Początek długiej historii

Drogi Wiesławie,

na pewno ani Ty, ani nikt z nas obecnych 17 października 1966 roku w małej salce teatralnej w Piwnicy Świdnickiej na przedstawieniu Danuty Michałowskiej Komu bije dzwon, nie miał świadomości, że uczestniczy w wydarzeniu, które daje początek długiej historii. Oczywiście, można było myśleć o organizacji kilku następnych Przeglądów Teatrów Jednego Aktora, bo monodram stał się popularny, ale to, że doczekaliśmy się jego pięćdziesiątej edycji, zakrawa na cud. Nie, źle powiedziane! To nie cud, ale Twoja determinacja, upór i podziwu godne przekonanie, że mimo wszystkich przeszkód i trudności należy przygotowywać kolejny festiwal, sprawiły, że możemy uczestniczyć w niezwykłym jubileuszu. Ponoć spośród festiwali teatralnych organizowanych na świecie, tylko festiwal w Awinionie ma dłuższą tradycję.

Druga połowa lat sześćdziesiątych to złoty okres w kulturze Wrocławia, a zwłaszcza w życiu teatralnym. Kiedy opowiadałem moim studentom o tym, co się tu działo, słuchali jak bajki o żelaznym wilku. Samo tylko przypomnienie ważniejszych faktów może budzić niedowierzanie i podziw. W 1964 roku Krystyna Skuszanka i Jerzy Krasowscy obejmują dyrekcję Teatru Polskiego, który staje się jedną z najważniejszych scen polskich dzięki inscenizacjom Słowackiego (Sen srebrny Salomei), Szekspira (Jak się wam podoba – najpiękniejszy spektakl, jaki w życiu widziałem, Burza i Miarka za miarkę), Przybyszewskiej (Sprawa Dantona z wielkimi rolami Igora Przegrodzkiego i Stanisława Igara oraz Thermidor), Moliera (Don Juan ze sztandarami Hasiora). Andrzej Witkowski po objęciu dyrekcji Teatru Rozmaitości zmienia jego nazwę na Teatr Współczesny im. E. Wiercińskiego, wystawia Różę i Przedwiośnie Żeromskiego oraz zaprasza do współpracy Józefa Szajnę (Śmierć na gruszy), Jerzego Jarockiego (Pluskwa, Stara kobieta wysiaduje i Paternoster z niezapomnianą rolą Bogusława Kierca), Helmuta Kajzara (Bolesław Śmiały). Po przeprowadzce Teatru 13 Rzędów z Opola do Wrocławia Jerzy Grotowski otwiera nowy okres działalności Księciem Niezłomnym, w którym genialną kreację tworzy Ryszard Cieślak. W Teatrze Pantomimy powstają wielkie przedstawienia Henryka Tomaszewskiego: Minotaur, Ogród miłości, Gilgamesz i Odejście Fausta. Stanisław Stapf organizuje w Teatrze Lalek scenę dla dorosłych, na której Andrzej Dziedziul prezentuje tryptyk monodramów według Hamleta, Fausta i Don Kichota. Ogólnopolskim wydarzeniem staje się premiera Szewców Witkacego przygotowana przez Włodka Hermana w Teatrze Kalambur. Jego dyrektor Bogusław Litwiniec zaprosi niebawem do Wrocławia zespoły z całego świata na Festiwal Teatru Otwartego. Od roku 1964 odbywa się tu także Festiwal Polskich Sztuk Współczesnych, którego pomysłodawcą był Zygmunt Hübner. Pierwszy Przegląd Teatrów Jednego Aktora dopełnił tę barwną mozaikę wrocławskiego życia teatralnego. Był to strzał w dziesiątkę.

Teatr jednego aktora, zwany ongiś teatrem jednoosobowym, mający długą tradycję, odradza się w latach 1959-1961 dzięki przedstawieniom Wojciecha Siemiona (Wieża malowana) i Danuty Michałowskiej (Bramy raju). Za nimi poszli inni. W Piwnicy Świdnickiej wystąpiło wtedy szesnastu wykonawców, w większości dobrze znanych, jak Ryszarda Hanin, Kalina Jędrusik, Andrzej Łapicki, Anna Lutosławska, Halina Słojewska, Jan Tesarz i oczywiście Wojciech Siemion ze Zdradą według Izaaka Babla. Z pewnością na zaproszenie zasługiwało co najmniej jeszcze kilkunastu. Jednym z najważniejszych powodów renesansu teatru jednego aktora i jego powodzenia był charakter ówczesnego teatru, w którym dominowali reżyserzy. Kilku wybitnych – Józef Szajna, Tadeusz Kantor, Jerzy Grzegorzewski, Krzysztof Pankiewicz – było malarzami. Dla nich istotne znaczenie miała wizja inscenizacyjna, w której aktor przeważnie stanowił jeden z elementów, niekiedy uprzedmiotowiony, pozbawiony większych możliwości indywidualnej ekspresji. Teatr jednego aktora stwarzał szansę ujawnienia nie tylko swego warsztatu i sił twórczych, ale przede wszystkim wyrażenia siebie. Nic dziwnego, że korzystali z niej nie tylko młodzi, ale właśnie znani i doświadczeni aktorzy. Trudno byłoby wskazać tych, którzy przynajmniej raz nie spróbowali swych sił w tej wyjątkowo trudnej formie, w której dla widza wszystko jest ważne, bo każdy gest, ruch, spojrzenie, rekwizyt nabierają znaczenia. Wielu z nich stworzyło spektakle, które zapisały się na trwałe w historii teatru i sztuki aktorskiej.

Dlatego, Wiesławie, tak niesłychanie trudne stało się zadanie, jakie nam powierzyłeś – wskazanie spośród blisko dwustu wykonawców (a może było ich więcej?) tych, których uznajemy za najlepszych (?), najważniejszych (?), najciekawszych (?), najtrwalej zapamiętanych (?). Kryteria były dowolne i tym samym swoboda wyboru niczym nieograniczona, ale tym trudniej było sobie z nim poradzić. Po wielu próbach dokonałem ostatecznego wyboru, kierując się zdaniem Lidii Zamkow: „Dobry teatr jednego aktora powinien być teatrem jednego człowieka”. Oto moja „złota” jedenastka: Danuta Michałowska (Komu bije dzwon), Wojciech Siemion (Wieża malowana), Andrzej Dziedziul (Wielki Książę), Janusz Peszek (Scenariusz…), Tadeusz Łomnicki (Ostatnia taśma Krappa), Irena Jun (Stara kobieta wysiaduje), Tadeusz Malak (Pan Cogito), Janusz Gajos (Msza za miasto Arras), Bogusław Kierc (Mój trup), Jerzy Trela (Rozmowy z diabłem), Jerzy Stuhr (Kontrabasista).

W półwiecznej historii wrocławskich festiwali teatrów jednego aktora zdarzały się momenty trudne, a nawet dramatyczne, kiedy wydawało się, że koniec jest nieuchronny. Pamiętam zaskoczenie i oburzenie, z jakim w roku 1976 przyjęliśmy decyzję zarządu ZMS o przeniesieniu festiwalu do Torunia. Ukarano nas za nieprawomyślną decyzję jury, które w 1971 roku nie przyznało Grand Prix Ryszardowi Filipskiemu. Postanowiliśmy jednak ocalić i kontynuować dziesięcioletnią tradycję w nieco rozszerzonej formule Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora, na które zapraszaliśmy laureatów toruńskich i zgorzeleckich festiwali, a także teatry małych form. Organizacji podjęło się Wrocławskie Towarzystwo Przyjaciół Teatru, a właściwie troje niestrudzonych „maniaków”: Irena Rzeszowska, Tadeusz Burzyński i Wiesław Geras, dzięki któremu po dwudziestu latach festiwal powrócił do Wrocławia. W roku 2000 stał się festiwalem międzynarodowym. Pojawili się we Wrocławiu aktorzy z kilkudziesięciu państw, nawet tak odległych jak Kamerun, Mongolia czy Armenia. Udało Ci się do idei organizacji festiwali i przeglądów teatrów jednego aktora nakłonić nie tylko prezydentów i burmistrzów wielu miast w Polsce, ale także w kilku krajach.

Za to wszystko, Wiesławie, należą Ci się wielkie słowa uznania i wdzięczności. Każdy z festiwali, nawet te słabsze (bo i takie się zdarzały…), był nowym doświadczeniem, każdy też wzbogacał nasze pojmowanie świata, natury ludzkiej, sztuki. Teatr jednego aktora jest bowiem najczulszym sejsmografem tego, co się aktualnie wokół nas dzieje. Może reagować natychmiast, bo nie potrzebuje żadnych środków inscenizacyjnych, technicznych czy multimedialnych. Wystarczy dowolna przestrzeń, odpowiednio dobrany tekst i widz, do którego monolog będzie bezpośrednio skierowany. Nic więcej. Lapidarnie ujął to Tadeusz Burzyński: „kto, z czym, w jakiej sprawie i dlaczego wobec mnie występuje”.

Drogi Wiesławie, siedem lat temu z okazji Twego jubileuszu nieodżałowany Get-Stankiewicz przedstawił Cię walczącego z uzbrojonym Heraklesem, a Ty opatrzyłeś ten rysunek z greckiej wazy (V wiek p.n.e.) komentarzem: „…trudno uwierzyć, ale moja walka z synem Zeusa trwa już 70 lat + parę mitycznych tysiącleci. Ja się nie poddaję”. Wszyscy mamy nadzieję, że te ostatnie słowa powtórzysz, otwierając 17 października pięćdziesiąte Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora w legendarnej Piwnicy Świdnickiej. Co więcej: mamy pewność, że będą Ci towarzyszyć przez następnych wiele lat. Teatr jednego aktora stał się sensem i treścią Twego życia i tak już będzie do końca. A nam pozostaje życzyć Ci zdrowia, sil i energii oraz szczypty optymizmu.

PS. W imieniu teatrologów dziękuję Ci za czarną serię monografii z Hamletem. Będą nieocenionym źródłem dla przyszłych historyków naszego teatru.

Janusz Degler

Leave a Reply