Dostojewski w Węglinie

Tomasz Miłkowski pisze po spotkaniach z monodramem w lubelskim DDK Węglin:

O ile mi wiadomo, Fiodor Dostojewski nigdy w Węglinie nie był. A jednak trafił tam za sprawą litewskiej aktorki Birute Mar.

Węglin, a właściwie Węglin Południowy i Węglin Północny to dwie dzielnice Lublina na jego południowo-zachodnim brzegu. Jeszcze nie tak dawno, 60 lat temu Węglin pozostawał poza granicami miasta, ale teraz zrósł się ze swoim starszym bratem. To właśnie tutaj, w Węglinie Północnym przy ulicy Judyma powstał przed niespełna siedmioma laty Dzielnicowy Dom Kultury.

– Miejsce, na skraju miasta, wydawało nam się ryzykowne – wspomina dyrektor domu Sławomir Księżniak, kulturoznawca, muzyk, grafik-designer, absolwent studiów podyplomowych „Zarządzanie Kulturą w Strukturach Unii Europejskiej”. Wcześniej był dyrektorem instytucji kultury w Janowcu n. Wisłą i Opolu Lubelskim. Pracował w Ośrodku Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych „Rozdroża” w Lublinie. Nim otwarto podwoje nowego domu kultury, rozpisali wśród mieszkańców ankietę, poszukując odpowiedzi, jakiego programu by oczekiwali. W ten sposób powstała oferta w dużym stopniu tworzona przez uczestników zajęć czy spotkań. Dlatego, mimo położenia

na uboczu miasta

w murach DDK tętni życie. – Co tydzień odwiedza nas mniej więcej 800 osób, wciąż coś się dzieje.

Położenie domu jest rozkoszne, choćby ze względu na nazwy nieodległych ulic: Beatrycze, Wertera, Szwejka, Wokulskiego, Kmicica, Tristana… Cóż za poetycka okolica! A do tego ten widok z panoramicznego okna w hallu głównym, jaki rozciąga się na pobliskie tereny. Przez okno zagląda intensywna zieleń i ciągnie się jakby końca nie miała. Chociaż to złudzenie, bo do krajobrazowego parku kawał drogi. Ale i tak można ulec wrażeniu, że znalazłeś się na letnisku, a czyste powietrze zdaje się to potwierdzać.

Do Węglina trafiłem na zaproszenie Mateusza Nowaka, kuratora cyklu „T1A”, czyli sceny jednego aktora, która kryje się w podziemiach budynku. Salka to niewielka, a scena malutka jak łupinka, ale w sam raz na monodram. Mateusz Nowak, pełniący w DDK funkcję kierownika programowego jest nie tylko entuzjastą monodramu, ale aktywnym uczestnikiem zaciągu teatralnych indywidualistów – ma na swoim koncie już kilka znanych spektakli, z którymi objechał pół Europy i Polski, a na jego „flagowy” monodram Od przodu i od tyłu w reżyserii Stanisława Miedziewskiego spadł deszcz nagród. Jest więc już kimś w świecie teatru jednego aktora, stąd też na jego zaproszenie przyjeżdżają do Węglina prawdziwi mistrzowie gatunku.

Tym razem (26-27 kwietnia) odwiedzili Węglin: pierwszego dnia – Irena Jun ze spektaklem „Nie ja. Kołysanka” Samuela Becketta w reżyserii Antoniego Libery i Peter Cizmar (Czechy) ze spektaklem „Solo. Partia Solowa” również według Samuela Becketta w reżyserii Klaudyny Rozhin; drugiego dnia – wspomniana już Birtute Mar (Litwa) z „Aniołami Dostojewskiego” i Aleksandras Rubinovas (Litwa) ze spektaklem „Koba” wg Edwarda Radzińskiego w reżyserii Stanislavasa Rubinovasa. Jak łatwo zauważyć, kompozycja tych dwudniowych spotkań z monodramem objęła jednoaktówki Becketta i monodramy oparte na tekstach rosyjskich w wykonaniu aktorów litewskich. Przy czym rozpiętość tematyczna i formalna monodramów litewskich była ogromna. Z jednej strony obcowaliśmy z klasyką, prozą Dostojewskiego, jego światem psychologicznych i mistycznych kreacji, z drugiej z realistycznym dramatem ukazującym niejako od kulis twarz jednego z największych tyranów w historii Europy, Józefa Stalina, opisywanego we wspomnieniach jego byłego przyjaciela i towarzysza broni z lat przedrewolucyjnej młodości.

Ja sam znalazłem się w tym znamienitym gronie (a była też z nami Jolanta Sutowicz, szefowa ważnego międzynarodowego festiwalu monodramu w Kilonii), żeby wprowadzić widzów w klimat monodramów litewskich, dobrze mi znanych – artyści należą do bohaterów mojej książki „166 monodramów”, podobnie jak Irena Jun i sam Mateusz Nowak, wielokrotnie gościli we Wrocławiu na zaproszenie Wiesława Gerasa na jego sławnych spotkaniach teatrów jednego aktora (WROSTJA).

Litwini swoje spektakle grali po rosyjsku. Przy czym Birute Mar dysponowała napisami z tłumaczeniem polskim. Rubinovas nie posiłkował się taką pomocą, ale jego przekaz został bez żadnych trudności zrozumiany i skwitowany owacjami na stojąco. Dzieje się tak nie po raz pierwszy w Polsce, że tylko wspomnę o entuzjastycznym przyjęciu tego monodramu na festiwalach w Toruniu i Helu, co zresztą miałem już okazję szerzej komentować.

Spektakl Birute Mar, jednej z najwybitniejszych artystek monodramu, aktorki Litewskiego Teatru Narodowego w Wilnie, wymagał szczególnego skupienia. Jego wyrafinowana forma i zamysł, aby za pośrednictwem wybranych postaci z kilku ważnych utworów pisarza ulepić mały traktat moralny, znalazła drogę do publiczności z Węglina, najwyraźniej rozsmakowanej od dawna w teatrze jednego aktora i wrażliwej na jego niuanse.

Oto na brzegu sceny

rząd używanych butów

Ustawione są równo, ale i tak przypominają stosy butów, pozostałych po ofiarach zagłady. Na scenie jeszcze kilka martwych śladów: różnej wielkości kufry i kuferki, cztery manekiny, na których zawisły biała, wykończona koronkami suknia i czerwona sukienka o wyraźnie wyzywającym charakterze, a także dwa czarne surduty ze sterczącymi szapoklakami. Stoi jeszcze wiklinowy, bujany fotel, a przy manekinie z czerwoną suknią leży rozrzucona bezładnie biała bielizna. Horyzont sceny zamyka ekran, na którym wyświetlana jest fotografia kobiety z dwójką dzieci, ubranych zgodnie z modą z połowy dziewiętnastego wieku, na tle sielskiego parkowego krajobrazu – niczym pamiątka ze spaceru albo pocztówka.

W tej scenerii pojawia się Birute Mar, aby przedstawić galerię „aniołów”, postaci wywodzących z wielu utworów Dostojewskiego, których wiąże wyraźna wspólnota mentalna. To postaci o duszy dziecka, choć niekoniecznie dzieci w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jednak łączy je naiwność, ufność wobec innych, którą życie negatywnie weryfikuje, pewna bezradność

wobec przeciwności losu

kruchość psychiki i podatność na ciosy. Osiemnastoletnia Nasteńka z „Białych nocy”, książę Myszkin z „Idioty”, czternastoletnia Matriosza, skrzywdzona przez Stawrogina z „Biesów”, Gruszeńka z „Braci Karamazow” czy na koniec Chłopiec z „Choinki u Chrystusa” to łatwy łup dla bezwzględnego świata, w którym roi się od zła i przemocy. Ale to im właśnie – słabym i podatnym na klęski – przeznacza Dostojewski zwycięstwo. Ich siła rodzi się ze słabości. „Anioł nigdy nie upada – pisał autor „Zbrodni kary”. – Diabeł upada tak nisko, że nigdy się nie podniesie. Człowiek upada i powstaje”.

Najpierw zjawia się Nasteńka, sierota wychowywana pod surowym nadzorem niewidomej babki, która przypina jej suknię do swojej agrafką, aby nie stracić ani na chwilę kontroli nad wnuczką. Musi używać forteli, by wymykać się babce. Kiedy lokator zaprasza je do opery, przeżywa chwile uniesienia. Zakochana czeka na swego wybranka. Cierpi, kiedy ukochany nie daje znaku życia, ale kiedy ujrzy go wieczorem parku, rwie się do niego jak ptak uwolniony z klatki, wybiega poza scenę, szukając wsparcia widzów.

Wystarczy chwila, aby Nasteńka stała się Myszkinem – aktorka zakłada surdut i szapoklak i z bezradnością chłopca opowiada o pobycie księcia w Szwajcarii, kiedy udało mu się zadzierzgnąć więź sympatii z tamtejszymi dziećmi. To delikatny, prawie „na biało” monolog bohatera, który wygłasza prawie w bezruchu

Miejsce kruchego księcia wkrótce zajmie Stawrogin, postać mroczna, pełna sprzeczności, podatna na zło – dlatego dopuszcza się przekroczenia, obcuje z dziewczynką, a potem nachodzi go widmo skrzywdzonego dziecka. Od tej pory prześladuje go widok wzniesionej niemo piąstki bezradnego dziecka. Jego wewnętrzna pustynia widoczna jest oku. Patrzy na świat jak przez zasłonę.

Inaczej swoją krzywdę przechodzi Gruszeńka – kiedyś porzucona przez żonatego mężczyznę, swoje poniżenie próbuje oddać innym, pozornie wyzwolona i niezależna. Kiedy jednak jej owdowiały kochanek zapowiada powrót, znowu gotowa jest zatracić się bez pamięci. Jej porywający szalony taniec, który poprzedza rychłe spotkanie z kochankiem, zapowiada katastrofę.

Prawdziwą katastrofę przeżyje na koniec Chłopiec. Malec, którego matka umiera z głodu, sam odtrącony przez świat, też wkrótce umrze. Wypadki, które poprzedzają jego śmierć, przypominają atmosferę znaną z baśni Andersena „Dziewczynka z zapałkami”. Chwilę szczęścia znajdzie Chłopiec dopiero na wigilii u Chrystusa, gdzie spotyka takie same jak on, porzucone i zmarłe dzieci, nareszcie sycące się radością.

Mogłoby to wszystko stać się ckliwą, a nawet nieznośnie sentymentalną opowieścią. Birute Mar potrafi jednak dzięki swej biegłości warsztatowej stworzyć na tyle wyrazisty rysunek spektaklu, aby unikając popisu aktorskiego, przedstawić sugestywnie losy ludzi, którzy nie potrafią albo nie chcą iść przez życie przebojem. To właśnie te „anioły”, istoty łatwo znikające z horyzontu. Jak w tym przedstawieniu, kiedy na koniec znowu pojawia się na ekranie wielka pocztówka, z której znikną postacie kobiety i dzieci. Pozostanie po nich czarna dziura w zdjęciu, a po chwili nawet i tego śladu nie będzie: cała fotografia wypełni się parkową zielenią. Jak za panoramicznym oknem w Domu Kultury w Węglinie.

Tomasz Miłkowski

Na zdjęciu: Birute Mar w monodramie „Anioły Dostojewskiego” fot. Jacek Świerczyński/ DDK Węglin

[Tekst opublikowany w „Dzienniku Trybuna” 4 maja 2018]

Leave a Reply