Z fotela Maciejewskiego: GWIAZDA NA STRYCHU

GWIAZDA w reżyserii Krzysztofa Czeczota w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu:

Nie ma sensu traktować „Gwiazdy” Helmuta Kajzara w reżyserii Krzysztofa Czeczota w kategoriach ekscesu. Czeczot to oczywiście ceniony (przede wszystkim filmowy) aktor, ale także bodaj najlepszy dzisiaj reżyser spektakli fonicznych. Nie chodzi o pomyłkę. Właśnie tak: reżyser spektakli fonicznych. Nie słuchowisk, nie przedstawień radiowych, tylko autonomicznych przedstawień audio. W najciekawszych spektaklach w jego reżyserii, inaczej niż w większości widowisk Teatru Polskiego Radia, tak zwana fonosfera dopowiada słowo, a dźwięk konweniuje z literaturą i wchodzi z nią w osobliwą zależność.

Wrocławska „Gwiazda” to nie tylko próba przeniesienia tego konceptu do teatru żywego słowa, ale także ożywcze wzbogacenie formalne rodzimego teatru. Spektakl innowacyjny pod względem technologicznym, ale zarazem, w warstwie przekazu, przesłania tekstu, wydobycia zeń sensów, przedstawienie niemal klasyczne. Można to ze sobą pogodzić.

***

Trochę trzeba się powspinać. Żeby dotrzeć na Scenę na Strychu „Współczesnego”, musimy pokonać kilka stromych pięter (można podjechać windą, ale co to za przygoda). Zmęczenie się przydaje, za moment będzie kontrpropozycją dla zmęczenia bohatera, zrozumienia gwiazdy. Scena na Strychu celnie zaadaptowana przez Davida Zalesky’ego wygląda trochę jak statek kosmiczny o którym zapomnieli konstruktorzy. Najpierw wrażenie robią widzowie, potem dopiero sam spektakl. Siedziałem na rogu, w pierwszym rzędzie. Niezwykły widok: każdy z widzów miał w uszach słuchawki, te zaś iluminowały na niebiesko. Dzięki zaletom dźwięku binarnego, przestrzeń foniczna przedstawienia stowarzyszona została ze skomponowaną przez Adama Walickiego muzyką, wykonywaną na żywo przez Adama Barona-Milwiwa i Pawła Konikiewicza. A na pierwszym planie odbywał się monolog tytułowej gwiazdy (Maciej Tomaszewski). Z kolei kadencje wyrzucane przez Tomaszewskiego konweniowały z cytatami ze słuchowiska „Gwiazda” z 1976 roku, którego „gwiazdą” był Tadeusz Łomnicki. Tomaszewski i Łomnicki: wspólna opowieść o samotności. Samotności prywatnej i osamotnienia w sztuce. Bohaterka Kajzara szuka w czasie przeszłym upragnionego profilu kogoś, kto był blisko spełnienia. Nie wyszło, nie powiodło się, sceniczny makijaż zamienił się w trupi make-up. Głos Tomaszewskiego, głos Łomnickiego dopowiada, że profil gwiazdy, figura aktora jest zarezerwowany dla desperatów, bo tylko oni mogą mierzyć się z czymś pozbawionym w zasadzie definicji, pozbawionym racjonalizowania i logiki. Sztuka nie jest logiczna. Sztuka jest także kapryśna.

Widzowie usadowieni na strychu Teatru Współczesnego, w niebiesko fosforyzujących słuchawkach, odbierają dźwięk niczym bodźce, receptory foniczne. I właśnie widzowie są w przedstawieniu lustrem dla gwiazdy, czy szerzej: dla artysty. Podobnie samotni, odseparowani od siebie w jakimś kosmicznym entourage’u, w którym mocniej odbiera się nerwowe bodźce niż szlachetnie podaną treść. Ta treść jednak w końcu i tak się wyłania. Miejscami jest dotkliwa i przejmująca. Nowa adaptacja dramatu Kajzara dokonana przez Krzysztofa Czeczota i Jadwigę Juczkowicz minimalizuje pokusę wyostrzenia obecnego w tekście motywu bajeranckiej historyjki o upadłej gwieździe aktorskiej. W przedstawieniu ważne są inne rejestry narracyjne. Szantaż apodyktycznego macierzyństwa trzymający za gardło nawet po odejściu rodzica („Oczy matki wszystko widzące patrzą na urodziny, patrzą przez całe życie i patrzą po śmierci z „tamtego świata” – pisał Tadeusz Różewicz), albo uporczywe zmaganie się z pamięcią, ze złogami wspomnień układającymi się czasami w słowotwórcze kalambury, częściej w nienazwany lęk: jazgot, przester w głowie, od którego się umiera. Pamięć wzmacniająca, pamięć trucizna.

***

Arcytrudne zadanie postawił Czeczot przed Maciejem Tomaszewskim, jednym z symboli Teatru Współczesnego, aktorem przed laty grającym w spektaklach Koterskiego, Szurmieja, Meissner, Miśkiewicza, który w ostatnich latach stworzył w rodzimym teatrze przynajmniej dwie ważne kreacje: Tego Niemca w „Według Bobczyńskiego” Gogola w reżyserii Agaty Dudy-Gracz oraz Dia-Mata w spektaklu Marka Fiedora „Silesia, Silentia” według Lidii Amejko. Tytułowa „Gwiazda” ze sztuki Kajzara to jednak najambitniejsze z jego dotychczasowych wyzwań. Obsadzenie mężczyzny w roli, którą najczęściej grały aktorki, często w ramach rozmaitych jubileuszy czy monodramów mistrzowskich, w tym przypadku nie zostało obarczone żadną tezą. Na pewno nie ma znaczeń genderowych, to byłoby zbyt łatwe, chyba tandetne. Tomaszewski w przedstawieniu Czeczota jest po prostu Aktorem. Per definitione figurą poza płcią. Męski, żeński, nijaki. Stwarza postacie, przywołuje je, odrzuca i uśmierca. Ostry, silny facet, kabotyn i mitoman, perwersyjna kokota, mała, przestraszona dziewczynka. Jest tym wszystkim.

Nie trzeba zmieniać głosu, sięgać po trywialne gesty i tiki, puszczać oka do widzów. Tomaszewski gra serio. Pokazuje, że przegrana jego gwiazdy jest wygraną sztuki. Kajzar pisał: „ciało świecące pozornie, świecące światłem, którego źródło wygasło”. Oto gwiazda.

Łukasz Maciejewski

Leave a Reply