Walizka na dobry początek?

Tomasz Miłkowski pisze po przeglądzie TEATROTEKA.FEST:

W teatrze szkolnym warszawskiej Akademii Teatralnej zakończył się w ubiegłą niedzielę TEATROTEKA.FEST. Był to przegląd spektakli telewizyjnych wyprodukowanych w ostatnich latach w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych.

Paradoks polega na tym, że tylko ich część została wyemitowana przez Telewizję. Toteż przegląd dał możliwość oglądu także spektakli wciąż czekających na swoje miejsce na antenie. Zebrało się tych „teatrotekowych” spektakli sporo, aż 25, co w stosunku do nikłej liczby oryginalnych spektakli telewizyjnych realizowanych w ostatnich latach przez Telewizję Publiczną jest liczbą imponującą.

Spektakle te powstały dzięki projektowi TEATROTEKA (stąd i nazwa festiwalu), wspieranemu od kilku lat przez Ministerstwo Kultury. Zgodnie z założeniami tego projektu chodziło o realizację nowych tekstów, pisanych dla teatru przez młodych autorów, którym kształt artystyczny nadawaliby reżyserzy młodego pokolenia. Był to więc poniekąd projekt warsztatowy ze skromnym budżetem, który miał „przetestować” możliwości wstępującej generacji twórców. Rezultaty przeniosły wszelkie oczekiwania i okazało się, że to nie żadne „przymiarki” czy „próby” zmierzenia się z materią filmowo-telewizyjną, ale pełnowymiarowe spektakle, w wielu wypadkach wytrzymujące konkurencję z realizacjami tworzonymi przed doświadczonych twórców.

Bez wątpienia „Walizka” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego, wyróżniona Grand Prix na TEATROTEKA.FEST przez profesjonalne jury, a także nagrodą krytyków i dziennikarzy do takich spektakli należy. To zresztą kolejne potwierdzenie klasy tego spektaklu, który dwa lata wcześniej rozbił bank z nagrodami na festiwalu Dwa Teatry w Sopocie. Dodam, że i ja mam swój udział w uznaniu dla tego przedstawienia jako szef kapituły Nagrody im. Stefana Treugutta, utworzonej przez polską sekcję Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych z myślą o wyróżnianiu ważnych osiągnięć w teatrze telewizyjnym. Wawrzyniec Kostrzewski został laureatem i tej nagrody, którą przyznawało grono krytyków i twórców, reprezentujących rozmaite podejście estetyczne i doświadczenia generacyjne (Marzena Dobosz, Katarzyna Michalik-Jaworska, Łukasz Maciejewski, Grzegorz Mrówczyński, Jan Bończa-Szabłowski).

O spektaklu Kostrzewskiego tak w swojej przenikliwej laudacji, wygłoszonej podczas uroczystości wręczenia Nagrody im. Stefana Treugutta, mówił Grzegorz Mrówczyński:

„Reżyser niezwykle sugestywnie snuje bardzo prostą w istocie opowieść. Tajemniczy Narrator z niemniej tajemniczą asystentką – przesuwa figurkę głównej postaci Fransua Żako na cudnie oświetlonej makiecie scenografii, trochę jak w teatrze lalek, a może w dobranocce? Zapala miniaturowe lampy uliczne i widzimy, jak bohater już w „realu” rusza z własnego domu przez sławne Champs Elysee do szpitala z zimnymi jarzeniówkami, gdzie ukochaną żonę Sofie czeka zabieg; a potem wędruje dalej, aż do Muzeum Zagłady. To tam Żako odnajduje walizkę ojca i sam staje się Pantofelnikiem.

Narracja z pozoru błaha i dziecinna przekształca się w prawdziwy dramat odkrywania siebie samego, i to w sporze z sobą samym. Narracja w rękach reżysera dzięki bogactwu zastosowanych środków – staje się sztuką. Z początku wszystko to rozgrywa się w zupełnej ciszy. Ludzie i sprzęty wydobywane są z ciemności niespokojnym, kontrapunktowym światłem. Widzimy pojedyncze przedmioty, sprzęty, meble, jakby porzucone przed chwilą. Jeszcze ciepłym wydaje się koc zmięty na fotelu; nasze domniemanie potwierdzają świeże owoce na stoliku. Muzyki prawie nie ma. Z czasem pojawiają się pojedyncze dźwięki i gęstnieją, gdy Fransua Żako czuje, że serce mu przyśpiesza.

Spektakl dzięki mistrzowskiej narracji nabiera znaczeń i dynamiki. Bohater staje
u podnóża piramidy ze schodów, dźwigającej ogromną ilość butów i walizek. Z tą najważniejszą na szczycie, czekającą na adopcję. Znaczeń jeszcze przybywa, gdy reżyser, jak w dobranocce, zaczyna stosować animację. Dzięki niej możemy towarzyszyć Żako w jego niespokojnych snach. Nie wystarczy bowiem dojść do Muzeum Zagłady, trzeba jeszcze posłuchać Przewodniczki i to wszystko „przerobić” w sobie. We śnie ożywają czarno-białe dziecięce rysunki i Żako zostaje napadnięty przez zbójców, którzy słysząc, że nazywa się Pantofelnik łagodnieją i z szacunkiem wycofują się.

Reżyser Wawrzyniec Kostrzewski zaprosił do współpracy równie kreatywnych realizatorów i potrafił połączyć ich umiejętności do nadania Walizce wymiaru uniwersalnego sporu, tego sporu o tożsamość każdego z nas.

Trudną i bardzo precyzyjną pracę wykonał operator Witold Płóciennik. Umiał zajrzeć postaciom w oczy. Dawno nie widziałem takich zbliżeń, mogących wywołać u widza egzystencjalny niepokój”.

Zasłużony sukces spektaklu Kostrzewskiego (ze znakomitą, trafioną obsadą: Ferency, Globisz, Łabonarska, Masztalerz i inni) na festiwalu Dwa Teatry wywołał jednak zdumiewające skutki, tak jak to często w Polsce bywa. Zamiast radości, że oto rodzi się nowa ścieżka dochodzenia do mistrzostwa w trudnej sztuce spektaklu telewizyjnego, że pojawia się szansa na odrodzenie tego więdnącego gatunku (dla telewizji z misją wszak flagowego), zrodziły się wątpliwości, czy to na pewno sztuka telewizyjna, skoro realizowana w studiu filmowym? A poza tym odkryto jakieś zawiłe względy natury prawnej (umowy, licencje, prawa autorskie, zbyt niskie stawki), które poczęły jakoby stawać na przeszkodzie wykorzystaniu produkcji ze stemplem TEATROTEKI na antenie TVP. Nie dotyczyło to, oczywiście, utytułowanej „Walizki”, która została przecież bez przeszkód pokazana na festiwalu teatru telewizji i kilkakrotnie potem wyemitowana przez telewizję. Dotyczy innych produkcji, które nieoczekiwanie okazały się potencjalnie konkurencyjne wobec produkcji pozostających pod bezpośrednią pieczą telewizji. Rzecz doprawdy drugorzędna i nieważna z punktu widzenia widza, dla którego miejsce produkcji nie ma żadnego znaczenia. Wszystko mu jedno, czy spektakl nagrano studiu filmowym, studiu telewizyjnym czy też w plenerze. Liczy się rezultat.

TEATROTEKA.FEST dowiódł, że jej aktywami jest nie tylko „Walizka”. Parę najlepszych spektakli młodych twórców ma szanse zainteresowania i zdobycia telewidzów. Wśród laureatów nagród za reżyserię, wykonanie, scenografię, prace operatorskie, wreszcie teksty znalazło się bardzo wiele tytułów, mniej więcej połowa prezentowanych, a to oznacza, że sporo zrealizowanych już spektakli odznacza się ponadprzeciętnymi jakościami artystycznymi. Do takich spektakli należy pewnością „Zakład Doświadczalny Solidarność” Szymona Bogacza w reżyserii Adama Sajnuka [na zdjęciu], spektakl stylizowany na dokument, rejestrujący rozmaite postawy wobec Solidarnościowej legendy, własnego w niej miejsca i czasu, który upłynął od okresu przed stanem wojennym do dziś. Inteligentny scenariusz, naturalność aktorów, dyscyplina dokumentarna, wszystko to razem stworzyło dramatyczną opowieść o niejednoznacznej przeszłości i zróżnicowanym podejściu do jej znaczenia, o entuzjazmie i rozczarowaniu.

Można by tu wymienić wiele innych spektakli (choćby przejmujący „Nad” Mariusza Bielińskiego), także i tych, które żadnych nagród nie dostały. Tak dla przykładu, „Biały Dmuchawiec” Mateusza Pakuły, choć festiwal opuścił bez nagrody, na pewno wart był obejrzenia i namysłu. Z wielu sytuacji nakreślonych na ekranie wyłaniał się okrutny świat prowincji zainfekowanej przemocą, wykluczeniem, jaskrawą niesprawiedliwością. Niektóre pomysły prowadziły do hipnotycznych filmów Davida Lyncha czy labiryntów Roberta Altmana, inne do skrytych fobii i urazów zbiorowych. Rzecz w tym, że spektakl wykraczał poza granice reportażu czy małego realizmu.

Pomysłodawcy TEATROTEKI i tego przeglądu mogą być usatysfakcjonowani – widzowie potwierdzili, że to, co wytwórnia produkuje, ma swoją widownię, że jej produkcje są przez młodych widzów oczekiwane. Słowa zatem uznania pod adresem opiekuna artystycznego, Macieja Wojtyszki, producenta Włodzimierza Niderhausa, dyrektora WFDIF, a także niestrudzonego redaktora cyklu Krzysztofa Domagalika. Nie może jednak obyć się bez łyżki dziegciu w tej beczce miodu. Wśród organizatorów, a choćby patronów festiwalu zabrakło… TVP, a więc potencjalnego i, prawdę mówiąc, jedynego odbiorcy tej produkcji. Bez porozumienia między producentem i nadawcą cała para pójdzie w gwizdek.

Tomasz Miłkowski

[Tekst opublikowany w „Dzienniku Trybuna” 17 lutego 2017]

Leave a Reply