Handelzalts opuszcza fotel recenzenta

Michael Handelzalts, „weteran” krytyków teatralnych dziennika „Haaretz” opublikował na jego łamach recenzje z około 4000 przedstawień. Teraz, po 42 latach, żegna się i opuszcza fotel recenzenta:

To ostatni artykuł, który piszę jako krytyk teatralny „Haaretza”. Faktem jest, że to mój ostatni artykuł jako krytyka teatralnego. Tak więc opuszczam swoje miejsce w teatrze jako krytyk w gazecie codziennej, obserwator teatru, a życia izraelskiego teatru w szczególności przez ostatnie 48 lat. Przez pierwsze dwa lata pisałem recenzje teatralne do dodatku „Massa” w nieistniejącej dziś gazecie „Lamerhav”, a przez 10 lat uprawiałem krytykę teatralną na antenie radiowej; 42 lata temu napisałem pierwszą relację z premiery w „Haaretz”.

Wielu moich kolegów dziennikarzy nie zdaje sobie sprawy, że my wszyscy spełniamy pewną funkcję. W dzienniku naszym zadaniem jest, w istocie, zająć miejsce, pewien obszar na tzw. szpaltach, które czeka na nasze słowa. Skoro obiecaliśmy naszym redaktorom przynieść informację, to przynosimy. Jeśli nie zrobimy tego w terminie, nie zdążymy na tzw. deadline – miejsce pozostanie puste, a nasze słowa martwe. Jeśli nie dostarczymy swojego „kawałka”, zmusimy redaktorów, aby wypełnili wolną przestrzeń czymś innym.

Natura i papier gazetowy nie znoszą próżni. Jeśli chodzi o moją rubrykę „Premiera” (po ang. „Last Night”) – tekst musiał być napisany bezpośrednio po spektaklu, aby mógł się ukazać w gazecie następnego ranka. Taka jest tradycja. Nie wchodzą w grę wykręty w rodzaju: „Nie piszę, bo nie mam nic do powiedzenia” albo: „Nie czuję się dobrze”. Rola recenzenta w gazecie wymaga pisania w ramach danego mu, krótkiego czasu, krótkiego tekstu o spektaklu, który się właśnie skończył, nawet jeśli on sam nie jest pewien swojej opinii.

Ludzie teatru żartują między sobą, z nieświadomą pogardą, że nikt nigdy nie marzył jako dziecko o zostaniu krytykiem teatralnym. Ja rzeczywiście nie marzyłem o tym. Chciałem zajmować się teatrem – być tłumaczem, edytorem, animatorem. Chciałem uczestniczyć w życiu teatru – i przygotowałem się do tego podczas studiów. To przypadek, że zabrałem się do pisania recenzji. I to ukształtowało moje życie. W pierwszych latach byłem przekonany, że w ten sposób zajmuje się teatrem, że pisanie o przedstawieniach, które widziałem, to mój udział w życiu teatru.

Stopniowo zacząłem zdawać sobie sprawę, że swoim pisaniem zapełniam nie tylko miejsce w gazecie, ale także gram pewną rolę w dużym przedstawieniu zwanym „światem teatru”. W moim przypadku to był świat teatru izraelskiego.

Biorą udział w tym przedstawieniu dramatopisarze, reżyserzy, szefowie teatrów, aktorzy, projektanci, kompozytorzy, menedżerowie obojga płci. Dramaturgia tego przedstawienia potrzebuje „złoczyńcy” lub, jeśli chcesz, „postaci rodzica”. Kogoś, kto niby należy do zespołu, ale jednocześnie nie należy. Kto jest świadkiem doświadczenia, głównie po to, aby go ocenić, zaaprobować albo przyganić. Teatry mogłyby obyć się całkiem dobrze bez niego (lub bez niej, niektóre z moich najlepszych przyjaciółek były krytykami teatralnymi), ale jesteśmy jednak potrzebni. Po to, oczywiście, żeby pochwalić, ale także, aby potępić. Także po to, by można nas, krytyków winić za ich błędy lub sukcesy, które, jak wierzą, nie zostały odpowiednio docenione.

Nie rozumiałem tej roli, gdy postanowiłem ją wybrać (lub gdy rola mnie wybrała). Kiedy patrzę wstecz, wierzę, że nieźle ją odegrałem, i świetnie się nią bawiłem. W gorączce gry, byłem skoncentrowany na swoich emocjach i wyzwaniach, traktując poszczególne produkcje teatralne jakby były robione specjalnie dla mnie. Jeśli były dobre, byłem szczęśliwy. Gdy moim zdaniem nie były dobre, traktowałem je jako osobistą zniewagę i broniłem się agresywnie.

Stopniowo zrozumiałem i z opóźnieniem przyjąłem za swoje słowa angielskiej aktorki Henriett Walter: „Aktorstwo jest tym, co robię, kim jestem”.

W przypadku ludzi teatru – zwłaszcza aktorów i aktorek, ale także innych twórców sceny – zarówno „materią” ich twórczości, jak i samą twórczością są oni sami. I kiedy piszę o tym, co robią i jak to robią, tak czy owak, piszę o nich. I nawet jeśli myślę, że oceniam ich rzemiosło lub pracę twórczą, dla nich to jest zawsze bardzo osobiste. I kiedy szybko piszę, w gorączce chwili, bez osobistych myśli, nie zawsze pamiętam o ich uczuciach.

Ale jeśli mówimy o tym pojęciu „show”, to w przypadku krytyki – krótkiej czy długiej – jest to show krytyka teatralnego. On też, podobnie jak twórcy teatru, chce zaimponować widzom swoim krótkim tekstem pisanym pod presją czasu. I musi przygotować swój „show” dla różnych widzów: ludzi, którzy przygotowali produkcję; tych, którzy byli na widowni podczas premiery; tych, których nie było i być może nie będzie tam w przyszłości. Wobec tego, przegląd musi nie tylko trafiać w wiele punktów, ale sprawiać czytelnikom przyjemność.

O ile potrafię sam świadczyć o sobie – a wiem, że wielu z was uważa, że nie jestem całkowicie bezstronny – nigdy nie pisałem dobrych rzeczy o znajomych i artystach, których podziwiam, bez związku z konkretną pracą, którą sprawdziłem. Nigdy też nie wszedłem do teatru z zamiarem „zjechania” artystów, których szczególnie nie ceniłem, ani ich pracy, na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Zdawałem sobie sprawę z moich uprzedzeń – ktoś, kto mówi, że ich nie ma, nie mówi prawdy – i starałem się je modyfikować zgodnie z tym, co widziałem lub słyszałem. Myślę, że udało mi się – ale rozumiem, że są tacy, którzy się ze mną nie zgadzają.

Przedstawienie czy recenzja nie są wcale puentą teatralnego wieczoru. Zacząłem to rozumieć tym bardziej, im dłużej oglądałem spektakle (szacuję, że widziałem i napisałem recenzje z około 4000 przedstawień). Przedstawienie i recenzja są ważne jak tylko mogą być, ale nie są puentą tego wszystkiego. Moim zdaniem prawdziwe doświadczanie teatru to nie tylko spektakl, ale także rozmowa o nim między widzami, gdy opuścili już salę widowiskową. Nie tyle „panel” po przedstawieniu, organizowany przez teatr, aby omówić temat sztuki lub jej jakość (zazwyczaj to pierwsze), ile raczej wspólna rozmowa i kontemplacja w małej grupie, najlepiej przy jedzeniu i piciu, aby utrzymać sztukę przy życiu nieco dłużej w wyobraźni i wspólnej pamięci. Recenzja może – być może musi – otworzyć taką rozmowę.

Zakładam, że nie zawsze byłem „uczciwy” w opinii ludzi, których prace oceniałem. Mówią, że bywałem bardziej kwaśny, a nawet niegrzeczny i zakładam, że głównie z powodów fonetycznych moje nazwisko nie stało się czasownikiem podobnym do mojego poprzednika w „Haaretz”, Haima Gamzu, z którego imienia Ephraim Kishon wymyślił śmiertelny czasownik „gmoz”. Pamiętam jednak jak wiele przyjemności dawało mi oglądanie teatru izraelskiego. Szczególnie mi się szczęściło, że moje życie recenzenta działo się w latach, kiedy pracowali tacy artyści teatralni, jak Hanoch Levin, Tom Stoppard, Stephen Sondheim i Peter Brook – miałem przywilej zobaczyć wiele ich światowych premier.

W politycznej, społecznej i kulturalnej aurze, która narasta mrocznie – w Izraelu i za granicą – politycy szczycą się własną ignorancją, atakują artystów, grożą cięciami budżetów i tłumieniem wolności. Kiedy są obrażeni, podburzają opinię publiczną i obrażają artystów. Te relacje wyglądają chłodno, ale takie tarcia zawsze istniały, objawiając się z różną intensywnością. Mówi się, że w dłuższej perspektywie sztuka i kultura – w tym teatr, który jest bardziej efemeryczny niż inne sztuki – przetrwały długo po tym, jak politycy zostali zapomniani.

Przez prawie pięć dekad dokumentowałem teatr izraelski, jego organizacyjne i budżetowe systemy. Właśnie dlatego, że zdaję sobie sprawę z problemów i ograniczeń, jestem zdumiony wieloma fascynującymi produkcjami, które są przygotowywane – niezależnie od warunków i przeciwności. Czy wyrażam ubolewanie z powodu jakiejkolwiek recenzji? Nie. Czy przykro mi z powodu nieudanego, bolesnego, złego lub szkodliwego sformułowania? Oczywiście. Zbyt wiele tego, aby liczyć. Czy jest jakaś recenzja, z której jestem szczególnie dumny? Tak, ale właściwie nie w teatrze. Byłem na pierwszym występie piosenkarki Achinoam Nini (znanej za granicą jako Noa), a gitarzysta Gil Dor i ja mieliśmy szczęście zrozumieć wartość tego, co słyszałeliśmy.

Czy mogę pochwalić się, że zostawiłem ślad w świecie teatru izraelskiego? Zdecydowanie. W pewnym miejscu w wielkiej sali teatru Cameri w Tel Awiwie znajduje się rampa, umożliwiająca poruszanie się osób niepełnosprawnych, która została zainstalowana na skutek mojego marudzenia.

Podczas ostatniego występu w Las Vegas, Bobby Darin zaśpiewał piosenkę zatytułowaną „The Curtain Falls” [Kurtyna opada]. Ostatnia zwrotka kończy się tymi słowami: „Ludzie mówią, że do tego byłem stworzony / Nic innego robić nie potrafiłbym / I pomyśleć, że jeszcze płacono mi za to…”.

Przez 42 lata redagowałem w Haaretz dział kultury (w latach nim powstał dodatek „Galleria”); założyłem magazyn „Books” i redagowałem go przez 12 lat; pisałem autorski felieton; redagowałem strony z w wydaniu angielskim „Haaretza”, pisałem felieton telewizyjny i felieton w języku angielskim. Pisałem też recenzje teatralne, których nigdy nie traktowałem jako pracy, ale raczej jako sposób życia. Więc dlaczego przestaję? Bo w pewnym momencie trzeba. Bo mogę. A teraz zasłona opada. Ale za każdą kurtynę, która spadnie, inne unoszą się na innych scenach. Muzyczny „King Solomon i Shalmi the Shoemaker”, Natan Alterman i Sasha Argov – których widziałem zarówno światową premierę w Cameri w latach 60., jak i nową wersję w Habimie w trzecim tysiącleciu – kończą się takim wersem: „Nie traktujmy się zbyt poważnie, proszę”.

Michael Handelzatls

[Fot: Michael Handelzalts w rozmowie z Tomaszem Miłkowskim podczas 37. Warszawskich Spotkań Teatralnych, fot. Kasia Chmura]

Leave a Reply