poniedziałek uciekał z Olszy, przedmieść Krakowa. W ciekawych wywiadach popremierowych, Poniedziałek, jeden z najbardziej błyskotliwych polskich aktorów, z podziwu godną szczerością zwierzał się z tego doświadczenia, opowiadając o przeszłości ostro, detalicznie, szczerze. To osobiste doświadczenie artysty jest niezmiernie ważne, ale nie zamyka sprawy. Chciałbym bowiem skupić się na tym, co w przedstawieniu funkcjonuje obok prywatności aktora, co jest kreacją.

Chód, nerwowe ruchy, łamane statycznym bezruchem, bladą maską człowieka, który rozumie w jakim świecie się znalazł, ale nie przyjmuje tego do wiadomości, nie do końca. Oto Eribon-Poniedziałek. Jest częścią świata nauki, świata teatru, świata mediów. Jest, ale wciąż się tego boi. Gwiazda, która się boi, że się wyda. Ktoś zrobi donos, że on, Didier Eribon, on, Jacek Poniedziałek, jednak nie doczytał wszystkich mądrych książek, a jego cięte riposty, to jest codzienna walka z esprit d’escalier, z kolei wszelkie możliwe nałogi to coś więcej niż ucieczka, to kompensata za ten sam wstyd, który stał się immanentną częścią osobowości. Można zdzierać ów wstyd z siebie partiami, można to wszystko pudrować, zamalowywać, używać różnych środków. Ale wstyd zostaje. I niekoniecznie chodzi o ukrywany homoseksualizm, o przemoc w rodzinie, o alkohol. Kreacja Poniedziałka, znakomicie poprowadzonego przez Kalwat, jest głębsza. Aktor gra wstyd, który jest jeszcze trudniejszy do przyjęcia, do zrozumienia. Wstyd bez nazwy, wstyd bez izmów. Wstyd, że się urodziliśmy, że jesteśmy, i że nikt nie chciał kiedyś wysłuchać naszego płaczu. Dlatego krzyczymy, dlatego walimy pięścią w stół, a czasami piszemy uczone filozoficzne rozprawy. Tyle, że w gruncie rzeczy chodzi o jedno. Wstyd.

Powrót do Reims” Eribona jest książką poruszającą, ale i wymagającą, najeżoną cytatami, filozoficznymi odwołaniami. Podobną formułę przyjmuje spektakl Kalwat. Materią sceniczną jest język. Chwilami potoczny, innym razem przyjmujący formułę akademickiego wykładu. Język, aparat językowy był i jest dla filozofa, ale także aktora odtwarzającego tę postać, rodzajem skorupy, schronu, namiotu, w którym przez lata można było się ukryć. Język był zamiast prawdy, obudowywał prawdę, dodawał powagi (akademicki dyskurs), albo osłabiał przeciwnika (wyrzuty sumienia). Chowamy się za słowami, używamy słów, żeby nie powiedzieć tego, co najważniejsze. Minimalizować szczerość.

Dla reżyserki i dramaturga, Beniamina Bukowskiego, wyzwaniem było przełożenie materii wykluczenia, zmagań bohatera z coming outem, za pośrednictwem zupełnie innego niż dotąd aparatu językowego. Dotychczas bowiem najczęściej było tak, że kwestie wykluczenia poruszane były w polskim teatrze głównie poprzez tak zwane mocne kadencje, krzyk, lament, w „Powrocie do Reims” przyjmują natomiast w dużym stopniu charakter wykładu i dyskursu naukowego. Dla uzyskania tego efektu doskonałym pomysłem realizatorów było opracowanie konwencji debaty z udziałem Eribona. Zadawanie pytań, atakowanie i prowokowanie rozmówcy przez agresywnych prowadzących, granych świetnie przez Martę Malikowską i Yacine’a Zmita, pozwala na uzyskanie chwilami emocjonalnych, chwilami koturnowych odpowiedzi profesora. Ów oryginalny język staje się również orężem wobec najtrudniejszych emocji, daje Eribonowi oraz Poniedziałkowi szansę na dystans. Dla Kalwat jest jednak również katalizatorem prawdy o człowieku.

Tożsamość nigdy nie jest monolitem, jednak w przypadku bohatera spektaklu „Powrót do Reims” staje się pojęciem z dziedziny w większym stopniu biologii niż psychologii (tożsamość społeczna i tożsamość osobista). Jest fizjologiczną potrzebą wydobycia właściwej narracji, opowieści o tożsamościowym pęknięciu. Bohater tekstu Bukowskiego chroni się przed intymną spowiedzią za pośrednictwem formuły wykładu, ponieważ właśnie ten język staje się dlań najbardziej właściwą platformą w kumunikacji o wykluczeniu. Niekiedy jednak, zwłaszcza w sytuacjach odtwarzanej z pamięci scenicznej spowiedzi Didiera – kilkunastoletniego chłopca, który podlegał różnym rodzajom napiętnowania ze strony rodziny czy środowiska w związku ze swoim homoseksualizmem, profesor unieważnia starannie wypracowany model naukowych „barw ochronnych”. Mówi wtedy szczerze, dotkliwie, brutalnie. To Eribon walczący, wkurzony, domagający się uwagi. Eribon prywatny. Pomiędzy tymi dwoma parametrami słowotwórczymi, unaukowionym i prywatnym, w spektaklu Katarzyny Kalwat, tworzy się fascynujący teatralny świat.

Ów świat został wyśmienicie zakomponowany. Mam wrażenie, że spośród wszystkich twórców usiłujących odnaleźć własny język teatralny w dobie funkcjonowania online, najbliżej celu jest właśnie Kalwat i jej współpracownicy. „Powrotu do Reims” nie oglądałem ani jako typowej rejestracji online spektaklu, nie był to również tani Teatr Telewizji, mam wrażenie, że Kalwat stworzyła nową jakość teatru w sieci, a ponieważ podejrzewam że jeszcze przez dłuższy czas, oba wektory – teatr na żywo i teatr w sieci, będą wobec siebie komplementarne, warto ze szczególną uwagą śledzić tych artystów, którzy poszukując, odnajdują w tej przestrzeni nowy sens. Katarzyna Kalwat bez wątpienia do tej grupy należy.

Powrót do Reims”, niezależnie od oryginalnej muzyki przygotowanej przez Wojciecha Blecharza i Piotra Pacześniaka, ma charakter muzyczny. Spowiedź Eribona jest swego rodzaju partyturą, czy raczej długą piosenką, której refreny tworzą pytania dziennikarzy. Te nieprzyjemne pytania są adresowane do filozofa, ale ich temperatura brzmi znajomo. To są pytania do nas, do Polski, nie chodzi w nich o wykluczenie płciowe, co o rozbicie klasowe. Czym jest wstyd i dlaczego się wstydzimy, dlaczego wciąż towarzyszy nam trwałe poczucie drugorzędności, i dalej – dlaczego w tym kraju nieustannie czujemy się niepewni, zdradzeni, oszukani, nie mamy, nie możemy mieć zaufania do nikogo, ani do polityków, ani do instytucji społecznych, ani w gruncie rzeczy do siebie. Te pytania, zadane przez Kalwat, Bukowskiego i Poniedziałka, w środku pandemii, brzmią szczególnie dotkliwie.

Łukasz Maciejewski

[Tekst publikowany w miesięczniku „Teatr”]

Leave a Reply