Pamięć

Tomasz Miłkowski pisze po warszawskiej premierze MALOWANEGO PTAKA:

Ten „Malowany ptak” musiał być wystawiony. Sceniczna opowieść Mai Kleczewskiej inspirowana powieścią Jerzego Kosińskiego to panorama polsko-żydowskich więzi i rachunków. Wielka rzeka pamięci.

Właśnie pamięć, jak powtarza z uporem Gołda Tencer, jest misją Teatru Żydowskiego. Jest też solą tego spektaklu, który tak naprawdę nie powinien się udać. Wewnętrznie niespójny, ciągle się zacina, kapryśnie zmienia nurt, styl, formę, toczy się meandrycznym korytem. Składa się z segmentów na pozór do siebie nieprzystających, a jednak w przedziwny sposób ze sobą dialogujących, niezbędnych, bliskich.

Skala tych przemian jest przeogromna – od wirtuozerskich pokazów choreograficznych, syntetyzujących cierpienie, po estradowy skecz Henryka Rajfera, od publicystycznej, zmontowanej z prawdziwych wypowiedzi (m.in. Jan Błońskiego, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Barbary Engelking) debaty o sprawach polsko-żydowskich, po symboliczno-naturalistyczne obrazy dzikiej przemocy, zarejestrowane na taśmie wideo, sięgające w głąb podświadomości bohatera „Malowanego ptaka”. Od zwierzęcego ucieleśnienia nienawiści we wstrząsającym jak wściekłość wilka monologu Michała Kalety, przez brutalną scenę gwałtu Głupiej Ludmiły, w którą wcieliła się z porażającą prawdą Joanna Drozda, po zmartwiałą z przerażenia twarz porte parole autora, kreowanego przez Jerzego Walczaka. Od plotkarskich komentarzy dziennikarki do tekstu powieści Kosińskiego i jego autora (bezbłędna, charakterystyczna kreacja Kwiatkowskiej) po hipnotyczny finałowy taniec umierającego ptaka, wysnuty z powieści i obrazów rodem z teatru Eugene’a Barby.

Otwarcie tego przedstawienia na wiele nurtów teatru i kultury sprawia, że sceniczny „Malowany ptak” jest jak gąbka – wchłania cały świat i w przedziwny sposób ten świat porządkuje wedle zakodowanej skali wartości. Bez histerii, bez arogancji, ale konsekwentnie i bez litości podąża śladami zbrodni, krzywdy, antysemityzmu, wyparcia z pamięci.

Teatr pewnie nie może zmieniać świata, ale może i powinien stawiać ważne pytania. A teatr Mai Kleczewskiej taki jest, a ten jej spektakl być w może w szczególności – nie do pominięcia w myśleniu o traumie, zabliźnianiu ran i zachowaniu pamięci. Nie przypadkiem Jerzy Walczak – niejako wychodząc z roli, jako aktor Teatru Żydowskiego im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie odczytuje swój własny apel: „Zwracam się do Państwa z prośbą o przygarnięcie pamięci o żydowskich mieszkańcach naszych ulic, o żydowskich właścicielach domów, w których teraz mieszkamy. O żydowskich lokatorach mieszkań, które dziś są nasze. Jest to prośba o pamięć. Nic więcej. Zostali zamordowani. Nie mają grobów. Nie mają potomków, którzy by o nich pamiętali. Poznajmy ich imiona i nazwiska. Bo jeżeli nie my – obecni właściciele tego, co do nich należało – to nikt nie będzie pamiętał. Nikt poza nami nie zapali po nich świecy w Jom Kippur. Czy tego chcemy, czy nie – należą do naszej opowieści. Przywróćmy im tożsamość. Niech nie będą tylko numerem w statystyce. Zróbmy to dla nich, ale przede wszystkim dla siebie. Oni gdzieś są. Mają imiona i nazwiska. Ukryci w archiwach. Może w pamięci naszych bliskich lub sąsiadów. Nie bójmy się ich. Niech pamięć o nich zamieszka w naszych domach. Niech stanie się częścią naszego życia. Niech dodatkowy wigilijny talerz dla niespodziewanego gościa czeka również na nich. Nie uciekajmy od przeszłości. Możemy starać się ją ukryć. Spalić metryki i akty własności. Ale to nie spowoduje, że przestanie ona istnieć – boleć i irytować. Tylko akceptacja przeszłości i pamięć o niej dadzą nam możliwość swobodnego, pełnego oddechu. Spróbujmy”.

Taką próbą jest ten spektakl. Zaczyna się od tzw. panelu dyskusyjnego, w którym usadzeni na fotelach aktorzy, grający role akademickich znawców tematu, toczą nudny spór o pamięć, międląc po raz setny ten sam, przeżuty towar. Kleczewska z tego pokpiwa, podając w wątpliwość, czy to dobra droga do przywrócenia pamięci? Czy to nie zamula pamięci? Ale to zaledwie introdukcja, trwa ów panel stosunkowo krótko, bo po technicznej przerwie trafiamy do sali prób Teatru Żydowskiego, czyli dekoracji „Dybuka” (spektaklu z 2015 roku, reżyserowanego również przez Kleczewską).

Dzięki temu zabiegowi spektakl wpisuje w opowieść o bezdomnym teatrze, który szuka swego miejsca, który tuła się po różnych salach. Twórcy „Malowanego ptaka” tworzą iluzję ciągłości, by za pomocą dekoracji powołać do istnienia przestrzeń, która przez ludzką małość zniknęła. Ale w teatrze trwa, a to jeszcze jeden dodatkowy motyw tego splotu spraw, tworzących kanwę spektaklu Kleczewskiej. Bo jest to także spektakl walki o przetrwanie Teatru Żydowskiego, spektakl solidarności, w którym aktorzy poznańskiego Teatru Polskiego oddają swój talent nie tylko sprawie pamięci o naszych współobywatelach żydowskiego pochodzenia, którzy stali się ofiarami zagłady, ale także sprawie przyszłości Teatru Żydowskiego.

Ważnym motywem spektaklu jest pytanie o prawdę. Dziennikarka, najwyraźniej wzorowana na Joannie Siedleckiej (choć nigdy jej nazwisko nie pada ze sceny) i jej odkryciach zapisanych w książce „Czarny ptasior”, wiele razy przerywa opowieść, aby snuć swoje komentarze i podawać w wątpliwość kształt rzeczywistości zapisanej w powieści. Przedstawia fakty, opinie, docieka prawdy, choć jej intencje są demaskacyjne – dość przypomnieć, że na końcu książki (i na koniec przedstawienia) padną te słowa dziennikarki o Kosińskim: „już przecież nie żyje, a zginął tak tragicznie, tak strasznie, że jego śmierć każe patrzeć na niego inaczej – może jednak zagryzło go sumienie?”.

Perspektywa „Czarnego ptasiora” i wielu innych roważań nad powieścią Kosińskiego wiązała się niemal zawsze z porównywaniem świata powieści z realnymi przeżyciami Jerzego Kosińskiego w okresie wojny. Tymczasem Kosiński, a za nim Kleczewska, opowiadają o wizji dzieciństwa, zapisanej w podświadomości. Toteż nie jest to, jak podkreśla autor w uwagach dołączonych do powieści, odtwarzanie przeszłości ani też jej badanie, ale „poszukiwanie czegoś utraconego”, co „może być zrealizowane tylko poprzez metaforę”. Często mylono tę metaforyczną wizję z realistycznym zapisem autobiograficznym, oskarżając autora – jakże mylnie – o mistyfikację. Tymczasem jest to okrutna bajka, w której autor życie bohaterów przyrównuje do warunków bytowania zwierząt w całej ich pierwotności i grozie. Sam autor uważa swego bohatera-narratora za postać negatywną, destrukcyjną – nienawiść czyni zeń demona zniszczenia. Kosiński nie oskarża chłopów i innych dorosłych za krzywdy doznane przez chłopca, przeciwnie widzi w nich pozytywnych bohaterów, dzięki nim bowiem, dzięki ich poświęceniu i odwadze chłopiec mógł przetrwać. To chłopiec „nienawidzi świadomie, ciągle i płomiennie; pragnie odpłacać nienawiścią za wszystko, co przydarzyło mu się na tym świecie. Życie codzienne dostarcza mu zarówno powodów do nienawiści, jak i wielu możliwości jej wyrażania. Malowany ptak kreśli bowiem wizję świata opanowanego przez impuls niszczenia, przedstawia rzeczywistość, w której nawet przedmioty (…) stają się nośnikami destrukcji”. Tak naprawdę jednak Kosiński oskarża historię, wojnę, cywilizację, obarczając je winą za szerzenie nienawiści: „Chłopiec w Malowanym ptaku – komentuje – ucieleśnia dramat naszej cywilizacji: tragedia zbrodni zawsze pozostaje z żywymi. Tego dramatu nie można rozbić w pył na żadnym polu bitwy, zbombardować w miastach, zamknąć w obozach koncentracyjnych. Ten dramat noszą w sobie wszyscy, którzy przetrwali zbrodnię, zarówno zwycięzcy, jak i zwyciężeni. Jest esencją nienawiści”.

To przedstawienie nie chce być esencją nienawiści. Mimo kliku drastycznych scen, ciąży raczej w stronę elegii, może nawet staje się rodzajem kadyszu za zmarłych. Tak czy owak, nie pozostawia widza obojętnym, który ulega hipnotycznej mieszaninie dźwięków, światła, tańca i gorzkich słów. Czasem trudnych do wymówienia.

Tomasz Miłkowski

MALOWANY PTAK wg Jerzego Kosińskiego, reżyseria Maja Kleczewska, dramaturgia Łukasz Chotkowski, scenariusz sceniczny Maja Kleczewska, Łukasz Chotkowski, choreografia Kaya Kołodziejczyk, kostiumy Konrad Parol, muzyka Cezary Duchnowski, scenografia i światło Wojciech Puś, koprodukcja Teatr Polski w Poznaniu, Teatr Żydowski w Warszawie, spektakle w hali ATM w Warszawie 28-30 maja 2017

[fot. Magda Hueckel]

Leave a Reply