Teatralne wybory: różnorodność i niepokoje

W ostatnim czasie można obejrzeć w Trójmieście kilka nowych spektakli teatralnych – pisze Alina Kietrys. Czy to wystarczająca różnorodność w formie i wielorakość w treści w blisko milionowej aglomeracji? Tym razem od nadmiaru głowa nie boli.

Pierwszy spektakl na nowej scenie Teatru Wybrzeże. Ruscy w Starej Aptece.

To dobre i ważne przedstawienie. Radosław Paczocha – dramaturg nagradzanych sztuk zaistniał już kilkakrotnie w Teatrze Wybrzeże jako autor Być jak Kazimierz Deyna (2010), Fazy delta (2012), sztuki Broniewski (2014) i ostatnio Urodzin, czyli ceremonii żałobnych w czas radosnego święta (2017). Najlepszym spektaklem – jak do tej pory – był

Broniewski w reżyserii Adama Orzechowskiego, dyrektora Teatru Wybrzeże. Paczocha jest teraz etatowym dramaturgiem w Wybrzeżu. Orzechowski lubi przekładać Paczochę na scenę i poza opowieścią o Deynie wyreżyserował wszystkie jego sztuki. Najnowszą Ruscy przygotował w Starej Aptece (nowo wybudowanej scenie Teatru Wybrzeże) z wyczuciem i swoistą wrażliwością. Udaną scenografię zaprojektowała Magdalena Gajewska, scenografka także zakorzeniona w tekstach Paczochy.

Ruscy to opowieść o Polce z Kazachstanu – Wierze, która urodzona i wychowana w duchu polskości na Kresach, dzisiejszych terenach Ukrainy, przetransportowana została siłą wraz z całą rodziną do Kazachstanu. Tam wśród Niemców, Rosjan i Kazachów Polacy próbowali nie zatracić dumy, języka i poczucia polskości. Byli Polakami, których opuściła ojczyzna, ale zawsze do tej ojczyzny tęsknili i z wielką nadzieją i miłością wierzyli w ten cudowny, wyśniony i jedyny dający szczęście powrót „na Ojczyzny łono”. Opowieść Paczochy oparta o doświadczenia Julii Sałacińskiej, obcej wśród swoich, jest przejmująca. Głowna bohaterka Wiera – młoda

dziewczyna (tej roli sugestywna Magdalena Gorzelańczyk) przechodzi wraz z całą rodziną szkołę życia: wygnanych, upokarzanych i gnębionych przez totalitarny system sowiecki Polaków. Bydlęcy, przecięty wagon – dobry pomysł scenograficzny Magdaleny Gajewskiej – ułatwia rozegranie dramatu. Staje się miejscem kaźni i upokorzeń, miejscem przelotnej modlitwy z księdzem, który wpada do czekających rodaków na chwilę, i intymną przestrzenią pełnego wzniosłości spotkania zakochanych – dziadka Wiery i Barbary, kobiety pięknej i szlachetnej, spotkanej nieoczekiwanie na tej nieludzkiej ziemi. W tym wagonie będą też torturowani i nieludzko upokorzeni, tam będą na kolanach błagać o zmianę swego losu. Szkoda, że te dramatyczne, pełne napięć sytuacje rozgrywane są na niemal sterylnej fakturze ogrodowych kamieni ozdobnych. Aktorów bolą kolana, a efekt czystej bieli toczeniaków – może irytować. Na szczęście to w te kamienie reżyser polecił – chwilę potem – wbijanie biało-czerwonych chorągiewek, które świadomie i przez przypadek będą deptane przez aktorów. Deptane i bezczeszczone tak jak polskość Wiery i jej wybory. Bo co nie zrobisz, czego nie wybierzesz – będziesz żałowała, będziesz nieszczęśliwa – przepowiada jej przyjaciółka Natasza, kiedy Wiera podejmuje decyzję o przyjeździe do Polski na studia. W roli Nataszy naprawdę bardzo dobra Agata Woźnicka, obdarzona silnym, wiarygodnym głosem i operująca argumentami z przekonaniem. Piękna dziewczyna, w której zastyga smutek i świadomość przegranej polskości.

Są w tym spektaklu role porywające. Krzysztof Matuszewski jako Dziadek, ten na którym spoczywa największa odpowiedzialność za losy rodziny, jest niezłomny, stanowczy i odważny. To ważna i dojrzała rola Matuszewskiego. Mama Wiery – Sylwia Góra-Weber – z miękkością i wyczuciem tłumaczy córce los Polki, którą w Polsce współczesnej Ruską zowią. A Wiera, czyli Magdalena Gorzelańczyk cierpi za siebie i rodzinę nader wyraziście. Ekspansja jej bólu, szczególnie w drugiej części spektaklu, kiedy już wiadomo, że ciągle w tej wymarzonej Ojczyźnie będzie obcą, jest zbyt wrzaskliwa.

Ważne w tym spektaklu są też epizody. Po kilka, zaledwie dramaturgicznie zaznaczonych, postaci grają Katarzyna Dałek – szczególnie dobra jako Barbara, Katarzyna Z. Michalska – bezduszna urzędniczka w gminie, Piotr Biedroń – do zapamiętania jako Jura, chłopak Wiery z Ukrainy, czy Robert Ninkiewicz – okrutny Rosjanin. Przejmujące też są epizody Piotra Chysa i Marka Tyndy.

Ten spektakl powinni obejrzeć szczególnie potomkowie tych, którzy do Polski przyjeżdżali w dużych grupach repatriacyjnych z Wileńszczyzny i dzisiejszej Białorusi, czy z okolic Lwowa, Kamienia Podolskiego w połowie lat 40. i w latach 50. Powinni też obejrzeć ten spektakl współcześni Polacy, czasami obojętni na tych rodaków, którzy teraz z kartą Polaka wracają do nas ze Wschodu albo z głębi dawnego ZSRR. To przedstawienie porusza i częściowo chociaż tłumaczy, dlaczego określenie Ruski wobec Polaków, których z powodów historycznych „opuściła Ojczyzna” to obraźliwe, a czasami wręcz haniebne słowo.

Konsulat Kultury w Gdyni ma teatr

To nowe miejsce Gdyńskiego Centrum Kultury. Oddany zaledwie w sierpniu tego roku budynek po dawnym konsulacie szwedzkim specjalizuje się w spotkaniach okolicznościowych, dobrej jakości teatrze dla dzieci i przedstawieniach dla dorosłych szukających ciekawych propozycji. Ostatnio grane były trzy tytuły, w tym warta uwagi Konsternacja Mariusa von Mayenburga.

Konsulat kultury na oficjalnym afiszu otwarcia miał ważne nazwiska: Chrapkiewicz, Davies, Masecki, Mayenburg, Młynarski, Radziwiłowicz, Seniuk, Seweryn, Tumidajski, Weiss… Wtedy właśnie Grzegorz Chrapkiewicz – ongiś aktor Teatru Wybrzeże, a dzisiaj profesor Akademii Teatralnej im. Zelwerowicza i Uniwersytetu Muzycznego im. Chopina w Warszawie, reżyser związany z bardzo wieloma najlepszymi scenami dramatycznymi i operowymi w Polsce, zakotwiczył na dłuższą chwilę w Gdyni. I przygotował polską premierę sztuki Mayenburga Konsternacja. To spektakl precyzyjnie poprowadzony i zagrany z wyczuciem przez kwartet dobrych aktorów. Scenografia jest wręcz umowna: sofa, fotel, krzesło, ruchoma drabinka na pięterko i kwiat co chwilę rozkwitający. Ewa i Robert (Hanna Skarga i Marcin Bubółka) wracają z urlopu, a w domu zastają Judytę i Sebastiana (Marta Kalmus-Jankowska i Piotr Jankowski). Ci ostatni teoretycznie wynajęli od pierwszej pary mieszkanie. Nie są jednak tymi samymi ludźmi, z którymi urlopowicze się rozstawali. Podnajemcy rozprzestrzenili się w ich domu i zbudowali w nim nowe życie. Stworzyli nieprzewidywalne sytuacje, przesunęli zdarzenia i zmienili relacje między bohaterami. Ta niby komedia staje się grą pomiędzy postaciami, które określają swoje całkiem nowe potrzeby i utrwalają zmienioną tożsamość. Jest niby zabawnie, ale równocześnie brutalnie, obok pozornego dobra dopada całą czwórkę agresywne zło. Są tylko pozornie poukładani między sobą. Równocześnie szukają nowych bodźców i podniet – także erotycznych – w sytuacji, która im się przydarzyła. Aktorsko jest to ciekawy kwartet. A Chrapkiewicz pilnuje, by każda z postaci budowała własną indywidualność. Ewa – Hanna Skarga jest urodziwa i przebiegła, ale równocześnie uległa. Robert – Marcin Bubółka, ciekawy aktor o dużej vis comice, zwinny i radzący sobie z rolą, ale i nadmiernie „rozegrany”, szczególnie w scenach zbiorowego tumultu. Judyta w pomyśle reżysera i aktorki Marii Kalmus-Jankowskiej była powściągliwa i zdystansowana. Świetna w scenie balu przebierańców. Sebastian – Piotr Jankowski dogrywał „układy” szalonej czwórki. Czasami nie nadążał za Judytą, w czym z pewnością też przeszkadzała mu niedyspozycja głosowa.

Marius von Mayenburg, blisko pięćdziesięcioletni współczesny dramaturg niemiecki, związany z berlińskim Schaubühne, autor ponad dwudziestu sztuk, laureat nagrody im. Kleista, obecny jest w teatrach świata od lat, tłumaczony był na wiele języków. Sztukę Konsternacja napisał przed ośmioma laty. Przełożyła ten tekst bardzo zręcznie na język polski Karolina Bikont. A Grzegorz Chrapkiewicz – wrażliwy, dowcipny i teatralnie czujny po raz kolejny udowodnił, że teatr robi rozważny i dla myślącego widza. Należy tylko życzyć Konsulatowi Kultury, by w nowym miejscu nadal dbał o artystyczny poziom.

Opera pod obstrzałem. Cyrulik sewilski w muzycznej całości i we współczesnym anturażu

Czy dzisiaj należy tradycyjnie i koturnowo realizować najbardziej popularną operę buffa Gioacchino Rossiniego? Czy Cyrulik sewilski może być zagrany w konwencji komedii bulwarowej? Czy wypada zastosować cudzysłów artystyczny w inscenizacji klasyki?

Cyrulik sewilski Rossiniego to wręcz opera-hit. Szczególnie dla tych, którzy znają świat opery, a dla profanów – opera niosącą świetną, prostą, łatwo wpadającą w ucho muzykę i lekkie libretto Cesarego Sterbiniego na motywach sztuki Beaumarchais. Paweł Szkotak znany już gdańskim melomanom choćby z reżyserii Sądu Ostatecznego, dzieła, które zbyt szybko przemknęło przez scenę naszej opery, a potem przepadło, tym razem nadał widowisku operowemu bulwarowo-komediową konwencję. Nie czuł ciężaru nadmiernie poważnych wcześniejszych realizacji. Akcję przeniósł do Nowego Meksyku w Stanach Zjednoczonych, a Don Bartolo ucharakteryzował na Donalda Trumpa: w blond peruce z zaczeską i w kostiumie jak wyjściowy garnitur prezydenta z rozpoznawalnym czerwonym krawatem. Zresztą współczesne kostiumy bohaterów według pomysłu Anny Chadaj, jak i dość umowna, świadomie kiczowata scenografia, stanowią niezłe tło do swoistej zabawy w świecie pozornego blichtru i staroświeckich zalotów. Fabuła niezbyt skomplikowana i dostatecznie ograna w wielu komedyjkach jest pretekstem do zaprezentowania precyzji muzycznej Rossiniego opartej na znanych akordach i czytelnej instrumentacji. Orkiestrę Opery Bałtyckiej poprowadził Jose Maria Florencio i zrobił to brawurowo, dając widzom muzykę Rossiniego w całości, bez żadnych partyturowych skreśleń. Bardzo dobrze zabrzmiała uwertura, która stanowi swoistą wizytówkę tej opery buffa, a potem precyzyjne zgranie z solistami i partiami chóralnymi na pewno stanowią o wartości spektaklu Cyrulik sewilski w Operze Bałtyckiej. Akompaniament pianina na proscenium był ciekawym, wpisanym w akcję przedstawienia akcentem.

W roli Don Bartolo wystąpił Dariusz Machej, który zręcznie poradził sobie z aktorskim wyzwaniem, był śmiesznym, podstarzałym, czasami nawet żałosnym amantem, a śpiewał z werwą i otwartością pięknym modulowanym basem. Utrzymał się w konwencji spektaklu choć fragmentami nieco szarżował w gestach. Ale wydawało się, że robił co mógł, by uwieść Rozynę, która oczywiście z demonstrowanym obrzydzeniem odwracała się od starczych zalotów. Machej świadomie i zabawnie wykorzystywał własne możliwości wokalne, bawiąc się głosem: od dźwięków basowych po dyszkantowe. Partie solowe śpiewał bardzo precyzyjnie. W roli pięknej Rozyny, którą niby opiekuje się doktor Bartolo, a ona kocha oczywiście młodszego hrabiego Almavivę, wystąpiła i dobrze naprawdę zaśpiewała Edyta Piasecka. Jej kontralt o znacznej skali brzmiał interesująco i uwodzicielsko, a śpiewaczka pokonywał bez trudu dolne i górne rejestry partii. Niestety Dawid Kwieciński jako Cante Almaviva nie okazał się faworytem w tym spektaklu – ani aktorsko, zbyt sztywny i niepewny w zalotach, ani wokalnie – z pewnymi problemami nadążał za tempem, a i nie wszystkie arie w jego wykonaniu spełniły pokładane przez Rossiniego nadzieje. Nie wybrzmiał dobrze duet Almaviva-Figaro. Ciekawie natomiast pomyślana została rola Figaro. Łukasz Motkowicz jest żywiołowym, postawnym, pełnym werwy dresiarzem w adidasach, to wszechobecny Figaro o mocnym głosie i zabawnej „mowie ciała”. Zagrał z rozmachem i śpiewał bez zarzutu. Dobrze też wypadły sceny z udziałem chóru. To także walor inscenizacji.

W tym Cyruliku sewilskim Edyta Piasecka, Dariusz Machaj i Łukasz Motkowicz podobają się publiczności, która również gorąco i frenetycznie oklaskiwała Don Basilio – Piotra Nowackiego i orkiestrę Opery Bałtyckiej. Szczególnie trudne muzycznie recitativy z powtórkami tego samego tekstu i długie wokalizy były wręcz popisowym materiałem muzycznym orkiestry i śpiewaków. Brzmiały precyzyjnie i wplatały się w materię widowiska.

Doceniam w tej inscenizacji Pawła Szkotaka pomysł ośmieszenia cukierkowej amerykańskiej kolorystyki, która zawładnęła popkulturą. I tak też odczytuję zabawę formą spektaklu zaproponowaną przez scenografkę i reżysera. Sztuczne palmy, zielona szczotka w rękach Bartolo, którą przegania konkurenta, w białej klatce zamknięta Rozyna, różowy cadillac wtaczany na scenę, śmieszny salonik z białymi figurami psów, leżak plastikowy i lampa do opalania – to dowody, że można świadomie zabawić się formą nawet w nieco ucukrowanej operze. Zabawnie pomyślane zostały sceny zmiany dekoracji – wplecione w akcję przedstawienia stanowiły swoistą zabawę choreograficzną. Brawo za pomysł!

A w Miniaturze Pan Trener

Monodram piłkarski to pomysł Szymona Jachimka i Wojciecha Tremiszewskiego wsparty reżyserią Jakuba Ehrlicha z muzyką Marcina Kulwasa.

Jachimek jest kabaretowym autorem, tekściarzem, młodym dramaturgiem, Tremiszewski kabaretowym wykonawcą, aktorem, improwizatorem. Ongiś obaj byli związani z Kabaretem Limo Abelarda Gize. Ehrlich natomiast jest aktorem Teatru Miniatura i wyreżyserował już kilka spektakli.

Pan Trener to naprawdę zabawna, ale i gorzkawa opowieść o polskim szaleństwie, czyli wielkiej miłości do piłki nożnej ogromnej rzeszy kibiców, którym ciągle się marzą polskie i światowe sukcesy. To narodowe uwodzenie nabiera na sile, a w jego tle w małej miejscowości, w niewielkich klubach kiełkują pierwsze piłkarskie ekscesy, rodzą się pierwsze wielkie marzenia o piłce nożnej, grają i przegrywają zespoły bez szans, które od lat wspierają są piosenką chłopaki nic się nie stało… po każdej kolejnej przegranej. Trener Rafał Wąsik – główny bohater monodramu – realizuje z grupą „swoich chłopaków” – amatorów w różnym wieku i kondycji własną idée fixe. Zespół Ajax Mściszewice jest bohaterem piątej ligi. Zawodników wynagradza się w naturze. Dostają jaja, wiaderko z tynkiem… Ale kochają piłkę i zrobią wszystko, by znaleźć się na murawie. A trener Wąsik ich mobilizuje. Tremiszewski wygrywa wszystkie role. To popis możliwości aktorskich. Jest trenerem, zawodnikiem, mężem, dyskutuje z wójtem i prezesem, a nawet z księdzem o pieniądzach, i przekonuje rodzinę, by wybaczyła mu jego szaleńczą miłość do piłki. Tremiszewski funduje naprawdę niezłą zabawę. Potrafi być powściągliwy, rozentuzjazmowany i melancholijnie powściągliwy. Trzyma tempo spektaklu, który ogląda się z zainteresowaniem. Tekst opalizuje, a aktor mieści się w różnych inscenizacyjnych pomysłach. Przestrzeń do grania ma niewielką z trzema krzesłami i kilkoma rekwizytami. Wykorzystuje je zręcznie. Ten spektakl ma swoją publiczność, która dobrze wie, co i kogo chce oglądać. I umie się bawić.

Alina Kietrys

[Tekst ukaże się w „Autografie” 2018 nr 6]

Leave a Reply