Mieszkamy razem, ale niczego o sobie nie wiemy

W „Opowieściach o zwyczajnym szaleństwie” Petra Zelenki w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza można ujrzeć rodzinę: nieco groteskową, toksyczną, cierpiącą za cały świat matkę; spokojnego, wystraszonego i wycofanego ojca; młodego, pogubionego, samotnego syna. Ich sąsiadami jest para płacąca za oglądanie jej podczas stosunków seksualnych i młody mężczyzna współżyjący z odkurzaczem, zauroczony następnie plastikowym manekinem z powodu nikłego powodzenia wśród płci przeciwnej. Sceniczny żywot bohaterów jest tragikomiczny i wywołuje często wśród publiczności salwy śmiechu. „Z czego się śmiejecie?” – chciałoby się jednak zapytać za Gogolowskim Horodnicznym…

Piotr (Łukasz Borkowski) czuje się samotny i niekochany. Jest świadom, że w jego rodzinie nie dzieje się najlepiej. Po rozstaniu z Janą (Urszula Szmidt) zdaje się popadać w obłęd. Natomiast dziewczyna wiąże się z Aleszem (Bernard Bania) sprawiającym wrażenie tak potrzebnego jej „samca alfa”. Bania swym niskim i pewnym głosem oraz maczystowskim zachowaniem realistycznie uwydatnia charakterystyczne cechy tego powszechnego dziś typu mężczyzn. Pod płaszczykiem agresji i pewności siebie można dostrzec w tej roli ogrom zagubienia i niezdecydowania, od których tak pragnęła uciec Jana.

Mucha (Dawid Malec), najlepszy przyjaciel Piotra, stara się mu pomóc w odzyskaniu utraconej miłości, proponując na to jednak dziwaczne sposoby – obcięcie włosów ukochanej przed snem i zamoczenie ich w mleku albo zapakowanie się w paczkę i wysłanie na adres byłej partnerki. Pomimo całej magiczności i desperacji te miłosne rytuały swego zadania raczej nie spełnią – wszak Mucha sam nie jest zdecydowanie mistrzem świata w kontaktach z kobietami. Kompensuje to sobie „zabawami” z odkurzaczem i umywalką. Podczas jednego ze zbliżeń łazienkowy „obiekt zainteresowań” poważnie kaleczy chłopaka (to zemsta za uczuciową nieporadność wynajętej przez Muchę i podkochującej się w nim sprzątaczki). Dawid Malec w tej scenie niezwykle intensywnie i zajmująco odgrywa mieszaninę wstydu i histerycznej paniki, którą tak skutecznie próbowała w sobie tłumić jego postać. To traumatyczne przeżycie skłania go tylko do pozornie nieznaczącej korekty swoich „związkowych” upodobań – postanawia żyć z manekinem. Przekonuje, że wreszcie spotkał kobietę, z którą tworzy doskonały związek – manekin jest piękny, a życie z nim jest cudowne, bo nie kłamie, nie zdradza i nie trzeba z nim wychodzić „na miasto”. Znając wcześniejsze „partnerki” Muchy, trzeba przyznać, że to krok w odpowiednim kierunku – manekin jest bardziej ludzki niż odkurzacz czy umywalka i sprawi swemu właścicielowi wielką niespodziankę. Malec doskonale pokazuje ogromną fascynację i dziecięcą naiwność swojego bohatera. Ostatecznie plastikowa towarzyszka ożywa i staje się zwykłą – jak konstatuje Mucha – idealną (!) kobietą noszącą imię Ewa (Aleksandra Przesław), zaświadczając tym samym, że żadna rzecz nie jest w stanie zastąpić szczęśliwego związku z człowiekiem z krwi i kości. Aktorka świetnie odnajduje się w tej nieprostej, bo podwójnej roli. Zręcznie łączy to, co ludzkie, kobiece z tym, co pozostało z plastikowego tworu. Umiejętnie porusza się na granicy człowiek-manekin.

Piotr na swojej drodze spotyka też Alicję i Jerzego (Monika Zaborska i Piotr Szekowski), którzy chcą, aby obserwował ich w intymnych sytuacjach. Za owo oglądanie nieźle płacą. Według pary Piotr byłby obserwatorem doskonałym, ponieważ posiada „dobre” oczy. Zdezorientowany Piotr daje się przekonać. Alicja to z ciała i z ducha typowa hipiska, o czym świadczy jej luzacki image oraz uporczywe i wdzięczące głoszenie pokoju i miłości. Para potrzebuje widza, gdyż żyje wyłącznie sobą, odczuwając jednak dojmujący brak jakichś dodatkowych bliskich relacji. Substytutem przyjaciół stają się osoby wynajmowane do wzrokowego uczestniczenia w ich seksualnych igraszkach.

Obsesję Jerzego stanowią nieustające procesy sądowe wytaczane za bezprawne odtwarzanie jego kompozycji w windach. W dalszej części przedstawienia okazuje się, że ten bohater posiada większe od innych rozeznanie w kwestii dręczącego wszystkich problemu samotności i jego „wariackich” manifestacji. Intuicja go nie myli, wybiera jednak fałszywy cel, także zbyt radykalne środki zaradcze. Szekowski jako Jerzy, z filozoficzno-belferskim zacięciem oraz tak dla niego charakterystycznym osobistym urokiem i ironicznym dystansem, wygłasza tezy dotyczące szaleństwa. Konkluduje, że prawdziwe szaleństwo to nie te drobiazgi, które wszyscy za szaleństwo przyjmują, lecz niczym nieograniczona wolność oraz nieponoszenie odpowiedzialności za swoje czyny. Został wykorzystany – nikt nie wziął pod uwagę jego racji. Próbował zamanifestować swoje emocje i potrzeby – został niesłusznie odtrącony. Wzmocnił przekaz – uznali go za wariata. Cóż mu pozostało? Na swoim przykładzie pokazać, jak egoistyczny i bezduszny stosunek innych wpędza nas w szaleństwo i do czego może być zdolny prawdziwy wariat. Wychodząc bezpośrednio do publiczności, wygłasza przejmujący, choć formalnie wyjęty z kanałów youtubowych coachów, monolog. Po tym credo opuszcza scenę przyodziany w pas szahida, kierując się ku najbliższej hotelowej windzie. Aktor rolę Jerzego odgrywa lekko, daje to rezultat nieskrępowania. Kiedy zwraca się do widowni, nie odczuwa się dystansu.

Epizodycznymi, choć bardzo znaczącymi, postaciami są też Anna i Szef. Anna (również Aleksandra Przesław) to pomoc domowa Muchy, który darzy ją uczuciem, lecz nie potrafi tego okazać. Po krótkim czasie dziewczyna rezygnuje z pracy, poznając przypadkiem bardziej ustabilizowanego życiowo partnera. Z kolei Szef Piotra jest życzliwy i serdeczny. Szczery, ale przerysowany – przyklejony do twarzy uśmiech świadczy o tym, że i on nie może być w pełni sobą, gdyż i jemu w relacjach z bliźnimi czegoś brakuje. Właściwie bez powodu zwierza się Piotrowi z tego, iż „lubi małych chłopców”. Podkreśla jednak, że nigdy się na nich „nie rzuca”. U źródła jego wszystkich problemów i zachowań muszą kryć się olbrzymie kompleksy. Wyspowiadawszy się podwładnemu z najbardziej wstydliwej tajemnicy, dopytuje, czy nadal chce z nim pracować. Tak trafnie i kompletnie zaprezentowanej specyfiki tej epizodycznej przecież postaci mógł dokonać nie kto inny, jak Patryk Ołdziejewski – młody, uzdolniony i cieszący się zasłużoną sympatią widzów aktor.

W spektaklu najdokładniej poznajemy rodzinę Piotra. Matka (zdumiewająca (!) Arleta Godziszewska) to energiczna, władcza, „wtrącająca się w nie swoje sprawy”, kontrolująca i terroryzująca bliskich kobieta. „Cierpi za wszystkich”. Jest opętana niesieniem pomocy. Wysyła znoszoną odzieżą ofiarom katastrof żywiołowych na świecie, a poszkodowanym w wyniku wojny oddaje regularnie swoją krew. Słusznie postępuje tylko ona, jej rady są najwłaściwsze. Synowi przysyła niezliczone wycinki z gazet (pudła z nimi zajmują niemal cały dom) opisujące dramatyczne wydarzenia z całego globu. Ojciec (Marek Cichucki), który kiedyś użyczał głosu do socjalistycznych czechosłowackich kronik filmowych, nie potrafi odnaleźć się w nowych czasach. Wstydzi się swojej rozpoznawalności związanej z opresyjnym reżimem. To spokojny, wycofany i apatyczny mężczyzna, opanowany przez żonę wynajdującą mu najróżniejsze choroby, nierozumiejącą jednak, co go naprawdę trapi. Kobieta uważa, że mąż jest bierny i niezdolny do przeżycia nawet podstawowych emocji. Straszy go z zaskoczenia, by udowodnić, iż nie jest w stanie odczuć choćby atawistycznego strachu. Co zajmuje mu więc całe dnie? Eksperymentalne badanie zachowania szyjek butelek z piwem i nieodstępująca go na krok chęć sprawdzenia, czy w jego otwartych ustach zmieści się żarówka. Boi się jednak doświadczalnej konfrontacji z tym „naukowym” problemem, gdyż obawia się, że podczas eksperymentu dostanie skurczu mięśni i nie będzie w stanie wyjąć żarówki z ust. Cichucki emocjonalny stan swojej postaci prezentuje nadzwyczaj wyraziście, choć sięga po oszczędne środki artystyczne. Wypowiada się niepewnie, a jego postawa często bywa lekko skulona. W Zelenkowskim „szaleństwie” jest bardzo autentyczny. Zrozumienie i docenienie znajduje jedynie u pogrążonej w głębokim kryzysie po stracie partnera, rozpaczliwie pragnącej bliskości, rzeźbiarce Sylwii (w którą wciela się pierwsza żeńska gwiazda Teatru Dramatycznego – Justyna Godlewska-Kruczkowska). W jej głosie i sposobie mówienia słychać tęsknotę za miłością. Ta nostalgia i niedobór uczucia w wykonaniu tej wybitnej aktorki wprost poraża. Jest jej obojętne, z kim rozmawia, istotne, że to inny człowiek. To właśnie dzięki Sylwii Ojciec nabiera pewności siebie. Potrafi powiedzieć żonie prawdę. Jest w stanie wytknąć wszystkie jej winy i błędy. W tym ten najpoważniejszy – iż przez zaślepienie i własne ambicje zniszczyła rodzinę.

Godziszewska, kreując postać Matki, jest pozornie skupiona na rozmówcy. Natomiast postawa jej ciała sugeruje skoncentrowanie się na sobie. Na pierwszy rzut oka pewna siebie kobieta o dominującej, wyprostowanej sylwetce, która głośno i ostrym tembrem głosu wygłasza swoje racje oraz narzuca sposób życia członkom rodziny, tak naprawdę jest zagubiona i bezbronna. Niepewność własnej sytuacji stara się przykryć agresywnym i wymuszającym zgodę sposobem mówienia i poruszania się. Zatracona w manii humanitaryzmu nie zauważa życia rodzinnego. Prócz przesadnej pomocy i troski o potrzebujących, nie interesują ją potrzeby bliskich (Matka nie wie nawet, jakie studia ukończył jej syn!).

W jednej ze scen Piotra odwiedza Matka. Pyta, czy czytał już wycinki z prasy, które mu przyniosła. Traktuje to jak najistotniejszą powinność. Matka narzeka, że syn nie ma dziewczyny. Nieważne jakiej – ważne, by w ogóle była. Podejrzewa nawet, iż Piotr jest homoseksualistą. Ten jednak zaprzecza – nie znalazł tej odpowiedniej. Ale wątpliwości wracają, kiedy Piotr pyta, czy Matka ma w domu jakąś perukę (ta jest mu konieczna, ponieważ przez pomyłkę obciął włosy potrzebne do rytuału Muchy nie Janie, a jej ciotce). Innym razem kobieta ze złością wylicza wady syna. Jej mimika jest przerażająca, uwydatniona przez aktorkę diabolicznym wyrazem oczu i zaciśniętymi ustami. W towarzystwie Matki Piotr jest nieco spłoszony, unika z nią kontaktu wzrokowego. Wygląda jakby się jej bał. W ten adekwatny do sytuacji sposób Łukasz Borkowski rysuje dystans i dominację Matki. Natomiast jakąś nić porozumienia Piotr znajduje z Ojcem. Wspólnie decydują się nawet na przeprowadzenie „żarówkowego doświadczenia”.

Główny bohater „Opowieści…” jest osobą pogubioną. Przeżywa życiowy i tożsamościowy kryzys. Nie wie, jakiemu zawodowi się poświęcić. Dotychczasową egzystencję uważa za nazbyt doraźną i „pokręconą”, nawet w sferze prywatnej nie osiągnął stabilizacji. Swoją bezbronność chowa pod zapinanym czarnym swetrem. Na scenie jest obecny podczas prawie całego spektaklu. Sytuacje, w których uczestniczy, zmieniają się jak w kalejdoskopie. Jego postać konfrontuje się z paradą dziwolągów. On jednak, wchodząc z nimi w dialog i relacje, wciąż pozostaje sobą. Sobą – czyli kim? Tego właśnie Piotr nie wie i jest to jego podstawowy problem. Chrapkiewicz postawił przed Borkowskim nie lada wyzwanie – wyraziście zagrać biernego „człowieka bez właściwości”, poszukującego nowego i odpowiedniejszego siebie w innych, przeglądającego się w Zelenkowskiej menażerii i przymierzającego w duchu poszczególne „szaleństwa”. Aktor nawet na chwilę nie zbacza z obranego kursu. Wytrwale łączy zdawałoby się wykluczające się emocje – fascynację i zblazowanie, zaskoczenie i znudzenie, obojętność i troskę, złość i czułość, miłość i nienawiść, uległość i bunt, wstyd i pewność siebie.

Kolejne decyzje i spotkania bohaterów, zamiast w szybki i łatwy sposób rozwiązywać ich problemy, jeszcze bardziej gmatwają sytuację. Jana zostawiła Piotra znudzona jego postępowaniem. Teraz, obserwując podszyte rozpaczą zachowania Piotra, nie potrafi ukryć rosnącego zdenerwowania. Czy jednak to tylko Piotr ją denerwuje? Czy jej nowy partner spełnia pokładane w nim nadzieje? Jana potrzebowała twardego mężczyzny, w którym znajdzie oparcie i bezpieczeństwo, dlatego związała się z Aleszem. Jednak z czasem dziewczyna dopuszcza do siebie myśl, że nie był to do końca słuszny wybór. To Alesz oczekuje od niej stanowczości, oparcia i bezpieczeństwa, dając w zamian całkowitą bezwolność ubraną w pozory męskości. Być może jednak Jana pożąda ciepłego i wrażliwego partnera do równoprawnego związku? Uwagę w tej roli przyciąga interesująca młoda aktorka Urszula Szmidt. Swoim charakterystycznym, jasnym głosem naturalnie oddaje emocje granej przez siebie bohaterki. Po scenie porusza się z wdziękiem, dojrzałością i swobodą, wyraziście zaznaczając każde swoje wejście. Rzadkie to umiejętności u tak mało doświadczonych scenicznie aktorek.

Matka przy popiersiu męża pierwszy raz przyznaje przed sobą, iż ich rodzina „się nie udała”. Ma na myśli emocjonalną dysfunkcjonalność, której efektem, a nie powodem, jest ucieczka każdego z jej członków w swoje dziwactwa. Wkłada garnitur męża, aby nie tylko zewnętrznie się do niego upodobnić, ale znaleźć porozumienie z synem, które ojcu udało się uzyskać, i którego mu szalenie zazdrości. Strój jednak źle na niej leży – jest za duży, pomięty i niedopięty. Wychodzi na to, że mimo starań, nie potrafi zrozumieć małżonka. W innym momencie oznajmia, iż w jej związku zaczęło się od miłości (której się histerycznie domaga), a skończyło szaleństwem. Ten głód uczucia słychać i widać w przejmującym tonie głosu oraz w ruchu aktorki.

Moment przemiany wewnętrznej Matki następuje dopiero pod koniec przedstawienia, kiedy to w trakcie pobytu na oddziale psychiatrycznym wygłasza poruszający monolog. Odbywa się on w całkowitej ciemności. Jedynie twarz siedzącej kobiety oświetla trzymana przez nią wątła latarka. Przyznaje w nim, że nikt z rodziny tak naprawdę niczego o sobie nawzajem nie wie. Tym razem jej cielesność wygląda całkowicie odmiennie. Postawę ma zgarbioną i wycofaną, mimikę pełną niepewności. Wypowiada się bardzo spokojnie. Zmiana dotyczy również kostiumu. Najpierw ubrana jest w czerwoną, dość opiętą garsonkę. To strój formalny, podkreślający przewagę, sztuczność. To próba dostosowania się do narzuconych norm zamiast życia w zgodzie ze sobą. A szlafrok, który przyodziewa pod koniec, symbolizuje bezbronność i niepewność. Szlafrok wobec garsonki jest jak obnażenie się, zrzucenie maski.

Spektakl Chrapkiewicza to opowieść o zaniku prawdziwych uczuć między ludźmi, o braku wzajemnego zrozumienia, bliskości i szczerej miłości. Może on dotknąć każdego – niezależnie od wieku, zawodu, pozycji czy czasów. Chrapkiewicz przedstawia ludzi zmagających się z samotnością, próbujących odnaleźć sens życia, szczęście i głębokie uczucie. Każdy bohater jest opętany jakimś rodzajem dziwactwa. To ludzie nie szaleni, lecz pogubieni, nie do końca przystosowani do norm panujących w społeczeństwie. Ich relacje to zaledwie protezy, namiastki interakcji. W „Opowieściach o zwyczajnym szaleństwie” ukazana jest rodzina praktycznie pozbawiona kobiety, matki, która poradziłaby w banalnie codziennej sprawie, pokazałaby, jak funkcjonować w świecie. Podczas przedstawienia wielokrotnie chce się śmiać, jednak po chwili przychodzi refleksja, że ten śmiech to z nas samych – wszyscy wszak pogubieni, co dzień popełniamy Zelenkowskie śmiesznostki.

To bardzo przejmujący dramat o smutnym przesłaniu, choć, na pierwszy rzut oka, zabawnie skonstruowanych sytuacjach. Postacie wiodą w nim wręcz tragiczną egzystencję. Z biegiem czasu w bohaterach zachodzą jednak pozytywne zmiany. Jedynie Piotr w swoim oczekiwaniu na nową formę pozostaje niezmienny. Jest od początku trzeźwy, świadomy dziwactw i problemów otaczających go „odmieńców”. Chce żyć normalnie. W końcu postanawia, że będzie pisać wiersze o znanych sobie ludziach. Wyrzuca też z pudeł matczyne wycinki. Symbolizuje to zerwanie z dotychczasowym życiem i rozpoczęcie wszystkiego od nowa, według własnych reguł. W finale wszyscy bohaterowie wchodzą do pustych pocztowych paczek, które zostają ostemplowane. Wtedy gasną światła.

Użyte w tytule „zwyczajne szaleństwo” jest stwierdzeniem przewrotnym. Szaleństwo to przecież ze swej natury odstępstwo od zwyczajności. Zwyczajni są bohaterowie, a ich ekscesy stanowią emanację powszechnej w dzisiejszych czasach samotności i problemów z porozumiewaniem się.

Wszyscy aktorzy wspinają się na wyżyny swoich możliwości, pokazując, że naprawdę wiele potrafią. Ukazują ukryte sensy, umiejętnie zamykają analizę psychologiczną w sztywnych ramach formy. Grzegorz Chrapkiewicz bardzo zręcznie poprowadził aktorów. Wykrzesał z nich wszystko, co najlepsze. Pozwolił im się otworzyć, nie przekraczając jednak niebezpiecznych granic. Artyści udowadniają, jak ważne jest partnerowanie. Rozmowy postaci są dynamiczne i naturalne. Zmiana zauważalna jest w stosunku do wcześniejszych ról u Moniki Zaborskiej. Z dużą swobodą, bezpretensjonalnością i prawdą tworzy swoją kreację. Ale najbardziej wyróżnia się i zaskakuje znana dotychczas z drugoplanowych ról Arleta Godziszewska. Z wielkim oddaniem i precyzją buduje skomplikowaną osobowość kreowanej przez siebie bohaterki. Gra nad wyraz prawdziwie. Widzi się w niej prawdziwego człowieka, zapominając o tym, iż oddziela nas od niej teatralna „czwarta ściana”. Idealnie ukazuje poruszające przesłanie w komediowej otoczce. Skupia na sobie uwagę od pierwszych chwil. Na scenę wchodzi pewnym krokiem. Jest bardzo wyrazista, pełna ekspresji werbalnej i ruchowo-mimicznej. Posiada ostry, wydobywający się z ogromną siłą tembr głosu. Godziszewska doskonale uwypukla negatywne cechy swojej bohaterki. Wszystko to sprawia, że postać Matki jest bardzo oryginalna i złożona. Aktorka w swojej przełomowej i wybitnej roli sprawdza się znakomicie. Opracowała ją krok po kroku i stworzyła z wyobraźnią. Pokazuje, jak znakomitą i uniwersalną jest aktorką. Gra w „Opowieściach…” zapoczątkowała pasmo jej sukcesów, potwierdzone Papkinem w „Zemście” oraz Ciotką Wilka w „Gałązce rozmarynu”.

Dopełniająca uroku całości pomysłowa scenografia Wojciecha Stefaniaka jest zarazem monumentalna i oszczędna. To ustawione po trzech stronach sceny kartonowe pudła w niezliczonej ilości. Sięgają wysoko, przypominając ściany. Ta gargantuiczna, utrzymana w jednakowym tonie papierowa scenografia ma symbolizować nie tylko „wycinkową” obsesję Matki. To także odniesienie do wciąż czekającej na zapisanie osobowości Piotra i bylejakości egzystencji wszystkich osób pojawiających się na scenie. Jej ustawienie do poszczególnych obrazów korygują sami aktorzy. Każdy z aktów poprzedza głośna muzyka Szymona Wysockiego. Pojawiająca się przy wciąż zgaszonym świetle wzmaga ciekawość. Reżyserią świateł zajął się Grzegorz Chrapkiewicz oraz Olaf Tryzna. Świetnym pomysłem było wykorzystanie stroboskopu. Dopasowane do sposobu życia oraz charakteru bohaterów kostiumy przygotowała Aneta Suskiewicz.

Na scenie wszystko ma swoje miejsce. Twórca włożył ogrom pracy, aby uzyskać niezwykłe rezultaty. Tak idealnie i inteligentnie wyreżyserować przedstawienie mógł tylko ktoś o kunszcie, intuicji i talencie Grzegorza Chrapkiewicza. Ta studwudziestominutowa (z antraktem) uczta to najciekawszy spektakl minionego sezonu artystycznego w białostockim Teatrze Dramatycznym.

Premiera spektaklu odbyła się 4 listopada 2017 roku.

Rafał Górski

[Na zdj.: Arleta Godziszewska i Łukasz Borkowski, fot. Bartek Warzecha; Archiwum Teatru]

Rafał Górski – student filologii polskiej na Uniwersytecie w Białymstoku. Publikował w „Teatrze dla Was”, obecnie w „Teatrze dla Wszystkich”. Interesuje się białostockim teatrem. W „Yoricku” publikuje po raz pierwszy.

Leave a Reply