Dejmek w Dramatycznym

Szkic Magdaleny Raszewskiej – fragment większej całości:

W grudniu 1971 Maria Czanerle pisze do Dejmka, pracującego akurat w Novym Sadzie: Guciowi się marzy, żebyś wziął Dramatyczny (dyrektorem był, przypomnijmy, Jan Bratkowski). Może i tak, ale w czerwcu 1972 Holoubek sam obejmuje dyrekcję, na blisko 10 lat. Dejmek jest pierwszym, którego zawiadamia o tym fakcie, telegraficznie, krótko i węzłowato: stało się. I od razu składa konkretne propozycje, świetne: Zróbmy coś, natychmiast. „Król Lear”? „Judasz z Kariothu”, „Sprawa Dantona” (Robespierre) Przybyszewskiej z koniecznością adaptacji? Danton – Zapasiewicz. Jakie to mogły być wspaniale przedstawienia…

Zamiast pracować z Holoubkiem, Dejmek daje się namówić dyr. Stanisławowi Piotrowskiemu na Henryka VI na łowach w łódzkiej operze (był tam na etacie w sez. 1971/72) i po tym rzeczywiście „wspaniałym przedstawieniu” leci do Mediolanu, do Piccolo, by kontynuować pracę nad Pasją. Jest w świetnej formie artystycznej, sukces Kurpińskiego/Młynarskiego go uskrzydla, współpraca z Andrzejem Majewskim okazuje się niebywale twórcza.

Sezon 1972/73 ma bardzo pracowity, cztery premiery w trzech krajach i jeszcze na jesieni, na zakończenie jugosłowiańskiego kontraktu, nieszczęsny Mieszczanin szlachcicem. Ma jeszcze czas, by wpaść do kraju i w Operze krakowskiej powtórzyć Henryka VI, a w łódzkiej zrobić rzecz, o której myślał od dawna: Zaczarowany flet Mozarta.

Wiosną 1973 roku jest też już zmęczony, zbliża się „Abraham”, graniczny 50 rok życia. Jestem już wymordowany łazęgą po świecie i chciałbym już przycupnąć gdziesik, jak chłop na zapiecku, i nosa na świat nie wyściubiać. Nie jest to takie proste, bo raz, że świat interesuje się nami niezależnie od stopnia naszego zainteresowania się nim, dwa – gdzie znaleźć ten zapiecek, a trzy – nie wytrzymałaby dupa ciepełka, choć już ją wiaterki historii przewiały, lodowate. Teoretycznie w dyrekcjach w PRL-u może przebierać, władze mu składają różnorodne oferty, no ale obie strony się uparły. On na Narodowy – władze na wszystko tylko nie Narodowy. Ma jednak dwie propozycje atrakcyjne: Holoubek i znów zaprasza go Axer.

3 maja 1973 pisze z Wiednia do Stanisława Wygodzkiego: Wracam do kraju i na miejscu rozstrzygnę – do kogo się zaangażuję – czy do opery, czy do Holoubka. Wygrywa Holoubek.

Dejmek jest dość sceptyczny wobec pomysłu „Holoubek-dyrektor”, jak część środowiska ma mu za złe prezesurę SPATiFu (i idące za tym koncesje na rzecz władz), ale z perspektywy czasu – i Dejmek, i środowisko nie mieli racji. Dramatyczny w szybkim tempie staje się jedną z najważniejszych scen Warszawy (co w tym momencie nie było specjalnie trudne, rywalizował tylko ze Współczesnym i Ateneum, bo Powszechny jeszcze był w przebudowie). Sukces odnosi jednak nie dzięki pojawieniu się w nim Dejmka lecz – Jerzego Jarockiego (to on wystawi z Holoubkiem Króla Leara). A zespół aktorski teatr miał świetny, umiejętnie przez Holoubka uzupełniany. W duecie z Mieczysławem Marszyckim przez dekadę poprowadzi ten teatr do jego największych sukcesów. Wyrzucą go władze stanu wojennego.

Znów sytuacja jest niejednoznaczna, bo na dobrą sprawę Dejmek mógł objąć faktyczne kierownictwo Teatru Dramatycznego, właściwie przez chwilę nawet je sprawował – Holoubek mu to zaproponował. Na formalne kierowanie Dramatycznym, co Holoubek zaczął już negocjować z władzami, nie zgodził się (władze – oczywiście też odrzuciły pomysł), jeszcze był zafiksowany na opcji „jak Warszawa to tylko Narodowy”, ale np. do Giedroycia pisał, że na prośbę Holoubka sporządził program artystyczny teatru i obie jego premiery są elementem tego programu, a z kolei Holoubek do organizacji pracy artystycznej wprowadził sporo z zasad Teatru Narodowego. Jerzy Koenig, kierownik literacki teatru, wspomina, że Dejmek wszedłszy do zespołu od razu zaczął wszystkich i wszystko „ustawiać”.

Do szału doprowadzał go ulubiony sposób pracy Holoubka, który siedział z całym zespołem w bufecie, opowiadał anegdoty, grał w kości i opędzał się od przychodzącej z papierami sekretarki czy domagającego się jakichś decyzji Marszyckiego. Dla Dejmka teatr był obowiązkiem i miejscem pracy, dla Holoubka – sposobem na życie. Wedle Koeniga obaj mieli poczucie, że powinni się zamienić miejscami: Holoubek to wspaniały koń wyścigowy, arab czystej krwi, a tu jest zaprzęgnięty do obowiązków dyrekcyjnych. Zamieńmy się – ja jestem perszeron i będę to ciągnął, a Holoubek zostanie pierwszym artystą Dramatycznego. Piotr Dejmek temu zaprzeczał, widząc w tym efektowne konstatacje po latach, ale zachowała się odręcznie spisana przez Holoubka oferta: Drogi Panie Dyrektorze! Proszę łaskawie przyjąć propozycje, które pozwalam sobie Panu przesłać w związku z prośbą o dalszą współpracę z Teatrem Dramatycznym. 1. Członek kierownictwa artystycznego z tytułem głównego reżysera i uprawnieniami zastępcy kierownika artystycznego TD; 2. Uwzględnienie w pierwszym rzędzie Pana propozycji dotyczących planowania i akceptowania repertuaru oraz doboru reżyserów do realizacji tego repertuaru; […] Powyższą propozycję pozwalam sobie Panu przedstawić jako wstęp do rozważań szczegółowych, uwzględniających pański punkt widzenia. Czego chcieć więcej, poza formalnościami? Jednak w kwietniu 1974 była to już tylko desperacka próba zatrzymania Dejmka w teatrze – jako podpory, jako autorytetu, jako współodpowiedzialnego – Holoubek jeszcze czuł się niepewnie w dyrektorskim fotelu a jako prezes ZASP nie do końca był pewien poparcia środowiska. Obecność Dejmka bardzo by go wsparła (zwłaszcza jego „opozycyjny” nimb). We wspomnianym liście do Giedroycia Dejmek pisze: może się nam uda przeciwstawić dalszemu parszywieniu i sceny, i pu­bliczności. Nb. – przed paru dniami rozpocząłem próby z „Elektry” Giraudoux; wy­boru tej sztuki dokonaliśmy już podług założeń wstępnych owego przyszłego programu.

Zarówno Elektra Giraudoux (jak i kończący tę „dramatyczną” przygodę Sułkowski Żeromskiego) mają swoją legendę teatralną: pierwsza z nich – zdjętego z afisza spektaklu Wiercińskiego na Scenie Poetyckiej Teatru Wojska Polskiego w 1946, a druga – przedstawienia Osterwy w Teatrze im. Bogusławskiego (1923). Nie jest to komfortowa sytuacja, zwłaszcza w przypadku sztuki tak jak Elektra, od prapremiery niegranej. Tytuły łączy jedno: są mało teatralne, raczej dyskursywne, za wspólny mianownik może uchodzić problem władzy, jednostki, odpowiedzialności. No ale na obie premiery Dejmek miał znakomitą obsadę: Elektrę wystawiał dla Jadwigi Jankowskiej-Cieślak (jej debiut w filmie Morgensterna Trzeba zabić tę miłość był objawieniem niezwykłego talentu) a Sułkowskiego przede wszystkim – dla Zapasiewicza, z którym w Dramatycznym zetknął się po raz pierwszy. W obu przedstawieniach grali ci jego aktorzy, za którymi tęsknił za granicą: Mrożewski i Holoubek, także Voit i Szczepkowski.

Do prób Giraudoux przystępuje w niewygodnym dla siebie momencie, ratując sytuację teatru: Holoubek „z dość jasnych przyczyn” musi przerwać próby Kupca weneckiego. Zaczyna pracę przed urlopem, przerywa na próby Moliera w Nowym Sadzie, premiera w listopadzie – to nie jest dobry układ. Pisze do swego serbskiego przyjaciela, tłumacza, Petara Vujičicia: sztukę gruntownie określiłem i pozbawiłem literackiej kokieterii. Wyszła w tego rzecz przerażająco aktualna i narobiła sporo szumu. Oczywiście, w prasie ani słowa o istocie spektaklu. Za to żaden z recenzentów nie odmówił sobie przyjemności popisania się erudycją historycznoteatralną, zastępując nią rzeczywiste omówienie przedstawienia. Stało się tak dlatego, że spektakl się nie podobał, uznawano go za zimny, przegadany, w dodatku przegadany pretensjonalnie, bo „Warszawa” Giraudoux nie czuła, no a „nie wypadało” napisać źle o Dejmku, po raz pierwszy od lat w Warszawie. Więc pisano źle o autorze, dobrze o scenografii Kosińskiego i bardzo dobrze o Jankowskiej-Cieślak i Holoubku, nie zastanawiając się, po co Dejmek to przedstawienie zrobił. Co prawda, Marta Fik zauważyła, że kiedy twórca miary Dejmka się­ga po określony utwór, wierzymy, że robi to nie przez przypadek, ale odpowiedź nie wydaje się satysfakcjonująca, bo sprowadza się do umieszczenia Elektry w sporze z premierami Adama Hanuszkiewicza: Spektakl w Teatrze Dramatycz­nym wydaje się być w jakimś sen­sie wyzwaniem rzuconym tym, co w sporze bezkompromisowości i rozsądku przyznają rację rozsąd­nym. Prezesom przeciw Kordianom, Kreonowi przeciw Antygonie, Kla­udiuszom, przeciw Hamletom. Od­wrócenie owych racji zdaje się być wyzwaniem, rzuconym w porę. Nie­zależnie od faktu, iż Prezesi wy­grywają w życiu, nie jest rzeczą teatru dowodzić, że tak być powin­no. Jeśli Dejmek – zafascynowa­ny, bohaterką – co wbrew wszystkie­mu pragnie ocalić swój lud od „egoizmu” – staje po stronie Kordia­nów, Antygon i Hamletów, należy mu przyklasnąć.

Najbliższa chyba odczytaniu intencji Dejmka (choć zakwestionowała ich sens) była Anna Tatarkiewicz, krytyk dość nieortodoksyjny: Prawdy o koniecz­ności regulowania rachunków za zbrodnie, nawet za cenę nowych zbrodni, prawdy o zaczynaniu nowego życia z czystymi rękami i wyrów­nanym bilansem, wydają się być dzi­siaj prawdami zbyt teoretycznymi, wyspekulowanymi. I pewnie miała rację pisząc, że przedstawieniu po prostu brakowało iskry a Dejmkowi prze­szkadzał wybitnie sam Giraudoux. Nie ma rady: błyskotliwe tyrady i dialogi, kiedy nie przesyca ich talent i prawda wyrazu Holoubka i Jankowskiej, dźwięczą rezonersko i nieco fałszywie. Usiłowano też brak błyskotliwego sukcesu przekuć w zwycięstwo: Dejmek, reżyserując „Elektrę”, miał do wykonania trudne i właściwie nie­codzienne zadanie, które wykonał z peł­nym wyczuciem i świadomością środ­ków służących do zbudowania spekta­klu. Mając do dyspozycji piękny, ale kruchy tekst – nic nad nim nie nadbu­dował, nie nafaszerował efektami, nie wybijał zbyt natrętnie na pierwszy plan najważniejszej sprawy zawartej w sztu­ce – walki tego, co jest ucieleśnione w Elektrze, z tym, co uosabia Egist. Posta­wił na największe atuty, jakie miał w ręku – na aktorów. I stworzył rzeczywiście, rzadkie dzisiaj, przedstawienie „aktorskie”. Przedstawienie, gdzie moż­na zobaczyć, jak się po prostu gra.

A Holoubek dostał to, czego pragnął: Jest w tym przedstawieniu rola, którą bez przesady moż­na nazwać genialną i już dziś zapisać do historii aktorstwa polskiego. Żebrak Gustawa Holoubka. To nowy Holoubek, inny niż w dotychczasowych rolach – już w samej cha­rakteryzacji. Kołysze się na rozmiękłych nogach, z oczyma o wyblakłym, przysłoniętym mgłą blasku, z krótkim, ury­wającym nagle głos śmiechem, z zapijaczoną twarzą nędza­rza, który w postawie i zacho­waniu ma w sobie majestat boga. Z jaką finezją bawi się ironicznym komentarzem do wydarzeń, z jaką wiarą mówi o braterstwie jako najwyższym uczuciu odróżniającym ludzi od zwierząt. Dwie długie opo­wieści o zbrodniach, tej z prze­szłości i tej z teraźniejszości, podaje każdą w całkowicie odmienny sposób w ustawie­niu głosu, w operowaniu ge­stem. Obie narzucają widzo­wi i słuchaczowi sugestywność obrazu znacznie mocniejszą niż gdybyśmy ten obraz wi­dzieli pokazany na scenie. To jedna z tych ról, których każ­dy opis okazuje się bezsilny. Problem był tylko jeden: nigdy celem Dejmka nie były aktorskie popisy, zawsze powodem była myśl. Zdaje się, że Dejmek po jednak długiej nieobecności w Polsce jeszcze nie do końca rozpoznał zmianę, jaka się dokonała w społeczeństwie w apogeum powodzenia ekipy Gierka. Ukryty za tekstem i wykonawcami odcinał się od swej sławy „inscenizatora”, zmieniając się w reżysera-moralistę, wyrażającego w sposób wyraźny brak zgody na konformizm – czy to jeszcze echo jego pomarcowych rozliczeń? Ten głos sumienia nie zabrzmiał jednak dość silnie; tego, co wyczytał w Elektrze, nie przekazał w realizacji. A może nikt nie chciał tego w tym momencie słuchać?

Mimo wszystko Dejmek jest z pracy w Dramatycznym zadowolony, w grudniu 1973 znów pisze do Vujičicia, ujawniając przy okazji kulisy wydarzeń sprzed lat, kulisy sytuacji aktualnej i swoją rolę w zdobyciu zgody Rity Gombrowicz na premierę Ślubu: Zresztą – czemu się dziwić! W Sali Prób (scena kameralna) poszła na otwarcie sztuka Jerzego Zawieyskiego w reżyserii Skarucha (sztukę tę zaraz po napisaniu wziąłem na próbę w Teatrze Narodowym, w maju 1964. Po 13 próbach – sztukę zdjęto. Teraz poszła – czego Zawieyski niestety nie doczekał). A więc – z otwarcia sezonu jesteśmy radzi i mamy za sobą ludzi światłych. Współpraca z Holoubkiem i zespołem układa mi się bardzo dobrze – i mam nadzieję, że za rok – dwa – trzy uda nam się zrobić dobry teatr. Później go znowu rozpieprzą, to jasne, ale trzeba robić, póki się da. Po wielu skomplikowanych zabiegach udało mi się załatwić zgodę Gombrowiczowej na wystawienie „Ślubu” (dopomógł tu Giedroyc). Holoubek z kolei zdołał załatwić sprawę u władz, pomimo wielu przeszkód i oporów. Tak więc po „Elektrze” – pójdzie „Ślub” Gombrowicza (reżyserować będzie Jerzy Jarocki). Ja przemyślam nad adaptacją „Lorda Jima” Conrada. Niechże Pan więc trzyma kciuki za pomyślność naszych poczynań. Ciemnogród jest w tej chwili nieco zaskoczony – ale już przystąpił do akcji – np. pan KT.Teoplitz (oczywiście na czyjeś zlecenie) napisał artykuł przeciw wystawieniu Gombrowicza, ale … cenzura artykuł ten zatrzymała! Jak Pan widzi – sytuacja nieco zabawna i mocno skomplikowana. Jestem ciekaw, jak długo pozwoli się nam na wydobywanie własnego głosu. No, zobaczymy. Póki co – czuję się dobrze i pracuje mi się z przyjemnością i zapałem. I tu, w tym liście, pojawiła się kwestia niebywale istotna, owo stwierdzenie udało mi się załatwić zgodę Gombrowiczowej na wystawienie „Ślubu”. Bo to właśnie Dejmek (wraz z synem Piotrem) tę zgodę załatwił – w pierwszej wersji dla siebie (list do Giedroycia z 19 VI 1973, pisany z Kolonii: Czy p. Gombrowiczowa byłaby skłonna w trybie wyjątku odstąpić od zakazu wystawienia „Ślubu” lub „Operetki”? (Rozumiem to jako zgodę na jedyne i wyłącz­ne wystawienie jednej z tych sztuk w Teatrze Dramatycznym pod dyr. Holoubka i w mojej reżyserii.) – a dopiero po sukcesie inscenizacji Jarockiego w Zűrichu scedował ją na niego, dla dobra teatru polskiego i publiczności (Ale w tym całym interesie najważniejsi są 20- i 30-latkowie. Dzięki temu przedstawieniu Gombrowicz będzie „ich”, co daj Boże, a w co gorąco wierzę). O wkładzie Dejmka w zaistnienie tej premiery Jarocki w swoich wypowiedziach o walce o nią nie zająknął się ani słowem. Walka trwała długo i Dejmek poświęcił jej mnóstwo czasu i energii, Ślub był priorytetową premierą w tym sezonie, nic więc dziwnego, że na własne premiery zabrakło sił.

Na marginesie spisu swoich prac reżyserskich przy Molierze w Novym Sadzie zanotował; gorszym moim przedstawieniem był chyba tylko „Sułkowski” w Dramatycznym. Jakby tu powiedzieć: recenzje rzeczywiście były mało entuzjastyczne. To był z gruntu zły pomysł: nie ten czas, nie ten teatr i chyba właśnie nie ta sytuacja. Mogło być pięknie: scenografię zaprojektował Andrzej Majewski (kostiumy – etatowa projektantka Teatru Dramatycznego, Irena Burke). Warto może tylko wśród powtarzających się uwag o – po prostu – nudzie, przytoczyć uwagę Marty Fik: Może też dlatego właśnie przedstawienie to wydaje się bardziej interesujące, gdy się o nim myśli, niż gdy się je ogląda. Nie jest to z pewnością komplement zbyt entuzjastyczny i satysfakcjonujący jakiegokolwiek inscenizatora czy reżysera. Nabiera wszakże wartości, gdy pamiętać, że przedstawienia, o których myśli się w ogóle – należą dziś do rzadkości…

Sułkowskiego Dejmek zrobił z obowiązku: Teraz parę słów o sobie: mój obecny chlebodawca, dyrektor i przyjaciel – Gu­staw Holoubek, przymusił mnie do wystawienia „Sułkowskiego” Żeromskiego. Pró­by już rozpocząłem, premiera odbędzie się w końcu czerwca – na początku lip­ca br. Rzecz opracowałem dramaturgicznie i literacko, coś się tam rozsądniejszego wyłoniło z powodzi słów, ale kiepskie toto niemiłosiernie i nie­przyzwoicie szlachetne, wzniosłe, głupie i polskie. Ale nie ma wyjścia, muszę to robić, premiera będzie bezwstydnym, publicznym harakiri. Spektakl nie pasjonuje go, choć robi dobrą minę do złej gry: 12 VII odbyło się pierwsze (zamknięte) przedstawienie „Sułkowskiego”. Z róż­nych powodów nie jestem nazbyt z przedstawienia zadowolony – ale najważniej­sze, że publiczność wysłuchuje tekstu jak mszy świętej – tak przynajmniej było na czterech kolejnych spektaklach. Przedziwne rzeczy dzieją się z naszym narod­kiem. Patriotycznie chlipią nawet ci, którzy mają (moralnie) order „za usmieren­je polskowo miatieża” (a był taki po 1863 roku).

Środek wakacji nigdy nie jest dobrym momentem na premierę. A w dodatku – gdy Dejmek przystępuje do prób jest już de nomine dyrektorem Teatru Nowego w Łodzi, co zajmuje go znacznie bardziej.

prof. dr hab. Magdalena Raszewska, historyk teatru, wykładowca Wydziału Scenografii ASP w Warszawie. Tekst jest fragmentem większej całości.

Leave a Reply