Danusia

Tak Ją nazywali, tak lubiła. Danuta Szaflarska unikała pompy, choć strzegła swojej prywatności. Wydawało się, że będzie na scenie do samego końca, ale musiała odpuścić.

Następstwa wypadku podczas próby w Teatrze Żydowskim, w którym przygotowywała się do roli Lautmanowej w spektaklu wg sztuki „Sklep przy głównej ulicy” Ladislava Gusmana, pokrzyżowały te plany. Danusia odchodziła.

Tym zdrobniałym imieniem, którego miękkość oddawała Jej ciepły stosunek do świata, żegnali Ją rodzina, przyjaciele i koledzy z TR Warszawa: „w imieniu rodziny i całego zespołu TR informujemy – pisali w komunikacie – że 19 lutego 2017 roku odeszła Danuta Szaflarska – aktorka TR Warszawa, nasza najukochańsza, najmilsza Danusia. Była z nami w zespole od 2010 r. Miała 102 lata”.

W wieku 95 lat została zatrudniona na etat w TR Warszawa – była najstarszą na świecie czynną zawodowo aktorką. Uważała to za swój sukces, a nawet swego rodzaju figiel spłatany losowi. „Tak długo żyję, powtarzała, dlatego że gram”. Kiedy o tym mówiła, jej oczy świeciły się figlarnie: Widział ktoś taki dowcip, nieledwie stuletnia baba na etacie!

W filmie Doroty Kędzierzawskiej „Inny świat”, cudownym monologu Danuty Szaflarskiej, w którym odtwarzała okruchy ze swojego długiego życia, mówiła: „to jak bieg do mety, do setki. Jak dobiegnę, to będzie jakiś sukces, będę mogła powiedzieć: udało się… To się rzadko zdarza, ma 100 lat i chodzi po scenie. Uparłam się”. Rzeczywiście, udało się, miała przecież charakter góralki. Kiedy przekraczała setkę, grała w czterech sztukach w dwóch teatrach. Niewielu znacznie młodszych aktorów mogłoby się pochwalić takim wzięciem.

Nic nie zapowiadało, że zostanie aktorką. Wychowywała się na zabitej deskami wsi, bo takie wówczas były Kosarzyska pod Piwniczną, gdzie jej ojciec tak jak dziad był nauczycielem ludowym. Ale choć, jak sama powtarzała, panowała tu ciemnota i zabobon, panoszyły się znachorki, a na weselach musiało dojść do bijatyki i krew się lała, to ten pejzaż, górskie potoki wpadające do Popradu, dolina wśród łagodnych gór dawały jej poczucie „ślebiody”, czyli swobody, wolności. Prawdę mówiąc, na zawsze tutaj została, chociaż po śmierci ojca podczas epidemii tyfusu, matka oddała ją na stancję do miasta. Miała dziesięć lat. Wtedy wszystko się skończyło, przynajmniej tak się jej zdawało, bo po czterdziestu latach kupiła sobie tutaj niewielki dom, do którego mogła zawsze przyjechać, aby odświeżyć swoją więź z Gorcami i góralską mową. Wtedy jednak zniknął na całe dziesięciolecia ten zielony piękny świat. Dusiła się w mieście, codziennie musiała w Nowym Sączu chodzić w butach, a nie tylko w niedzielę do kościoła jak w Kosarzyskach. Było niełatwo, ale z czasem przywykła. Gadanie z potokami zastąpił sport i kino, występy w zespole amatorskim. Ale to była zabawa, nic poważnego.

Zresztą nie przelewało się, musiała myśleć o przyszłości i zaczęła studia w Wyższej Szkole Handlowej w Krakowie. Potem jednak przyjaciele ją namówili, żeby zdawała do szkoły aktorskiej w Warszawie. Zdała, chociaż kręcono głową, że za niska, a w dodatku oczy ma za małe. Z tymi oczami to się ciągnęło, na drugi rok przeszła z „zastrzeżeniem, że ma małe oczy”. Poszła więc do Zelwerowicza, wzięła się pod boki i wykrzyczała swój protest. Podziałało, bo o to najwyraźniej „Zelwerowi” chodziło, żeby nie była taka nieśmiała, a na oczy też dał radę – miała patrzeć prosto w reflektor. I tak z wady uczyniła atut.

Debiut przyszedł już po wybuchu wojny, w wileńskim Teatrze na Pohulance. Przed wyjazdem na swój pierwszy kontrakt po szkole odbyła dwutygodniową wycieczkę po polskich górach z Janem Ekierem, przyszłym pierwszym mężem, pożegnała się z ukochanym bratem Jerzym (nigdy go już nie zobaczyła), kiedy ogłoszono mobilizację. Zadebiutowała 14 września w błahej farsie „Szczęśliwe dni” André Claude’a Pugeta. Trzy dni później w Wilnie byli już bolszewicy, ale teatr grał, choć widzowie uciekali, do końca przedstawienia zostało tylko trzech. Potem grali dopóty, dopóki Litwini nie przegnali polskiego zespołu. Wtedy przedarła się do Warszawy. Potem ślub, pierwsza córka Maria i powstanie warszawskie. Znowu głód, bieda, strach, ale kule się jej nie imały. Po powstaniu trafiła do Krakowa.

Jeszcze trwała wojna, kiedy zaangażowała się w wyzwolonym Krakowie do Starego Teatru, a 27 kwietnia 1945 roku grała już w „Teorii Einsteina” Antoniego Cwojdzińskiego w reżyserii samego Juliusza Osterwy. Nadal nie było jej stać codziennie na chleb albo zupę.

Zaczęło się trochę poprawiać, kiedy po zdjęciach próbnych została zaangażowana do roli głównej w filmie „Zakazane piosenki” Leonarda Buczkowskiego. To miała być pierwsza powojenna produkcja. Przygotowania się ciągnęły, nawet „Szpilki” z tego kpiły, ale zmieniały się losy tego obrazu. Najpierw to miał być właściwie muzyczny dokument, z piosenkami okupacyjnymi w rolach głównych, potem zdecydowano, że to będzie fabuła, a kiedy już doszło do premiery, po połajankach krytyki postanowiono film „poprawić”, brakowało w nim bowiem zdaniem miarodajnych czynników odpowiedniej grozy lat okupacji. Tak więc „Zakazane piosenki” miały dwie premiery i każda była wydarzeniem. Nim doszło do pierwszej, Danuta Szaflarska już trafiła na okładkę pierwszego numeru dwutygodnika „Film”, który rozszedł się jak świeże bułeczki. I wreszcie w nowo otwartym kinie Palladium w Warszawie odbyła się 8 stycznia 1947 roku długo wyczekiwana premiera. Warszawa szalała. Pod kinem wybuchły bójki o bilety, interweniowała milicja, nazajutrz film grano już w trzech kinach. Powodzenie było niebywałe (szacuje się, że film obejrzało ponad 15 milionów widzów), dwutygodnik „Film” zamieścił tym razem okładkę z rodzeństwem Haliny i Romana Tokarskich, czyli Danuty Szaflarskiej i Jerzego Duszyńskiego.

W Duszyńskim zakochały się wszystkie Polki, Szaflarska nie mogła się od jego adoratorek opędzić. Sama zbierała cięgi, że chodzi prywatnie w kostiumie z filmu. Nie wiedziano, że jej spódnica powstała z przerobionych spodni brata, że aktorzy występowali we własnych ubraniach, bo na wszystko brakowało pieniędzy. Ale już nie głodowała, to się nareszcie skończyło.

Przeniosła się z Krakowa do Łodzi, do Teatru Kameralnego, a stamtąd do Teatru Współczesnego, a po paru sezonach do Narodowego w Warszawie. Była już gwiazdą. Czekał ją następny sukces w komedii „Skarb” (premiera 15 lutego 1949), też u boku Jerzego Duszyńskiego (wystąpili jako małżeństwo Krysi i Witka Konarów) z udziałem Adolfa Dymszy w roli Alfreda Ziółko, pracownika Polskiego Radia, imitatora dźwięków.

I… duże propozycje się skończyły. Ale nie w teatrze, gdzie grała piękne i ważne role (Ruth w „Niemcach” Kruczkowskiego, tytułowe role w „Czarującej szewcowej” Lorki, „Barbarze Radziwiłłównie” Felińskiego, Podstolina w „Zemście”, Eleonora w „Tangu). W kinie trafiały się jej role raczej mniejsze, choć wyróżniane nagrodami za kreacje drugoplanowe. Dopiero po latach wróciła w triumfie na ekran w głównej roli Pani Anieli w filmie Doroty Kędzierzawskiej „Pora umierać”. Po tym obrazie spadł na nią istny deszcz nagród. Po drodze było jednak około 60 innych filmów, tyle samo premier teatralnych i ponad 30 telewizyjnych.

W telewizji miała też epizod „sitcomowy”. W połowie lat 60. ktoś wpadł na pomysł serialu telewizyjnego na żywo „Szklana Niedziela”. Szedł co drugą niedzielę i przedzielał krótkimi 10-minutowymi scenkami poszczególne pozycje programowe Jedynki. To były rozmaite komentarze, odnoszące się do programu, częściowo improwizowane, na ogół przychylne albo wymijające, bo telewizja wolała się chwalić, niż krytykować. Dziennik Telewizyjny szerokim łukiem omijano. Scenariusz pisała Stefania Grodzieńska, Mamą była Danuta Szaflarska, Ojcem Andrzej Szczepkowski, a ich córką Ewa Złotowska (powszechnie znana jako głos Pszczółki Mai). Program się podobał, przypominając jednocześnie, że pierwsza gwiazda powojennego kina wciąż jest w znakomitej formie.

Potwierdziły to w ostatnich latach znakomite role w spektaklach Teatru Współczesnego („Tango”, „Transfer”), TR Rozmaitości („Uroczystość”, „Między nami dobrze jest” [na zdjęciu]) i Teatru Narodowego („Żar”, „Daily Soup”), które zagrała już po osiemdziesiątce. Po smutnej wiadomości o jej odejściu TVP przypomniała nagranie spektaklu z Teatru Narodowego, „Daily Soup” Amanity Muskarii w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej. Wszyscy mogliśmy sobie raz jeszcze uświadomić, jakiej klasy aktorką była Danuta Szaflarska.

W „Daily Soup” jako Babka, gasnąca staruszka, chętnie nuciła piosenki (choć aktorka powtarzała, że śpiewać nie umie, że brakuje jej skali):

Przyjechał do Lwowa akrobata–mucha,

spadł z dachu na ziemię i wyzionął ducha.

A jednak te ledwie szkicowane muzycznie słowa piosenki Mariana Hemara niosły niebywały ładunek ludzkiego tragizmu, przeznaczenia i tajemnicy, z którymi dzieliła się z widzami w swoim ostatnim spektaklu telewizyjnym. To zaledwie dwie linijki, ale jakże przejmujące w jej interpretacji. W „Zakazanych piosenkach” też zaśpiewała tylko dwie linijki „Serca w plecaku”:

Tę piosenkę, tę jedyną,

Śpiewam dla ciebie, dziewczyno.

To wystarczyło, aby pokochała ją cała Polska.

Tomasz Miłkowski

{Tekst opublikowany w „Dzienniku Trybuna”, 3 marca 2017}

Leave a Reply